środa, 11 lutego 2026

Wściekli na objawienia! Jak wrogowie Kościoła obśmiewali Lourdes

 

Wściekli na objawienia! Jak wrogowie Kościoła obśmiewali Lourdes

(fot. REUTERS/Regis Duvignau/FORUM)

Objawienia z Lourdes widowiskowo potwierdziły prawdziwość wiary katolickiej. Nie dziwi zatem, że wrogowie Kościoła próbowali i nadal próbują je „zdemitologizować”. Jednak ich argumenty, po bliższym przyjrzeniu się, same okazują się dość łatwymi do obalenia mitami.

Początek drugiej połowy XIX wieku to trudny czas dla chrześcijan. W 1859 roku Karol Darwin opublikował książkę „O pochodzeniu gatunków”. Wbrew woli autora wykorzystano ją do walki z religią. Z kolei trzy lata później ukazało się „Życie Jezusa” Ernsta Renana. Jego autor próbował „dowieść”, jakoby Pan Jezus był zwykłym, acz wyjątkowym człowiekiem. Po upływie kolejnych pięciu lat Karol Marks i Fryderyk Engels wydali „Kapitał”. Pozycję tę niejednokrotnie wykorzystywano do zwalczania religii.

Jakby antycypując te ataki, w 1858 roku w miejscowości Lourdes w południowo-zachodniej Francji Matka Boża objawiła się 14-letniej ubogiej analfabetce Bernadecie Soubirous. Matka Boża w Lourdes, w grocie Massabielle zjawiła się 18 razy. Po raz pierwszy 11 lutego 1858 roku, a ostatni, osiemnasty, 16 lipca 1858 roku. Kulminacyjnym momentem jest objawienie szesnaste. Wówczas to, w Święto Zwiastowania, 25 marca Matka Boża powiedziała „Jestem Niepokalane Poczęcie”. Stało się to 4 lata po ogłoszeniu przez błogosławionego Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Matki Bożej. Jednak Bernadeta, jako pochodząca z ubogiej rodziny analfabetka, nie wiedziała o tej prawdzie wiary. Podczas objawień Matka Boża wezwała też do odkopania źródła, do dziś służącego cudownym uzdrowieniom. Gorąco prosiła także o pokutę za grzeszników, a także ukazywała różaniec.


Oprócz niezwykle istotnej treści tego objawienia, co najmniej równie istotne jest to, że w ogóle się ono wydarzyło. Jak bowiem zauważa Vittorio Messori w książce „Tajemnica Lourdes – Czy Bernadeta nas oszukała”: „jeśli Bernadeta nas nie oszukała, jeśli nie oszukiwała samej siebie, to nie oszukuje siebie też katolik, wierząc w prawdę Ewangelii i kierując się nauką Kościoła, który jest tej prawdy autentycznym gwarantem. (…) Ta grota jest więc punktem oparcia, kołem ratunkowym podarowanym wiernym, by mogli się go uchwycić w dramatycznym momencie zwrotnym współczesnej historii, w którym racjonalizm, pozytywizm, socjalizm, liberalizm i wszelkie inne izmy, wszelkie inne ideologie postchrześcijańskie przypuściły wielki atak na korzenie wiary jako takiej”.

Innymi słowy, jeśli objawienia w Lourdes są fałszywe, to upada tylko jeden z licznych argumentów za prawdziwością wiary. Katolicyzm może i tak być religio vera – religią prawdziwą, choć z innych powodów. Jeśli jednak Lourdes nie jest zmyśleniem, jeśli rzeczywiście zjawiła się tam Matka Boża z różańcem, prosiła o przekazanie informacji katolickim księżom, mówiła o procesji, o budowie kaplicy, o katolickim dogmacie Niepokalanego Poczęcia, to stanowi to dowód prawdziwości Kościoła i wartości katolickiej pobożności.

Kto chce ten może, przy odrobinie dobrej woli, dojść do prawdy na temat Lourdes. Tym bardziej, że praca źródłowa została już wykonana przez ludzi takich jak Vittorio Messori. Mimo to wciąż pojawiają się, nawet w wypowiedziach „uczonych”, twierdzenia dawno już obalone. Powiela się je wyłącznie by walczyć z Kościołem i głoszoną przezeń prawdą. Warto przyjrzeć się bliżej tym kłamliwym tezom.

Rzekome oszustwo rodziców

Zgodnie z jedną z karkołomnych prób „racjonalistycznego” wyjaśnienia objawień w Lourdes, stanowiły one spisek… rodziców dziewczynki. Ci bowiem, wcześniej zamożni, popadli w ruinę. W dodatku cieszyli się złą sławą. Ojciec, ledwie rok przed objawieniami, z powodów humanitarnych został zwolniony z aresztu. Mimo to wiele wskazywało na to, że rzeczywiście był winny zarzucanego mu czynu: kradzieży mąki. Matka natomiast „cieszyła się” złą sławą osoby nader często używającej alkoholu.

„Zważywszy na to” – pisze Messori – „można było zakładać oszustwo zorganizowane przez owych nędzarzy, wykorzystujących najstarszą córkę, żeby zebrać ofiary od naiwnych bigotów i wyjść z nędzy, w którą wpadli po wcześniejszym okresie dobrobytu”.

