środa, 2 kwietnia 2025

Współpracownicy prawdy - Film dok. o Wielkich Papieżach Janie Pawle 2 i Benedykcie 16 - Lektor PL

Rycerskie Rekolekcje Wielkopostne z Janem Pawłem 2- ks. prof. ROBERT SKRZYPCZAK - nauka IV

Rycerskie Rekolekcje Wielkopostne z Janem Pawłem 2 - ks. prof. ROBERT SKRZYPCZAK - nauka III

Promieniowanie miłości.Święty Jan Paweł II napisał o Eucharystii: „Oto skarb Kościoła, serce świata, zadatek celu, do którego każdy człowiek, nawet nieświadomie, podąża”

 

Powiedziałam Jezusowi: ‘Masz jedną godzinę, aby mi powiedzieć, że Jesteś albo Cię nie ma. Jeżeli Jesteś, dasz mi jakiś znak, ale jeżeli nie będzie odpowiedzi, odbiorę sobie życie… Już dłużej nie zniosę takiego życia’«.

Promieniowanie miłości
Posted by Małgorzata Sołtyk

Święty Jan Paweł II napisał o Eucharystii: „Oto skarb Kościoła, serce świata, zadatek celu, do którego każdy człowiek, nawet nieświadomie, podąża” (Ecclesia de Eucharistia, 59). Papież nauczał, że nie tylko jej sprawowanie, ale także adoracja poza Mszą św. jest czerpaniem z samego źródła łaski.

Podczas Eucharystii staje się rzeczywiście obecne centralne wydarzenie zbawienia – śmierć i zmartwychwstanie Pana Jezusa oraz dokonuje się dzieło odkupienia.


Pan Jezus zostawił nam siebie pod postacią Chleba. Chrystus jest rzeczywiście obecny w Najświętszym Sakramencie, ale nie chce pozostawać zamknięty w tabernakulum, pragnie komunii z człowiekiem.
Adoracja eucharystyczna jest odpowiedzią na to wielkie pragnienie Boga. Możliwość adoracji Najświętszego Sakramentu jest dla nas wyjątkowym przywilejem i źródłem nadprzyrodzonych łask.

Chrystus jest obecny i uzdrawia

Rzeczywista obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie jest wielką tajemnicą, która przerasta ludzki rozum i zmysły. Ażeby w Hostii rozpoznać Jezusa, wystarczy wiara – ona jest kluczem otwierającym serce człowieka na spotkanie Boga i poddanie się Jego przemieniającemu działaniu.

Zdarzają się jednak niezwykłe przypadki, gdy Pan Jezus dotyka serca i duszy osoby niewierzącej, uzdrawiając je darem swojej nieskończonej miłości.
Taka właśnie łaska spotkała Martę. Oto jak wspomina ona ten moment: „Zaczyna się adoracja. Co to właściwie jest? Nigdy wcześniej nie brałam w niej udziału. […] Patrząc na białą Hostię, ja – walcząca ateistka – nagle doświadczam fali gorąca, która przeszywa moje ciało. Cała się trzęsę. W sercu czuję żywy ogień. Miłość… Czy to jest miłość…? Łzy płyną po mojej twarzy strumieniami. […] Jestem w intymnej relacji ze Stwórcą, jakby nie było w świątyni nikogo innego. Tylko On i ja.

Wtłacza do mojej duszy swoją obecność, jak ocean czułości na suchą, spękaną ziemię. Jeszcze… Jeszcze, proszę… Pragnę, aby to doświadczenie trwało w nieskończoność. Jest bardziej realne i przejmujące niż wszystko, czego do tej pory doświadczyłam” („Miłujcie się!”, nr 4/2019).

O ogromie Bożego miłosierdzia wobec potrzebujących osób świadczy też o. Nicolas Buttet, założyciel wspólnoty Eucharistein we Francji, propagator adoracji Najświętszego Sakramentu.

Ojciec Nicolas opisał historię dziewczyny, która od 12. roku życia brała narkotyki, miała za sobą pięć prób samobójczych i przeżyła ekstremalną przemoc. Jej chłopak był handlarzem narkotyków i został zamordowany na ulicy. Gdy przebywała w szpitalu psychiatrycznym, dotkliwie pobiła pielęgniarkę, która miała jej dać zastrzyk uspokajający.

Po tym incydencie „nie wiedziano, co z nią robić – relacjonuje o. Nicolas – wówczas przywieziono ją do nas. Pewnego dnia postradała zmysły, to było straszne. A później oznajmiła mi: »Wynoszę się stąd«”. Ojciec Nicolas, ryzykując bycie pobitym, nakłonił dziewczynę do rozmowy, która zakończyła się pojednaniem.

„»Czy pozwolisz mi tutaj jeszcze zostać?«. Odpowiedziałem: »Oczywiście, ale pod jednym warunkiem. Jak będziesz odchodzić od zmysłów, idź do kaplicy«. A ona: »Nie. Ja przecież nie wierzę w tego twojego Jezusa ani w to białe tam! Ja w to nie wierzę!«. Powiedziałem: »Jest tylko jedna osoba, która ciebie tutaj znosi. To Jezus. A kaplica jest dźwiękoszczelna […]. Kiedy będziesz chciała szaleć, idź do Jezusa, aby przed Nim to czynić. Przede wszystkim dlatego, że nie będzie cię słychać, a tylko On może z tobą wytrzymać«. I uczyniła to. […]