Prawda jest jednak całkowicie inna, jak precyzuje włoski pisarz. Przecież rodzicom Bernadety wręcz zależało na ukróceniu jej wizji. Niepokoiły ich tłumy ciekawskich chcących zobaczyć córkę. Komisarz policji Dominique Jacomet wmawiał wprawdzie, że rodzice nakłaniali dziewczynkę, by ta chodziła do groty. Posunął się do sfabrykowania zeznań Bernadety, skarżącej się jakoby na tego typu przymus. W rzeczywistości to jednak komisarz (podobnie jak jej ojciec) nakłaniali dziewczynkę do rezygnacji z chodzenia do groty objawień. Ta zaś nie uginała się pod presją. – Nie proszę pana, nie mogę nie pójść. Obiecałam – mówiła do komisarza. 

„Wiarygodności świadectwu Bernadety przydała, może w sposób ostateczny, całkowita obojętność młodej dziewczyny na korzyści oraz jej troska, by to, co się wydarzyło i co się działo, nie przyniosło profitów ani jej samej, ani jej rodzinie. Dzięki temu obalone zostały podejrzenia władzy, które – niechętnie, jak przypuszczam – wreszcie zrezygnowały z tezy o oszustwie w celu ciągnięcia zysków” – podkreśla Messori.

Bernadetta, pomna na słowa Matki Bożej pilnowała, by nie osiągnąć żadnego zysku z objawień. Dlatego też nie przyjmowała podarunków. Zasadę tę rozumiała dosłownie: nie chciała nawet podarowanych jej książek religijnych. Odmówiła też przyjęcia drogocennego różańca od biskupa. Także rodzina nie wzbogaciła się na wizjach Bernadety. Jeśli już, to można mówić o stracie. Wszak ciekawscy przybywający do domu… odrąbywali tynk ze ścian i podniszczali stół.

„Kiedy ktoś przyjeżdżał z Lourdes i przekazywał jej wieści o najbliższych, zawsze mówiła, kręcąc głową: Oby tylko się nie wzbogacili. I rzeczywiście, mimo otwarcia sklepiku Jean Marie ani żadne z Soubirous, nigdy się nie wzbogacił – ani wtedy, ani później” – podkreśla Vittorio Messori.

Rzekome oszustwo księży

Zgodnie z inną pogłoską, Lourdes to wymysł ówczesnego kleru, liczącego bądź na zysk, bądź też na przyciągnięcie ludu do wiary. Jednak i ta pogłoska rozbija się o skałę faktów. Nie wykluczał jej wprawdzie komisarz policji, Dominique Jacomet. Sam wierny katolik, był co najmniej równie wiernym policjantem.   

Wszystko jednak wskazuje przeciwko tej tezie. Kler nie tylko nie promował wizji Bernadety, lecz stanowczo się jej sprzeciwiał. Autor bestsellera poświęconego Lourdes, Henri Lasserre, zarzucał wręcz duchownym ignorowanie ludu, widzącego w objawieniach „palec Boży”. Jest w tym sporo prawdy, choć tak ostra krytyka jest nieuzasadniona. Zdrowy sceptycyzm w odniesieniu do objawień prywatnych stanowi bowiem stałą praktykę Kościoła. Pozwala on na odróżnienie objawień prawdziwych oraz fałszywych.

Właśnie takim racjonalnym podejściem cechował się ówczesny biskup diecezji Tarbes, na terenie której dochodziło do objawień. Rygorystyczny i surowy, popierał jednocześnie postęp naukowy i techniczny. Mawiał, że gdyby nie powołanie kapłańskie zostałby inżynierem. Z pewnością tego spokojnego hierarchy nie da się oskarżyć o wichrzycielstwo czy łatwowierność. „Tego typu człowiek mógł dać się przekonać jedynie faktom, które przeszły próbę konkretnych badań” – zauważa Vittorio Messori.

Co więcej, księża w ogóle nie mogli udawać się do groty objawień z powodu zakazu władz kościelnych. Jedynym duchownym, jaki podczas obowiązywania biskupiego zakazu zobaczył objawienia, okazał się Antoine Desirat. Usprawiedliwiając się, że nie mieszka w Lourdes, dołączył pewnego dnia do świeckich podążających do groty objawień. Stał tuż przy wizjonerce.

Po opuszczeniu groty nie zamierzał swojego pobytu ukrywać. Gdy jednak opowiedział całą historię w seminarium w Saint-Pe w rozmowie z dwoma księżmi „przerwał mu wybuch śmiechu obu duchownych, którzy zaczęli natrząsać się z jego łatwowierności. Niechże, jeśli już musi, poświęci czas na poważne kwestie, teologiczne, biblijne, a nie ugania się za bajkami i duchami z ludowych zabobonów” – mówili. Dobrze odzwierciedla to ówczesne podejście lokalnego kleru do sprawy.

Ktoś jednak może stwierdzić, że duchowieństwo, nie wierząc w objawienia wymyśliło je dla zysku, dla przyciągnięcia pielgrzymów i zwiększenia ich datków. Stosunek Bernadety do korzyści finansowych był, jak już wiemy, całkowicie negatywny. A co z duchowieństwem?

Jak już wspomniano, początkowo sprzeciwiało się ono objawieniom i zniechęcało do dawania wiary rewelacjom Bernadetty. Nawet jednak po uznaniu objawień przez biskupa miejsca i rozpoczęciu budowy sanktuariów, objawienia nie przyczyniły się do wzbogacenia lokalnego kleru ani diecezji. Francuska władza, całkowicie oddzielona od Kościoła, nie wspomagała budowy sanktuariów nad Gave de Pau. Oficjalnej pomocy nie udzielił też Watykan. Wpływały jedynie osobiste datki: papieży i hierarchów, ale przede wszystkim wiernych. Handel w Lourdes, sprzedaż pamiątek religijnych et cetera od razu przekazano „wolnemu rynkowi”. I tak też jest do dzisiaj.

Generalnie, jak zauważa Vittorio Messori „Lourdes nie było interesem, tylko studnią bez dna, przede wszystkim ze względu na konieczność poniesienia olbrzymich wydatków na zakup ziemi, gdyż biskup chciał, aby teren był jak najrozleglejszy, by ochronić nieprzekraczalny święty pas wokół groty”. Budowa i utrzymanie kompleksu także nie należały – i nie należą – do tanich. Co zaś z handlem pamiątkami religijnymi? Otóż „jedną z pierwszych decyzji diecezji w Tarbes było pozostawienie handlu w rękach osób prywatnych”.

Hipoteza o komedii

Twierdzenia o wpływie kleru lub rodziców na Bernadetę okazują się zatem błędne. Walczący z prawdą nie poprzestają jednak na nich. Jedną z najbardziej obraźliwych, jakie wysuwają jest „hipoteza komediantki”. Zgodnie z nią, Bernadeta, nawet jeśli nie działała w imię zysku, chciała po prostu zwrócić na siebie uwagę.

Przeanalizujmy zatem także tę hipotezę. Otóż jej prawdziwości przeczy przede wszystkim charakter wizjonerki. Wszak Bernadeta wszystko czyniła z umiarem „(…) sprowadzała do samej istoty w sposób naturalny, bez cienia pokazowego mistycyzmu. Przychodziła do groty w ostatniej chwili w towarzystwie jedynie paru koleżanek, cicha i zamyślona, często biegła, spiesząc się na spotkanie z cudowną Postacią, z radosną twarzą, bez żadnych oznak udawanej pokory”. W objawieniach brakowało jakiejkolwiek teatralności. Ekstaza trwała krótko, a jedynym jej objawem okazywała się przemiana twarzy dziewczynki podczas wizji” – pisze Mesorri.

Co istotne, dziewczynka nie zgadzała się też spełniać życzeń osób pragnących dotykać jej, niczym relikwii. Przeciwnie, zachowywała całkowitą skromność. Co ciekawe, Bernadeta sprzeciwiała się przedstawianiu Matki Bożej w postaci innej, niż ta, jaką rzeczywiście ujrzała. A więc drobnej dziewczynki. Obstawała przy tym, pomimo, że kłóciło się to z wyobrażeniami dominującymi w ówczesnym Kościele.

Co więcej, objawienia Bernadety wywołały na krótki czas modę wśród okolicznych mieszkanek na udawanie wizjonerek. Zachowanie oszustek, pragnących zwrócić na siebie uwagę i usuwającej się w cień Bernadety okazało się jednak krańcowo inne.

Halucynacje? Żadną miarą!

Hipoteza mniej obraźliwa, a z pozoru naukowa, to twierdzenie o halucynacjach, na jakie rzekomo cierpiała Bernadeta. Z powodu niedożywienia, biedy, wątłego zdrowia uległa ona rzekomo złudzeniom. Zwolennicy tej wersji zachowują prawdę o nieskazitelności charakteru Bernadety, a jednocześnie chronią się przed przyjęciem do wiadomości „zabobonu”. Nie dziwi zatem, że to twierdzenie zyskało sobie popularność wśród inteligencji.

Szkopuł tkwi jednak w tym, że ono także rozmija się z prawdą. Bernadeta była wprawdzie słabo wykształcona, ale zdrowego rozsądku jej nie brakowało. Wręcz przeciwnie. Nie wykazywała żadnych symptomów histerii ani podobnych zaburzeń. Nigdy nie skarżyła się na brak zrozumienia ani na choroby, a jej opowieści cechował wielki realizm.

Ponadto 27 marca 1958 roku trzech lekarzy na polecenie władzy świeckiej miało orzec o zaburzeniach psychicznych wizjonerki. Chodziło o podkładkę służącą umieszczeniu jej w zakładzie dla obłąkanych. Mimo nacisków władzy lekarze, znajdujący się w rzeczywistości pod wrażeniem dziewczynki, wydali salomonowe orzeczenie. Służyło ono oddaleniu groźby umieszczenia Bernadety w przytułku, bez jednoczesnego rozdrażniania władzy.

Gmach wznoszony przez zwolenników racjonalizmu nieskładnie, choć z wielkim mozołem, rozpada się zatem jak domek z kart. Pozostaje prawda o niezwykłych uzdrowieniach, odnowie życia religijnego, o Niepokalanym Poczęciu. Pozostaje prawda katolicka, prawda o Bogu stale wybierającym „właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców (…) to, co niemocne, aby mocnych poniżyć”. Wszak „to bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi.” (1 Kor 25;27). 

Korzystałem z książki Vittorio Messori „Tajemnica Lourdes czy Bernadeta nas oszukała” Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.