Pewnego dnia, gdy wyszła z kaplicy […], powiedziała: »Nicolas, ał, ał!«. »Co?«. »Serce!«. Mówię: »Wskakuj do samochodu, jedziemy natychmiast do szpitala!«. Pomyślałem sobie, że po zażyciu jakiejś substancji serce jej właśnie… A ona powiada: »Nie, to nie to. To miłość Jezusa« […]. »Wiesz, powiedziałam Jezusowi: ‘Masz jedną godzinę, aby mi powiedzieć, że jesteś albo Cię nie ma. Jeżeli jesteś, dasz mi jakiś znak, ale jeżeli nie będzie odpowiedzi, odbiorę sobie życie… Już dłużej nie zniosę takiego życia’«. […]

Kiedy upłynęła godzina, podniosła się i powiedziała: »Ty mi nic nie powiedziałeś. Być może zobaczymy się po drugiej stronie, jeżeli istniejesz«. […] »Nicolas, nie wiem, co się stało, poczułam, że moje serce zaczęło płonąć, upadłam do stóp…«. Była blisko Jezusa! Blisko monstrancji, przy rogu ołtarza… Powiedziała: »Nie spuszczałam z Niego wzroku. ‘Nie zostawię cię! Nie odejdę od Twoich stóp!’«. Powiedziała mi jeszcze: »Złamałam się tam. A teraz wychodzę właśnie z kaplicy. On powiedział mi, że istnieje i że mnie kocha«.

Miała być zawsze na lekach… […] Powiem w skrócie, że zrobiła najpierw maturę, potem studia magisterskie z nauk politycznych, stała się osobą wierzącą” (Eucharystia i uzdrowienie, Warszawa 2019).
Ojciec Nicolas dzieli się również inną niezwykłą historią uzdrowienia podczas adoracji Najświętszego Sakramentu: „Przyjęliśmy dziewczynę, która uwikłała się w prostytucję sadomasochistyczną, dziesięć lat prostytucji, przemocy i horroru. […] Na adoracji eucharystycznej przebywała codziennie godzinami. Wyszła z tego. Robi teraz dobre studia.

Pewnego dnia przyjechała do mnie i powiedziała: »Wiesz, Nicolas, wydaje mi się, że Jezus stworzył na nowo we mnie dziewictwo. Czuję to nawet fizycznie. Moje ciało, które cierpiało nieustannie, moja kobiecość, która sprawiała mi ustawiczny ból… nie tylko fizycznie…« […].

Czyste spojrzenie Chrystusa i równocześnie jej spojrzenie utkwione w Chrystusa przyniosło oczyszczenie dla jej serca i dla jej ciała.
Uważam, że w świecie naznaczonym przez erotyzm i pornografię adoracja staje się miejscem głębokiego uzdrowienia” (tamże).

Podczas spotkania z Jezusem Eucharystycznym dar wiary otrzymał także André Frossard, dziennikarz, pisarz i filozof, który od 1962 r. był redaktorem naczelnym „Le Figaro Magazine”, jednego z najbardziej opiniotwórczych tygodników europejskich.

Frossard należał do najsłynniejszych i najbardziej wpływowych pisarzy i dziennikarzy w ówczesnej Europie. W czerwcu 1935 r. doświadczył gwałtownego nawrócenia: „Byłem […] ateistą, kiedy przechodziłem przez drzwi kaplicy, i pozostawałem nim nadal w jej wnętrzu. Obecni tam ludzie, widziani pod światło, rzucali tylko cienie, między którymi nie mogłem odróżnić swojego przyjaciela, i coś w rodzaju słońca promieniowało w głębi kaplicy. Nie wiedziałem, że był to Najświętszy Sakrament.

Nie doznałem nigdy zmartwień miłosnych ani niepokoju, ani ciekawości. Religia była starą chimerą, a chrześcijanie gatunkiem opóźnionym na drodze historycznej ewolucji. […]

Jeszcze dzisiaj widzę tego dwudziestoletniego chłopca, którym wtedy byłem. Nie zapomniałem jego osłupienia, kiedy nagle wyłaniał się przed nim z głębi tej skromnej kaplicy świat, inny świat – o blasku nie do zniesienia, o szalonej spoistości, którego światło objawiało i jednocześnie zakrywało obecność Boga, tego samego Boga, o którym jeszcze przed chwilą przysięgałby, że istnieje tylko w ludzkiej wyobraźni. […]

Podkreślam: to było obiektywne doświadczenie, prawie z dziedziny fizyki, i nie mam nic cenniejszego do przekazania, jak tylko to: poza tym światem, który nas otacza i którego cząstką jesteśmy, odsłania się inna rzeczywistość, nieskończenie bardziej konkretna niż ta, w której na ogół pokładamy ufność. Jest ona ostateczną rzeczywistością, wobec której nie ma już pytań” (Istnieje inny świat, s. 21-24).

Jak adorować?
Niezwykłe nawrócenia i uzdrowienia podczas wystawiania Najświętszego Sakramentu dowodzą, że Chrystus jest rzeczywiście obecny i działa. Trzeba jednak podkreślić, że Bóg działa zawsze, nawet wtedy, gdy z pozoru „nic się nie dzieje”.

Nawet lepiej, gdy podczas adoracji nic się nie czuje. Niebezpieczeństwem może być bowiem pomieszanie doświadczeń emocjonalnych czy psychologicznych z doświadczeniami duchowymi.


Niezależnie od odczuwanych emocji trzeba dziękować Jezusowi za wszystko. Powinniśmy wzbudzać w sobie miłość do Chrystusa nie ze względu na podarunki, ale ze względu na Niego samego.

Adoracja jest bowiem trwaniem serca przy Sercu Boga. Słowa nie są potrzebne. Mogą pomóc, zwłaszcza gdy trudno jest skupić uwagę. Jednak istotą adoracji jest trwanie w Bożej obecności, picie ze Źródła miłości w postawie pokory i uniżenia i budowanie więzi z Bogiem. Wzbudzanie w sobie aktów wiary, nadziei i miłości, oddawanie swemu Stworzycielowi tego, co jest Mu należne: hołdu, uwielbienia i dziękczynienia.