 

Marcin Jendrzejczak

11 lutego: NMP z Lourdes. Sakrament namaszczenia chorych – sakrament ludzi żyjących

 

11 lutego: NMP z Lourdes. Sakrament namaszczenia chorych – sakrament ludzi żyjących

W 1858 roku, w cztery lata po ogłoszeniu przez Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu, Matka Boża zjawiła się ubogiej pasterce, św. Bernadecie Soubirous, w Grocie Massabielskiej w Lourdes. Podczas osiemnastu zjawień (w okresie 11 lutego-16 lipca) Maryja wzywała do modlitwy i pokuty

11 lutego 1858 r. Bernadetta Soubirous wraz z siostrą i przyjaciółką udała się w pobliże Starej Skały – Massabielle – na poszukiwanie suchych gałęzi, aby rozpalić ogień w domu. Gdy została sama, usłyszała dziwny dźwięk podobny do szumu wiatru i zobaczyła światłość, z której wyłoniła się postać „Pięknej Pani” z różańcem w ręku. Odtąd objawienia powtarzały się.
Bernadetta opowiedziała o tym wydarzeniu koleżankom, te rozpowiedziały o tym sąsiadom. Rodzice skrzyczeli Bernadettę, że rozpowiada plotki i zakazali jej chodzić do groty, w której miała jej się ukazać Matka Boża. Cofnęli jednak zakaz, gdy zobaczyli, że ich dziecko gaśnie im na oczach z udręki. Dnia 14 lutego dziewczęta udały się najpierw do kościoła i wzięły ze sobą wodę święconą. Gdy przybyły do groty, było już po południu. Kiedy w czasie odmawiania różańca ponownie ukazała się Matka Boża, Bernadetta, idąc za poradą towarzyszek, pokropiła tajemniczą zjawę i wypowiedziała słowa: „Jeśli przychodzisz od Boga, zbliż się; jeśli od szatana, idź precz!”. Pani, uśmiechając się, zbliżyła się aż do brzegu wylotu groty i odmawiała różaniec.

1 marca 1858 r. – Pierwsze cudowne uzdrowienie w Lourdes

Pewna kobieta poprosiła Bernadetę, aby pomodliła się na jej różańcu w obecności Pani. Dziewczynka spełniła tę prośbę, lecz Pani zapytała ją, co zrobiła ze swoim różańcem. Bernadeta wyjęła swój stary różaniec i modliła się na nim, 1 marca przed grotą była także prosta chłopka, Katarzyna Latapie, z dwojgiem dzieci. W 1856 r. po upadku z drzewa, zwichnęła ramię oraz złamała kości nadgarstka i palców. Po wyleczeniu nie mogła jednak poruszać dłonią, a dwa palce pozostały krzywe. Pchana jakąś wewnętrzną siłą obmyła dłoń w wodzie źródła i ze zdumieniem stwierdziła, że odzyskała ona dawną sprawność. Przypadek –”Latapie” został uznany za pierwsze cudowne uzdrowienie w Lourdes

Lourdes leży w rejonie Górnych Pirenejów i liczy 17 tys. mieszkańców. Dzięki objawieniom Matki Bożej w   1858 r. miasto stało się maryjną metropolią świata.  Co roku przybywa tu około 7 milionów pielgrzymów ze wszystkich kontynentów…

Górująca nad miastem baszta zamku przypomina burzliwą historię. Już Rzymianie zbudowali tutaj twierdzę (Mirambel). Na przełomie VII i VIII wieku Mirambel wpadła w ręce saracenów. Wypierając ich w 778 r. Karol Wielki musiał zdobywać twierdzę głodem. Wtedy miało miejsce znamienne wydarzenie. Pewnego dnia olbrzymi orzeł upuścił nad twierdzą wielką rybę. Dowódca Saracenów – Mirat odesłał ją jeszcze żywą, Karolowi Wielkiemu na znak, że nie prędko  się poddadzą. Z kolei do twierdzy udał się biskup Turpin z Puy, aby w imieniu króla podziękować za prezent.  Przy okazji biskup gorąco apelował, aby Mirat przyjął wiarę chrześcijańską i stał się lennikiem Matki Bożej, skoro nie chce się poddać Karolowi Wielkiemu. Ku zdumieniu wszystkich Mirat zgodził się i przyjął chrzest. Otrzymał imię Lorus. Zamek oddał w lenno Matce Chrystusa, a król Karol odstąpił od oblężenia.  Z czasem twierdza i okolica – nazywana ”Lorus” – przekształciła się w ”Lourdes” 

  ABY  DAĆ ŚWIADECTWO PRAWDZIE   (J  18, 37) 

Henryk Lasserre, literat i publicysta, dobrze znany we Francji, będąc  zagrożony nieuchronną ślepotą użył za poradą i namową swojego przyjaciela Karola Fraycienta, późniejszego ministra wojny i do tego protestanta, wody ze źródła w Lourdes, która natychmiast  go uzdrowiła. Uzdrowienie to utrzymywało się przez całe jego długie życie, przez kilkadziesiąt lat niezmiennie, pomimo ciągłej  pracy umysłowej, pisania i czuwania po nocach, połączonego z  jego literackim zawodem. Temu uzdrowieniu zawdzięczamy prześliczną książkę, którą Henryk Lasserre napisał pod tytułem „Notre Dame de Lourdes”, w przekładzie polskim „Niepokalana  z Lourdes”. W niej między innymi pisze o cudownym uleczeniu swojej ślepoty duszy i ciała.
„Przez długie lata cieszyłem się doskonałym wzrokiem. Nagle, latem 1862 roku, zaczął się on stopniowo pogarszać. Przypisywałem to przeforsowaniu, ponieważ przez kilka tygodni pracowałem intensywnie do późnej nocy. Postanowiłem nieco wypocząć; lecz mimo to naprawa nie następowała. Przeciwnie, pogorszenie stale postępowało, zapisane przez  okulistę środki nic nie pomagały. Zwróciłem się do innego lekarza, który cierpienie przypisał ogólnemu przemęczeniu i zalecił wypoczynek na wsi. Wyjechałem więc z Paryża do majątku mojej matki, gdzie całe dnie spędzałem na świeżym powietrzu, nic nie robiąc.  Ale choroba wciąż postępowała,  przeczytanie trzech wierszy książki wystarczałoby w głębi gałek ocznych wywołać nieznośny ból i zamglenie wzroku. Poważnie zaniepokojony, powróciłem do  Paryża, gdzie serdeczny mój przyjaciel namówił mnie, abym udał się do dr Giraud, jednego z najsłynniejszych specjalistów. Tak  też uczyniłem, a sprawa była widocznie poważna, skoro doktor  po zbadaniu mnie zażądał konsylium z udziałem drugiego znanego specjalisty, dr Desmares. Rezultatem tej narady i badań przy pomocy specjalnej aparatury było przepisanie ciemnych okularów i absolutny zakaz czytania.
–   Źle ze mną – pomyślałem – widocznie tracę wzrok i nawet leki  pomogą, skoro mi żadnych nie przepisali. Zwierzyłem się z tych podejrzeń przyjacielowi, który mnie wyśmiał. Lecz  po kilku dniach powrócił do rozmowy.
–   Słuchaj – rzekł mi – a gdybyś tak spróbował wody z Lourdes?  Tyle piszą o tych cudownych uzdrowieniach. Może i Tobie pomoże.
Rada mego przyjaciela zastanowiła mnie z dwóch powodów. Po pierwsze  jest on kalwinem i co za tym idzie, w cuda wierzyć nie może, a po wtóre, musiał dowiedzieć się od poleconego przez siebie okulisty, że moje obawy są słuszne. Okazało się, że tak jest istotnie.  Przyciśnięty przeze mnie do muru dr Giraud wyznał mi w końcu, że stwierdził sklerozę gałek ocznych i będące jej następstwem odklejanie się siatkówki. Grożące mi całkowite jej odklejenie  jest równoznaczne z nieuleczalną ślepotą. Przyjaciel mój wiedział o tym i jego rada, abym szukał ratunku w cudzie, była po prostu przygotowaniem mnie do katastrofy.
–  Tak, wiedziałem – przyznał się – ale radziłem ci i radzę w  dalszym ciągu użycie wody z Lourdes nie dlatego, aby cię do katastrofy przygotować, ale dlatego, że uzdrowienia przez nią są podobno prawdą. Więc dlaczego nie spróbować, skoro nie ma się nic do stracenia? Mnie by to nie pomogło, bo jestem kalwinem i w cuda nie wierzę. Ale ty jesteś przecież katolikiem… Prawda, jestem katolikiem. Tego jednak mój  przyjaciel nie wiedział, że nie będąc niedowiarkiem, przestałem  jednak praktykować obowiązki religijne już od dosyć dawna, a w cuda, zwłaszcza zdarzające się w XIX wieku, nie bardzo wierzyłem.  Zwierzyłem mu się teraz, jakim to ja jestem katolikiem, a on zamilkł, bo co miał odpowiedzieć?
Ale stan moich oczu pogarszał się coraz bardziej i pomimo oszczędzania ich, pomimo, że całkowicie zaprzestałem czytania i pisania, zacząłem widzieć wszystko jak przez mgłę pokrytą czarnymi plamami. Po pewnym czasie przyjaciel mój znów poruszył temat cudownej wody.
– Użycie wody z Lourdes uważam za próbę, której nie wolno ci pominąć, choćby jej pozytywny wynik miał ci się zdawać najmniej prawdopodobny. A ponieważ uznaję działania zgodne z logiką, uważam, że każda próba powinna być wykonana dokładnie, to  znaczy tak, jak tego wymaga twoja religia. Będąc na twoim miejscu poszedłbym do spowiedzi, napisałbym do Lourdes z prośbą o przysłanie wody i spróbowałbym jej mocy.
Rozmowę tę prowadziliśmy w jego mieszkaniu.
–   Sam pisać nie możesz – dodał – ale podyktuj mi, a ty tylko podpiszesz. O,  mam już pióro i papier – czekam.  Był  to po prostu przymus, któremu uległem. List do proboszcza w Lourdes został jeszcze tego samego wieczora wysłany. Po kilku  dniach, gdy wracałem z przechadzki do domu, portier zatrzymał mnie, mówiąc:
–  Jest tu do pana jakaś skrzyneczka z poczty,
Była  to woda z Lourdes. Doznałem dziwnego wzruszenia i nie mogąc zdobyć się na odwagę otworzenia skrzyneczki poszedłem do mego przyjaciela.
Woda już nadeszła – powiedziałem mu – mam ją u siebie, lecz przesyłki nie rozpieczętowałem. A wiesz dlaczego? Po prostu boję się obowiązków, jakie to uzdrowienie może na mnie włożyć. Gdyby mnie uleczył lekarz, to zapłaciłbym mu honorarium i sprawa byłaby  załatwiona, nie pozostałbym dłużnikiem. Ale pozostanę nim na zawsze wobec Boga, jeśli uzdrowi mnie Swą łaską. Jeślibym doznał cudu, zaciągnąłbym obowiązek wyrzeczenia się wszystkiego i zmiany życia. A takim jestem tchórzem, że się tego boję. Sądzisz może, że cofam się przed użyciem wody z Lourdes w obawie, że cud nie nastąpi i że utracę nadzieję ratunku? Mylisz się. Ja teraz boję się, że cud może nastąpić!