Adoracja jest też zjednoczeniem się z Synem Bożym, który ofiarowuje się Bogu Ojcu. Pięknie wyrażają to słowa z aktu ofiarowania się Jezusowi w Najświętszym Sakramencie służebnicy Bożej Katarzyny Mechtyldy de Bar, benedyktynki, założycielki Instytutu Benedyktynek od Nieustannej Adoracji Najświętszego Sakramentu:

„O mój godny uwielbienia Jezu! Na uczczenie daru i ofiary, w której składasz Ojcu Samego Siebie, i w jedności z nią ofiarowuję się Tobie, by być na zawsze Hostią Twej Najdroższej Woli i żertwą poświęconą Twej wyłącznej chwale”
(Eucharystia, moja miłość, Kraków 2012).

Spojrzenie miłości
Podczas adoracji człowiek wystawia siebie na miłosierne spojrzenie Chrystusa i sam może na Niego, obecnego w Hostii, patrzeć. To spojrzenie cielesnych oczu niesie spojrzenie duszy.

Ojciec Nicolas Buttet przekonuje, że patrzenie na Najświętszy Sakrament jest najlepszą terapią wobec inwazji wyobraźni i przychodzących rozproszeń. To prosty sposób odwracania uwagi od siebie, wyzwalania się ze swojego egoizmu.


„Obecnie nasze spojrzenie jest ekstremalnie zbrukane przez pornografię, zmysłowość, przemoc i także przez żądzę, zazdrość, pragnienie posiadania itd. A Jezus mówi: »Twoje spojrzenie jest zwierciadłem duszy. Zachowaj swoje spojrzenie czyste, aby twoje serce było czyste« (por. Mt 6,22-23).

Fakt zatrzymania naszego cielesnego spojrzenia na Najświętszym Sakramencie oczyszcza z brudów zaciągniętych i uniemożliwia kierowanie naszego spojrzenia na coś, co może znowu zanieczyścić nasze serce, zbrukać je.

Jest takie piękno w Tym, który jest Najpiękniejszym spośród synów ludzkich, że nie można już patrzeć na coś, co jest brzydkie i nas oszpeca. Adoracja przywraca naszemu spojrzeniu piękno” (Eucharystia i uzdrowienie).

Wielcy Kościoła
W adoracji bardzo ważny jest wymiar eklezjalny, wspólnotowy. Adorując Najświętszy Sakrament, jednoczymy się z Kościołem triumfującym w niebie, zgromadzonym wokół Baranka i upadającym przed Nim na twarz. Pozwalamy promieniować łasce, która uzdrawia całą cierpiącą i poranioną grzechem ludzkość, w czyśćcu i na ziemi.

Adoracja dla samego siebie jest pokusą. Podczas adoracji postawa człowieka się zmienia z początkowej: „Bóg jest dla mnie”, w postawę: „ja jestem dla Boga”.
Wielkie postaci Kościoła i święci właśnie z adoracji Najświętszego Sakramentu czerpali siły nie tylko do walki z własnymi słabościami, ale także do czynienia wielkiego dobra i przemieniania świata.

Święta Matka Teresa z Kalkuty wytrwałość w heroicznym służeniu z miłością i oddaniem biednym i chorym osobom czerpała z codziennej godziny adoracji Najświętszego Sakramentu. To samo zalecała swoim współsiostrom. Nawet gdy zakonnice wskutek natłoku obowiązków zasypiały ze zmęczenia, wiedziały, że ten czas jest święty, konieczny w ich posłudze. Bóg obecny w Eucharystii uzdalniał je do podejmowania zadań po ludzku nie do udźwignięcia.
Gdy zapytano św. Matkę Teresę, co robić, aby uzdrowić świat, powiedziała: „We wszystkich waszych parafiach ustanówcie wieczystą adorację Najświętszego Sakramentu”. Z Bogiem niemożliwe staje się możliwe.

Również św. Jan Paweł II, niestrudzony pielgrzym, który spotykał się z niezliczoną liczbą ludzi na całym świecie, na koniec swojego pontyfikatu zostawił encyklikę o Eucharystii, swego rodzaju testament i przesłanie dla Kościoła i świata.


W niej znaleźć można osobiste wyznanie papieża dotyczące adoracji Najświętszego Sakramentu:
Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca. Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!” (EE 25).

Kolejną godną naśladowania postacią jest amerykański arcybiskup, sługa Boży Fulton J. Sheen. Jego programy ewangelizacyjne w telewizji oglądały miliony osób, wsławił się on bowiem niezwykłym darem wymowy i mądrością.

Arcybiskup Sheen powiedział, że wszystkie swoje zdolności zawdzięcza codziennemu trwaniu przez godzinę na adoracji eucharystycznej.
Arcybiskup już w dniu swoich święceń kapłańskich złożył ślub, że każdego dnia będzie praktykować godzinę świętą adoracji Najświętszego Sakramentu. Przez 60 lat kapłańskiego życia nie opuścił ani jednego dnia adoracji. Zmarł w 1979 r. w swojej prywatnej kaplicy, przed wystawionym Najświętszym Sakramentem.


Maryja – „Niewiasta Eucharystii”

Papież Jan Paweł II w encyklice o Eucharystii nazwał Maryję „Niewiastą Eucharystii”
. Wiedział bowiem, że Nowe Zesłanie Ducha Świętego i triumf Niepokalanego Serca Maryi są powiązane z adoracją eucharystyczną, z synowskim powrotem ludzkości do Boga.
Dlatego papież zachęcał do adoracji eucharystycznej oraz do naśladowania Matki Bożej: „Posłuchajmy przede wszystkim Najświętszej Dziewicy Maryi, w której tajemnica Eucharystii jawi się bardziej niż w kimkolwiek innym jako tajemnica światła. Patrząc na Nią, poznajemy przemieniającą moc, jaką posiada Eucharystia. W Niej dostrzegamy świat odnowiony w miłości” (EE 62).