–   Mogę tylko powtórzyć to, – odrzekł przyjaciel – co ci już raz powiedziałem: idź do spowiedzi.
–   Dziwny z ciebie kalwin. Pożegnałem się i prosto od niego poszedłem do księdza Ferrand, niegdyś mego spowiednika, z którym – niestety – już od dawna się nie widziałem. Nie było go w domu. Powiedziano mi, że wróci dopiero późnym wieczorem. Wzrok miałem już tak słaby, że musiałem iść ostrożnie i powoli, aby nie potrącać przechodniów, których sylwetki widziałem jak przez mgłę. Świat zewnętrzny rysował mi się coraz mniej wyraźnie i może dlatego coraz silniej rozrastał się świat wewnętrzny, w którym Bóg miał swe miejsce, bom przecież wiary nie utracił. Pełen głębokich i poważnych myśli wróciłem powolnym krokiem do domu. Ułomność ludzka szuka zawsze usprawiedliwienia dla własnych grzechów. Nie brakowało ich w moim życiu, więc jakże mogłem oczekiwać od Boga cudu, nie wzbudziwszy w sobie żalu. Otworzyłem skrzyneczkę. Była w niej butelka z wodą i mała  Książeczka, której tytuł z trudem odcyfrowałem, z opisem objawień w Lourdes. Pogrążony w myślach, klęknąłem przy łóżku. Dawno nieodmawiane pacierze znalazły się na moich ustach, a z serca popłynęła gorąca, pokorna prośba. Jakaś obawa wstrzymała mnie przed odkorkowaniem butelki zanim się wyspowiadam, a jednocześnie popychała do tego gwałtowna chęć. Z ust wyrwała się mi modlitwa: „Boże wszechmogący, odpuść mi grzechy! A Ty, Bogarodzico, ulituj się nade mną! Usuń ślepotę mej duszy i mych oczu!”. Uczułem przypływ gorącej i silnej wiary… odkorkowałem butelkę… ulałem na spodek wody i zamoczywszy w niej chusteczkę, przetarłem nią natychmiast czoło  i oczy. Wszystko to razem trwało niecałą minutę. Któż zdoła sobie zdać sprawę z uczucia, jakiego doznałem? Nie potrafię określić tego słowami: było to uczucie radości, graniczącej nieomal z przerażeniem. Ledwie dotknąłem zwilżoną chusteczką powiek i otworzyłem oczy, wisząca nad nimi mgła rozwiała się błyskawicznie bez śladu! Dzień był jasny, przedmioty wyraźne, widziałem najdrobniejsze szczegóły, tak jak przed rokiem. Uleczenie to było zupełnie nagłe, Nie wierzyłem własnym zmysłom. Myślałem, że śnię. Ukląkłem ponownie i dziękowałem Bogu.  „Jestem uleczony! Jestem uleczony!” – powtarzałem sobie nieustannie nie mogąc  opanować radości i sięgnąłem do szafy z książeczką. Nie! Pierwszą, jaką po tylu miesiącach wezmę do ręki, będzie ta, którą mi przysłano z Lourdes, i zacząłem ją czytać. Czytałem  znakomicie, jak dawniej. Z mego kalectwa nie pozostało ani śladu. Przeczytałem bez odpoczynku 104 strony i gdy na 105 zamknąłem książkę to dlatego, że zapadł zmrok.
Pierwszym człowiekiem, który nazajutrz rano dowiedział się o łasce mego uzdrowienia był w konfesjonale ks. Ferrand, drugim proboszcz z Lourdes, do którego napisałem niezwłocznie, a trzecim mój przyja­ciel „Czyż muszę dodawać, że moje uzdrowienie było drogą, którą Bóg  wywiódł go z błędu i przyprowadził do Kościoła?”

(„Pani z nieba wzywa”, Michalineum, Warszawa 1989)

Namaszczenie chorych – sakrament ludzi żyjących

Ludzie nieraz pytają: Kiedy wezwać księdza do chorego z „ostatnim namaszczeniem”? Niekiedy decydują się na to, kiedy nie ma już kontaktu z chorym i kapłan faktycznie przychodzi za późno. A przecież wcale nie musi tak być

Dlaczego nie wezwaliście mnie wcześniej? Niejeden kapłan zadaje takie właśnie pytanie rodzinie już zmarłego chorego. – No, bo to przecież ma być ostatnie namaszczenie. Takie na śmierć, więc czekaliśmy do ostatniej chwili – odpowiadają najczęściej. Nic bardziej mylnego. Sakrament namaszczenia chorych jest sakramentem żywych. Kościół naucza, że jest to sakrament umocnienia i uzdrowienia. Jest on potrzebny nie tylko chorym, ale również ich bliskim we wspólnym przeżywaniu prawdy, że człowiek powołany jest do wspólnoty z Bogiem w wieczności.

Namaszczenie w kościelnej tradycji

Najczęściej jako biblijny fundament namaszczenia chorych wskazuje się nowotestamentowy tekst: „Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone” (Jk 5, 14-15). Kapłani modlą się zatem nad chorymi i namaszczają ich olejem w imię Jezusa Chrystusa.
Starożytni łączyli zazwyczaj uleczenie z namaszczeniem (por. np. Mk 6, 13). Obecnie sakrament namaszczenia chorych łączy człowieka z Chrystusem Panem, umacnia go, sprawiając, że chory ma dość odwagi w wierze, by pogodzić się z zaistniałą sytuacją, która przecież może nawet skończyć się śmiercią. Dlatego też choremu w niebezpieczeństwie śmierci udziela się tzw. wiatyku.
Warto w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć, że sakrament chorych jest przeznaczony dla ludzi przytomnych. Stąd też kapłana wzywamy, kiedy chory jest przytomny, pragnie się wyspowiadać, przyjąć Komunię św. i namaszczenie świętymi olejami

poniedziałek, 9 lutego 2026

Ks.R.Skrzypczak: Musicie być solą tej ziemi.Rekolekcje Kard.K.Wojtyły. Analiza rezygnacji Benedykta 16


ks. Robert – homilia 310.

 Musicie być solą tej ziemi .


Prawda o dialogu chrześcijańsko-żydowskim w Polsce. Ks. prof. Chrostowski w mocnej rozmowie z KAI

 

BP ATHANASIUS SCHNEIDER: NAJGROŹNIEJSZA HEREZJA NASZYCH DNI

 BP ATHANASIUS SCHNEIDER: NAJGROŹNIEJSZA 

bp athanasius schneider: najgroźniejsza herezja naszych dni

„Ucieczka od herezji” biskupa Schneidera – z ruchomych piasków dialogu na skałę objawienia

 


Bp Athanasius Schneider: Znaczenie i skutki herezji oraz konieczność ochrony wiernych

 

Bp Athanasius Schneider: Znaczenie i skutki herezji oraz konieczność ochrony wiernych

Chcąc pozostać wiernym wierze katolickiej w pełnie jej treści oraz głosić ją i jej bronić, katolik zawsze będzie celem ataków. Nie jest wolą Boga, aby wielkie błogosławieństwa spływały bez uprzedniego złożenia ofiary w postaci wielkich cierpień – powiedział w Krakowie bp Athanasius Schneider.

W dzisiejszych czasach Kościół doświadcza jednej z największych duchowych epidemii, czyli niemal powszechnego zamętu i dezorientacji doktrynalnej, które stanowią poważne zagrożenie dla zdrowia duchowego i zbawienia wiecznego tak wielu dusz. Jednocześnie należy nie tracić z oczu szeroko rozpowszechnionej apatii w sprawowaniu Magisterium na różnych poziomach hierarchii kościelnej we współczesnym świecie. Jest to w dużej mierze spowodowane niewypełnianiem apostolskiego obowiązku dotyczącego wszystkich członków hierarchii – zgodnie z tym, co stwierdza Sobór Watykański II – „czujnego strzeżenia przed wszelkimi błędami, które zagrażają owczarni”. (Lumen gentium, 25). Nasze czasy charakteryzują się głębokim duchowym pragnieniem wiernych katolików z całego świata, aby potwierdzić te prawdy, które są przesłaniane, podważane i odrzucane z powodu jednych z najbardziej niebezpiecznych błędów naszych czasów. Taka sytuacja wymaga pilnego i konkretnego rozwiązania. Biskupi winni pamiętać o następujących ponadczasowych słowach św. papieża Grzegorza Wielkiego: „Niech nasz język nie ustaje w napominaniu, a skoro pełnimy urząd biskupi, niech nasze milczenie nie stanie się powodem naszego potępienia przed trybunałem sprawiedliwego Sędziego. (…) Ludzie powierzeni naszej opiece odwracają się od Boga, a my milczymy. Żyją w grzechu, a my nie wyciągamy ręki, aby ich napomnieć” (Homilie na Ewangelie 17: 3. 14).