Wielkie dzieła Boże w życiu Maryi zaczęły się od Jej pokornego przyjęcia Bożej woli i przylgnięcia całym sercem do Boga. Do tego wezwany jest też każdy z nas.

Promieniowanie miłości – Miłujcie się!

Modlitwa o wstawiennictwo św. Jana Pawła II

 

Modlitwa o wstawiennictwo św. Jana Pawła II
Janie Pawle II nasz święty orędowniku, Wspomożycielu w trudnych sprawach, Ty, który swoim życiem świadczyłeś wielką miłość do Boga i ludzi prowadząc nas drogą Jezusa i Maryi w umiłowaniu obojga, pragnąc pomagać innym.

Przez miłość i wielkie cierpienie ofiarowane za bliźnich, co dzień zbliżałeś się do świętości. Pragnę prosić Cię o wstawiennictwo w mojej sprawie [TU PODAJ INTENCJĘ] wierząc, że przez Twoją wiarę, modlitwę i miłość pomożesz zanieść ją do Boga.

Z ufnością w miłosierdzie Boże i moc Twej papieskiej modlitwy, pragnę przez Jezusa i Maryję za Twoim przykładem zbliżać się do Boga.

Ojcze nasz…
Zdrowaś Maryjo…
Chwała Ojcu…

Jan Paweł II przeciwko „ministrom szatana”

 

Polsce grozi budowa cywilizacji śmierci, którą w swoim długim pontyfikacie demaskował i opisywał św. Jan Paweł II. Cywilizacja śmierci nie jest niczym innym, jak próbą ostatecznej realizacji fałszywego porządku „księcia tego świata”. Nie brakuje dziś polityków, którzy ubiegając się o najwyższy urząd w Rzeczpospolitej, oficjalnie deklarują się jako aplikanci na stanowisko jednego z „ministrów szatana”.

Aborcja, in vitro, eutanazja, ale również uderzanie w podstawowe prawa rodziny, albo zajadła propaganda antynatalistyczna – to wszystko główne części składowe cywilizacji śmierci, konstruktu społecznego, który nakierowany jest na całkowitą eliminację Boga z życia publicznego. W ramach cywilizacji śmierci nie ma miejsca na uznawanie godności człowieka jako stworzenia Bożego. Człowiek ma tu jedynie taką wartość, jaką sam sobie nada; a to oznacza, że ci, którzy uchodzą za niezdolnych do takiego aktu „samoustanowienia człowieczeństwa” traktowani są jak zlepek materii, który inni mogą utylizować według własnego uznania.

Papież Wojtyła wskazywał, że cywilizacja śmierci ma u swojego fundamentu błędne rozumienie wolności. W encyklice „Veritatis splendor” pisał: „Wolność, która uważa się za absolutną, prowadzi do traktowania ciała człowieka jako surowca, pozbawionego znaczeń i wartości moralnych, dopóki ona nie ukształtuje go według własnego zamysłu. W konsekwencji natura ludzka i ciało jawią się jako wstępne dane czy przesłanki dla wyborów dokonywanych przez wolność, materialnie niezbędne, ale zewnętrzne wobec osoby, wobec podmiotu i ludzkiego działania”.


Ciało ludzkie jako surowiec pozbawiony znaczeń i wartości moralnych – to rzeczywiście credo utylitarystycznej współczesności. Ciało ludzkie jako takie uchodzi za zwykły przedmiot materialny; wyższą jakość może zyskać tylko wtedy, kiedy zostanie mu nadana przez decyzję woli jakiejś „osoby”. „Osobą” nie jest jednak każdy człowiek, ale tylko ten, kto sam jest w stanie „ustanowić się” w byciu człowiekiem.

Zabijanie na skalę przemysłu

Ludzie niebędący „osobami” są traktowani wyłącznie w kategoriach „użytkowych” – albo służą interesowi „osób”, albo mu nie służą i mogą zostać zniszczeni.

Dlatego w cywilizacji śmierci możliwa jest aborcja. Dzieci poczęte w ujęciu utylitarystycznym nie mają osobowości: są wprawdzie ludźmi w sensie biologicznym, ale sama biologiczność nie pozwala im uzyskać żadnej godności. Godność, a co za tym idzie również i wartość, zyskują tylko w sposób zapośredniczony – poprzez wolę swoich „właścicieli”.

Co do zasady, właścicielem dziecka poczętego jest matka. Dlatego to zwykle ona decyduje o tym, czy je urodzi i wprowadzi na drogę do „uzyskania” własnej osobowości, a w efekcie również godności; czy też to dziecko po prostu zabije przed jego narodzeniem. Jeżeli wybiera to drugie, zgodnie z obowiązującym paradygmatem utylitarystycznym nie zabija wcale człowieka-osoby, ale „ludzką materię”, która nie ma żadnej wartości własnej. Matka, decydując o uśmierceniu dziecka, decyduje o tym, by „ludzka materia” nie zyskała nigdy wartości osobowej.

Co ciekawe, w praktyce niekiedy to nawet nie matka jest faktycznym decydentem. Od dłuższego czasu na świecie kwitnie biznes surogacyjny. Dziecko można zamówić u kobiety w jednym z uboższych państw świata. Według dziennikarzy badających ten proceder zdarza się, iż zamawiający są niezadowoleni z oferowanego im „towaru”. W trakcie badań prenatalnych okazuje się na przykład, że „ludzka materia” rozwijająca się w łonie surogatki ma płeć inną, niż zamówiona; albo też „ludzka materia” wykazuje cechy chorobowe. Wówczas zamawiający polecają surogatce uśmiercenie dziecka („nie-osoby”). W takim wypadku, choć to formalnie matka decyduje o odebraniu życia, tak naprawdę decyzja zapada gdzie indziej – rzeczywistymi właścicielami „ludzkiej materii” w jej łonie nie jest przecież ona sama, tylko ci, którzy zapłacili za ciążę. Dziennikarze podają, że zdarza się, iż umowa podpisana między surogatką a zamawiającymi po prostu obliguje kobietę do uśmiercenia dziecka, jeżeliby nie spełniało założeń wynikających z umowy. „Surowiec” ludzki nie rokował, zostaje zatem przeznaczony do utylizacji.

Wszystko dzieje się na gruncie fałszywego paradygmatu wolności. Matka uśmierca dziecko, bo jest w tym duecie uznana za jedyną „osobę”, a w konsekwencji za „władczynię” całej „materii biologicznej” – zarówno własnego ciała jak i ciała dziecięcego. W przypadku surogacji matka na podstawie umowy, teoretycznie podpisanej w akcie wolnej decyzji, ceduje własność „materii cielesnej” dziecka na zamawiających, a oni rozporządzają nią, jak chcą, aż do zabójstwa włącznie.

Podobnie jest w przypadku „niedobrowolnej eutanazji”. W dwóch europejskich krajach, Belgii i Holandii, zgodnie z prawem można uśmiercać chore noworodki. Jeżeli lekarze i rodzice uznają, że ich jakość życia na skutek choroby byłaby bardzo niska, zostają zabite. Również noworodek w paradygmacie utylitarystycznym nie jest jeszcze „osobą”, tylko „ludzką materią”  – przebywa wprawdzie poza łonem matki, co czyni go niepodatnym na aborcję, ale z racji na brak zdolności do świadomego zawiadywania własnym ciałem, nie dysponuje jeszcze osobowością, a stąd – nie ma też godności ludzkiej; nie ma własnej wartości. Stąd staje się przedmiotem posiadania rodziców, którzy mogą zdecydować o jego likwidacji. Także tutaj chory noworodek staje się „surowcem”, który nie rokuje i można go w efekcie zutylizować. Jeżeli w innych krajach świata niż Belgia i Holandia nie zabija się noworodków, to dzieje się tak tylko dlatego, że nie wyciąga się tam wszystkich konsekwencji z przyjętego paradygmatu utylitarystycznego. Zabijanie noworodków jest z tym paradygmatem jednak całkowicie zgodne, stąd w przyszłości może się upowszechnić. Co więcej, nic nie stoi na przeszkodzie, by noworodki były zabijane nawet wówczas, kiedy są zdrowe. W końcu nie są jeszcze „osobami”.

Utylizuje się również ludzi starych i ciężko chorych. W wielu krajach świata zgodnie z prawem są poddawani eutanazji. Wszędzie obowiązuje wprawdzie prawo mówiące o „dobrowolności”. Jednak każdy rozumny człowiek wie, że w niektórych przypadkach to po prostu fikcja. Jeżeli cierpiący człowiek zostanie poddany odpowiedniej propagandzie, podejmuje „decyzję”, która nie jest wcale decyzją dobrowolną. Godzi się na śmierć pod presją; mamy zatem do czynienia z psychologicznym wymuszeniem. Z racji na swoją chorobę albo wiek zostaje uznany przez społeczeństwo za jednostkę, która włada swoim ciałem w sposób ułomny. Powinien nie żyć, zdaje się mówić otoczenie; w zgodzie z utylitarnym, ekonomicznym interesem publicznym byłoby lepiej, gdyby go nie było. Ten przekaz zostaje opakowany w narrację o unikaniu cierpienia, a chory „zgadza się” na śmierć.

Bywa, że tej zgody wcale się nie szuka. Znany jest przypadek z Holandii, kiedy 74-latka z demencją broniła się przed podaniem jej zastrzyku ze śmiertelną trucizną. Zgodziła się na eutanazję kilka lat wcześniej; kiedy wyrok miał zostać wykonany – nie chciała mu się poddać. Uznano jednak, że z powodu demencji nie jest już „osobą”, dlatego władzę nad jej ciałem przejęto i 74-latkę uśmiercono wbrew jej woli. Sąd Najwyższy uznał, że postąpiono zgodnie z legalnymi procedurami.

„Jeśli z jednej strony istnieje «cywilizacja miłości», to równocześnie zachodzi też możliwość «antycywilizacji» destrukcyjnej, co niestety w naszej epoce stało się faktem dokonanym o bardzo szerokim zasięgu” – pisał Jan Paweł II w liście do rodzin „Gratissimam sane” z 1994 roku. W ciągu 31 lat ten zasięg tylko się zwiększył – i będzie zwiększać się nadal, o ile na poziomie politycznym nie zapadną decyzje o przyjęciu zupełnie innego kierunku. Niestety, niewiele dziś na to wskazuje. Zmiany w Stanach Zjednoczonych za prezydentury Donalda Trumpa są wprawdzie znaczące, ale bardzo ograniczone. Choć Republikanie piętnują aborcję, są gorącymi zwolennikami procedury in vitro. Uznają zarodki za „ludzką materię”, którą można dowolnie rozporządzać. To nie jest kwestia zmiany filozofii. W zgodzie z paradygmatem obowiązującym dziś w Ameryce możliwa jest nieledwie przemysłowa hodowla ludzi, traktowanych na najwcześniejszym etapie swojego istnienia jak surowiec. Każda zmiana w kierunku porządku Bożego jest dobra, stąd cieszy odejście od promocji aborcji; ale to wciąż dalece za mało.

Co istotne, „cywilizacja śmierci”, jeżeli rozumieć ją jako kulturę używania ludzkiego ciała jako surowca, wykracza poza problematykę zabijania ludzi. Problem jest dalece szerszy. W tym samym liście papież Wojtyła pisał: „Utylitaryzm to cywilizacja skutku, użycia — cywilizacja «rzeczy», a nie «osób»; cywilizacja, w której osoby stają się przedmiotem użycia, podobnie jak używa się rzeczy. Tak więc — na gruncie cywilizacji użycia kobieta bywa przedmiotem dla mężczyzny. Dzieci stają się przeszkodą dla rodziców. Rodzina staje się instytucją ograniczającą wolność swoich członków. Aby się o tym wszystkim przekonać, wystarczy przyglądnąć się choćby pewnym programom wychowania seksualnego, które wprowadzane bywają w szkołach, często mimo sprzeciwu, a nawet protestów ze strony wielu rodziców”. Dlatego w perspektywie cywilizacji śmierci należy oceniać również takie zjawiska jak programy edukacyjne promowane dziś przez większość parlamentarną w Polsce. Pozostawię to w tym miejscu bez dalszego rozwinięcia, jako że ogranicza nas czas Czytelnika; trzeba jednak pamiętać o prawdziwym zakresie naszej problematyki.

Cywilizacja śmierci jako cywilizacja szatana

Bóg stworzył człowieka na końcu dzieła stworzenia, na swój obraz i podobieństwo. Dlatego mówimy, że człowiek jest „koroną stworzenia”. Sam Stwórca stał się człowiekiem w Jezusie Chrystusie. Kto traktuje człowieka jak przedmiot, ten w jawny sposób gardzi aktem stwórczym samego Boga. Utylitarystyczny materializm w odniesieniu do człowieka jest oczywistym nihilizmem – przemawia przezeń pragnienie „odwrócenia” dzieła Bożego; zaprzeczenia godności ludzkiej, tak dobitnie podkreślonej przez Wcielenie. W tym sensie utylitarystyczny materializm antropologiczny jest po prostu satanizmem, a cała cywilizacja śmierci, na nim ufundowana, jest cywilizacją szatana. Można dlatego powiedzieć, że cywilizacja śmierci, rozumiana „idealnie”, jest właściwym celem księcia tego świata. Ci, którzy wprowadzają prawa cywilizacji śmierci, mogą być zatem nazwani „urzędnikami państwa szatana”.

Jest zrozumiałe samo przez się, że ludzie wypełniający misję szatana w dziele konstytuowania jego „porządku” nie mogą być traktowani jak pobożni członkowie Kościoła katolickiego. Dlatego ci, którzy przykładają rękę do budowy cywilizacji śmierci, stając się „ministrami diabła”, nie mogą przystępować do sakramentów. Sakrament jest widzialnym znakiem niewidzialnej łaski. W szczególny sposób dotyczy to Eucharystii, będącej znakiem jedności z samym Bogiem. Sługa szatana z definicji nie jest w jedności z Bogiem, zatem nie może przystępować do Komunii świętej. W związku z tym słusznie nauczał kardynał Józef Ratzinger, wykluczając od Eucharystii polityków wspierających aborcję. W liście wysłanym w 2004 roku do Theodore’a McCarricka, wówczas kardynała Kościoła katolickiego, wskazywał, że polityczny współudział w legalizacji aborcji, czyli w konstytuowaniu państwa szatana, nie pozwala na przyjmowanie Ciała Chrystusowego.

18 maja odbędzie się w Polsce pierwsza tura wyborów prezydenckich. Polacy będą głosować na człowieka, który w ich imieniu przez kolejne pięć lat będzie reprezentować Rzeczpospolitą. Z ważny wybór również z perspektywy konfliktu między cywilizacją życia a cywilizacją śmierci. Byłoby dobrze, gdyby najwyższy reprezentant polityczny narodu polskiego chciał oddawać swoje siły na rzecz budowy cywilizacji życia, to znaczy konstytuowania w Polsce takiego porządku, jaki będzie miły samemu Bogu. Niestety, kilku kandydatów w tych wyborach zupełnie otwarcie przyznaje, że tego nie chce. Na przykład Rafał Trzaskowski, Magdalena Biejat albo Adrian Zandberg ogłaszają, iż dołożą starań w celu zalegalizowania w Polsce zabijania dzieci nienarodzonych albo odbierania rodzicom kontroli nad edukacją dzieci poprzez promowanie tzw. edukacji seksualnej. W tym sensie zarówno Trzaskowski, Biejat jak i Zandberg prezentują się jako aplikanci na stanowisko „ministrów diabła”. Głosowanie na kogoś, kto chce być urzędnikiem państwa szatana, nie jest dla katolika właściwym wyborem. Dlatego jest konieczne oddanie głosu na tego kandydata, który deklaruje służbę na rzecz państwa Bożego. Takich kandydatów jest co najmniej kilku, by wymienić Karola Nawrockiego, Sławomira Mentzena, Grzegorza Brauna czy Marka Jakubiaka. Pozostaje rzeczą politycznej i obywatelskiej roztropności każdego z wyborców jest ocenić, który z kandydatów jest w tych deklaracjach najbardziej wiarygodny, biorąc, oczywiście, pod uwagę również inne elementy programu oraz kształt i charakter zaplecza politycznego każdego z nich, jako że prezydentura w Rzeczpospolitej nie ogranicza się przecież do podejmowania decyzji w kwestiach moralnych, jakkolwiek są one fundamentalne.

Bo śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących. Stworzył bowiem wszystko po to, aby było […]. [D]la nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka — uczynił go obrazem swej własnej wieczności. A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą” (Mdr 1, 13-14; 2, 23-24). O tym nauczaniu Pisma przypomniał św. Jan Paweł II w encyklice „Evangelium vitae” z 1995 roku. Pamiętając o wielkim zaangażowaniu papieża Polaka w promocję Ewangelii życia, włączajmy się w Boże dzieło we wszystkich obszarach naszego życia – prywatnie i publicznie. Niech pamięć o ludzkiej godności, doskonale objawionej przez Wcielenie samego Jezusa Chrystusa, zawsze nam przyświeca, tak, byśmy mogli wyznać przed Sędzią, że całe życie poświęciliśmy sprawie realizacji Boskiego porządku.

Paweł Chmielewski

Argument ad wojtylianum, czyli każdy ma swojego Jana Pawła II

 

Powoływanie się na autorytet papieża Polaka stało się już pewną nową tradycją. Argumenty ad wojtylianum w debacie politycznej czy wewnątrzkościelnej osiągnęły już status prawdy ostatecznej, zamykającej nierzadko wszelką dyskusję. Często jednak nauczanie świętego papieża wykorzystywane jest równie chętnie, co instrumentalnie. A ze względu na bogactwo niemal 27-letniego pontyfikatu, naprawdę jest z czego wybierać.

Na autorytet Jana Pawła II bardzo lubią powoływać się propagatorzy dialogu chrześcijańsko-żydowskiego. Faktycznie, papież Polak zrobił dla relacji Kościół-judaizm więcej niż jakikolwiek pontifex w przeszłości, czego ukoronowaniem była wizyta w rzymskiej synagodze, gdzie określił Żydów mianem „umiłowanych, starszych braci w wierze”. O ile jednak pontyfikat Karola Wojtyły miał pod tym względem rewolucyjny charakter, bardzo często przypisuje mu się motywacje daleko wykraczające poza jego pierwotną myśl.

Pierwszy z brzegu przykład dotyczy wspomnianego wyżej kontrowersyjnego terminu. We włoskim oryginale, wygłoszonym podczas wizyty w rzymskiej synagodze w 1986 r. papież powiedział: „Jesteście naszymi umiłowanymi braćmi i – można powiedzieć – w pewien sposób naszymi starszymi braćmi”. Niestety, pobieżne polskie tłumaczenie wywołało pokutujący do dzisiaj chaos. A jak tłumaczy ks. prof. Waldemar Chrostowski, „mówienie, że Żydzi – bezwzględnie – są naszymi starszymi braćmi, oznaczałoby, że wyrośliśmy z pnia, który nie jest nasz; że ten pień należy wyłącznie do judaizmu rabinicznego, a my jesteśmy tą gałęzią, która z niego wyrosła”.


Jan Paweł II nigdy nie twierdził również, że dialog z Żydami – jak uważają najzagorzalsi „dialogiści” – wyklucza ewangelizację, zrównaną w dzisiejszej klerykalnej nowomowie z pejoratywnym prozelityzmem. Podobnie zresztą stanowi ulubiony dokument, na który lubią się powoływać zwolennicy zbliżenia obu religii, czyli Nostra Aetate. Przypomnijmy, pismo soborowe otwierające nowy rozdział w relacjach Kościoła z innymi religiami, w części dotyczącej Judaizmu wprost stwierdza: „Jest więc zadaniem Kościoła nauczającego głosić krzyż Chrystusowy jako znak zwróconej ku wszystkim miłości Boga i jako źródło wszelkiej łaski”. Co ciekawe, o nawrócenie całego Izraela (sic!), tj. aby „uznał Yeshuę za Mesjasza” modlą się nawet katoliccy charyzmatycy, absolutna forpoczta chrześcijańskiego syjonizmu w Polsce.

Konsekwentnie, mimo zdolności do rozwijania nowych ujęć teologicznych czy otwartości na dialog ze współczesnym światem, Jan Paweł II nigdy nie potępił przekonania, wedle którego Kościół Chrystusowy wypełnił i zastąpił kapłańską funkcję biblijnego Izraela; jak wyjaśnia Pius XII w encyklice Mystici Corporis Christi, na Krzyżu „umarł Stary Zakon (…) aby ustąpił miejsca Nowemu Zakonowi, dla którego Chrystus Pan wybrał w Apostołach odpowiednie swoje sługi (2 Kor 3, 6)”.

Ba! Potępienia tzw. „teologii zastąpienia”, jak mawiają filo-judaiści, nie znajdziemy nawet u Franciszka, którego pontyfikat słynie z nieustannego przesuwania doktrynalnego limesu w relacjach z innymi wyznaniami. Mimo to, niektórzy hierarchowie z pełną świadomością przekonują, że w „Kościele odchodzimy od przekonania, że Izrael przestał być narodem wybranym”. Póki co, nauka Magisterium pozostaje w tym temacie niezmienna. Niestety, podobnie niezmienną rolę pełni w tej debacie postać Jana Pawła II, sprowadzonego dziś do roli stempla autoryzującego nawet najbardziej rewolucyjne postulaty.

Agent globalistów

Jan Paweł II wymieniany jest również jako prekursor zwrotu Kościoła w kierunku ideologii zrównoważonego rozwoju. Jego sformułowanie „nawrócenie ekologiczne” wymieniono w encyklice Laudato Si, jako dowód na zakotwiczenie franciszkowego dokumentu w nauce Kościoła. Tym samym polski papież został uznany za pierwowzór pro-ekologicznych trendów obecnego pontyfikatu, który afirmując globalistyczną agendę, ma jedynie twórczo rozwijać myśl Polaka.

Trzeba zaznaczyć, że nauka Wojtyły na temat środowiska naturalnego zawsze wskazywała na jej nadprzyrodzony cel. Poprzez „nawrócenie ekologiczne” (wypowiedziane po raz pierwszy w 2001 r.) Jan Paweł II rozumiał „przywrócenie właściwych relacji między ludźmi, Bogiem i światem”. Lokalne kryzysy ekologiczne (nie było wówczas mowy o „zmianach klimatu”) widział jako bezpośrednie następstwo kryzysu moralnego, a poprawę sytuacji uzależniał od nawrócenia serca, umożliwiającego poznanie pierwotnej wizji Boga wobec Stworzenia.

Tymczasem nie można pozbyć się wrażenia, że encyklika z 2015 r. wykorzystuje kwestie nadprzyrodzone jako pretekst dla aktywności w dużo szerszym, społecznym wymiarze. Choć „nawrócenie ekologiczne” w rozumieniu Franciszka wciąż wymaga zacieśnienia relacji z Panem Bogiem, to jego praktyczne implikacje sprowadzają się wyłącznie do aspektów czysto przyziemnych. Przykładowo, „świadomości krzywdy jakie wyrządza się Stworzeniu” można pogłębić – jak podaje organizacja Laudato Si Movement – „czytając raporty naukowe (…) na temat zmian klimatu; dokonując ekologicznego rachunku sumienia poprzez obliczenie swojego śladu węglowego, przeprowadzając audyt energetyczny, analizując swoje nawyki konsumpcyjne…”

Jan Paweł II w rozważaniach na temat ekologii nigdy nie opowiadał się również za jakąkolwiek formą rewolucji społeczno-ekonomicznej. Tymczasem Franciszek wprost stwierdza – powtarzając naczelne postulaty degrowthu – że poziom „spożycia, produkcji odpadów i zmian środowiska przekroczyło możliwości planety”. Argentyńczyk ogłasza, że dotychczasowy styl życia jest „niemożliwy do utrzymania” i może skończyć się „katastrofą”. Stąd wezwanie do promocji „nowych modeli rozwoju”, dużo bliższych gospodarce centralnie planowanej niż kapitałowi rozproszonemu.

Polskiemu papieżowi nie po drodze byłoby również z franciszkową ekologią integralną, czerpiącą całymi garściami z potępionej przez Kościół teologii wyzwolenia. Dość powiedzieć, że Leonardo Boff, czołowy piewca symbiozy chrześcijaństwa z socjalizmem, a następnie ekologizmem, został przez Jana Pawła II aż dwukrotnie „poproszony o milczenie” w sprawach wiary. Dla papieża Franciszka z kolei, „były” kapłan (którego zna osobiście) stanowi ogromną inspirację. Eko-teologia Boffa ma stać za wieloma przemyśleniami Franciszka, o czym świadczy m.in. fakt, że brazylijski filozof był głównym prelegentem watykańskiej konferencji „Ekonomia Franciszka” w 2020 r.

Fasadowy wojtylianizm

Postać Jana Pawła II, jak chyba żaden inny autorytet, szczególnie mocno zagościła w polskiej debacie politycznej. Bezkompromisowe nauczanie świętego do dzisiaj stanowi fundament, na którym przez lata budowano prawną ochronę życia poczętego czy konstytucyjną wartość małżeństwa. Nic dziwnego, że współczesna lewica, po okresie „nieagresji” ogłoszonej przez michnikowszczyznę, rzuciła się na Jana Pawła II, chcąc zdyskredytowanie jego autorytet. Walec antychrześcijańskiej i antyludzkiej rewolucji, by osiągać maksymalne cele, musi przejechać po „trupie” papieża Polaka.

O zajadłości lewicowych hunwejbinów mogliśmy przekonać się dwa lata temu, kiedy na bazie wyssanych z brudnego SB-ckiego palca paszkwili zbudowano całą narrację o rzekomym ukrywaniu pedofilów. Stosując metodę faktów dokonanych, lewicowo-liberalne media ogłosiły „koniec kremówkowego wojtylianizmu”, oczyma wyobraźni widząc otwarte na oścież wrota piekieł, zwiastujące aborcyjną rzeź i dzieci wystawione na żer homo-predatorów.

Powstało wówczas mnóstwo inicjatyw w obronie Jana Pawła II, włącznie z inicjatywą parlamentarną „o ochronie dobrego imienia” polskiego świętego. O ile pospolite ruszenie polskiego społeczeństwa udowodniło cześć, jaką katolicy nad Wisłą wciąż darzą swojego papieża, to w wykonaniu polityków otrzymaliśmy cokolwiek żenujący pokaz moralnej hipokryzji.

Oto portrety polskiego świętego, z surowymi, marsowymi obliczami trzymali w Sejmie rozwodnicy wizytujący kościoły wyłącznie przy okazji kampanii wyborczych. Co gorsza, dobrym imieniem papieża gardłowali politycy, którzy otwarcie sprzeciwiali się jego nauczaniu nie tylko w życiu osobistym, ale i poprzez postawę publiczną. Ciężko oglądało się ten festiwal obłudy w wykonaniu ludzi, którzy w jednej ręce wznoszą wizerunek Jana Pawła II, a drugą raz po raz torpedują wszelkie ustawy zwiększające zakres prawnej ochrony życia w Polsce. Choć akurat w tym momencie „zachowali się jak trzeba” (na co niewątpliwie wpłynęła kampania wyborcza), katolicy przynajmniej życzyliby sobie, aby ich reprezentanci przywoływali nauczenie świętego papieża również w innych bitwach o cywilizacyjnym znaczeniu.

Piotr Relich