W roku1966, a zatem rok po zakończeniu Soboru Watykańskiego II, kardynał Ottaviani, ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary, zwrócił się do wszystkich biskupów z prośbą o wykorzenienie lub przynajmniej przeciwdziałanie głównym błędom i herezjom naszych czasów. Oto zaś najważniejsze błędy i herezje, które wymienił kardynał Ottaviani: 1) Odwoływanie się do Pisma Świętego przy celowym pomijaniu Tradycji. W ten sposób ogranicza się jednak rolę i siłę inspiracji biblijnej oraz jej nieomylność, porzucając słuszne pojęcie prawdziwej wartości tekstów historycznych. 2) Formuły dogmatyczne podlegające ewolucji historycznej, nawet do tego stopnia, że ich obiektywne znaczenie może ulec zmianie. 3) Odmowa uznania prawdy obiektywnej, absolutnej, stabilnej i niezmiennej, podporządkowywanie wszystkiego pewnemu relatywizmowi pod pretekstem, że każda prawda koniecznie podlega ewolucji zależnie od sumienia i historii. 4) Jezus Chrystus zostaje zredukowany do roli zwykłego człowieka, który w pewnym momencie uświadomił sobie swoją boskość jako Syn Boży. Jego narodziny z dziewicy, cuda i samo zmartwychwstanie są uznawane jedynie za pewne koncepcje lub mity, a nie za fakty historyczne. 5) Teoria, zgodnie z którą transsubstancjacja nie zmienia chleba i wina w Ciało i Krew Pana Jezusa Chrystusa, ale po prostu nadaje im nowe znaczenie, a Msza staje się przede wszystkim braterskim posiłkiem lub agapą, tracąc swe pierwotne znaczenie jako Ofiara. 6) Teoria, która mówi, że sakrament pokuty jest środkiem pojednania z Kościołem, pomijając koncepcję pojednania grzesznika z Bogiem, którego obraził swoimi grzechami. 7) Praktyczne zaprzeczenie grzechu pierworodnego. 8) Odrzucenie obiektywnych kryteriów moralności, nieuznawanie prawa naturalnego, popieranie zasadności tzw. etyki sytuacyjnej (tj. twierdzenie, że decyzje moralne powinny opierać się na konkretnym kontekście sytuacji, a nie na uniwersalnych normach). 9) Działania ekumeniczne, które naruszają prawdę o jedności wiary i Kościoła, podsycając zgubny irenizm [błędne kreowanie fałszywej jedności między różnymi Kościołami, skupiając się na podobieństwach, a nie na różnicach doktrynalnych] oraz indyferentyzm wobec prawd zawsze niepodważalnych i niezmiennych.  


Kiedy profesor Dietrich von Hildebrand spotkał się z Pawłem VI latem 1965 roku – jeszcze przed zakończeniem Soboru – błagał go o wydanie miłosiernej anatemy potępiającej błędy i herezje. Paweł VI uznał jednak, że byłoby to „nieco zbyt surowe” i postanowił tego nie robić (zob. wywiad z dr Alice von Hildebrand, Latin Mass Magazine, lato 2001). Jednak jedyną drogą naprzód byłoby właśnie miłosierne potępienie błędów i herezji, jak powiedział profesor Dietrich von Hildebrand, wskazując na źródło problemu już kilkadziesiąt lat temu i stwierdzając, że przedkładanie jedności nad prawdę odgrywa kluczową rolę w kryzysie Kościoła naszych czasów, ponieważ Kościół Chrystusowy – święty, rzymski, katolicki i apostolski – opiera się na tej fundamentalnej zasadzie: absolutnym prymacie boskiej prawdy, czyli prymacie samego Boga (Miłosierna anatema (Roman Catholic Books: 1993), 1). Podjąłem próbę odpowiedzi na tę pilną potrzebę w mojej książce „Ucieczka od herezji”.

Profesor Dietrich von Hildebrand powiedział: „Anatema wyklucza osobę wyznającą herezje ze wspólnoty Kościoła, jeśli nie wyrzeknie się ona swoich błędów. Ale właśnie z tego powodu jest to akt największej miłości wobec wszystkich wiernych, porównywalny z zapobieganiem zarażeniu niebezpieczną chorobą niezliczonej liczby ludzi. Izolując nosiciela infekcji, chronimy zdrowie fizyczne innych; poprzez anatemę chronimy ich zdrowie duchowe. Co więcej: zerwanie komunii z heretykiem w żadnym wypadku nie oznacza, że nasz obowiązek miłości wobec niego ustaje. Nie, Kościół modli się również za heretyków; prawdziwy katolik, który osobiście zna jakiegoś heretyka, modli się za niego żarliwie i nigdy nie przestaje udzielać mu wszelkiej pomocy. Św. Jan, wielki apostoł miłości, powiedział: „Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawidził, jest kłamcą,” (I Jn. 4:20). Jednak rzekł również: „Jeśli ktoś przychodzi do was i nie przynosi tej nauki, nie przyjmujcie go do domu [.]” (2 Jn. 1:10), (zob. Miłosierna anatema, 5–6).  

Od czasów apostołów, którzy ogłosili „anatemę” przeciwko herezji, tak jak uczynił to św. Paweł w Liście do Galatów 1: 8-9), począwszy od Pierwszego Soboru Powszechnego w Nicei w 325 r. aż do 1958 r. (śmierć Piusa XII), Magisterium Kościoła sprzeciwiało się herezjom we wszystkich ich formach, zawsze za pomocą jasno sformułowanych wyroków anatemy. Potępienie herezji jest aktem miłosierdzia, aktem mającym na celu dobro drugiego człowieka ze względu na Boga. Zdrowie duszy jest ważniejsze niż zdrowie ciała. Anatema jest więc aktem miłosierdzia, ponieważ ratuje niezliczone dusze przed zaraźliwym źródłem wiecznego potępienia, tak samo jak kwarantanna może uratować niezliczone rzesze ludzi przed śmiertelną chorobą, która zagraża wiecznemu zbawieniu niezliczonych wiernych. Powodem, dla którego Kościół w epoce nowożytnej aż do 1958 r. sprzeciwiał się liberalizmowi nie mniej niż protestantyzmowi, był fakt, że modernizm i protestantyzm stanowią zasadniczo ten sam błąd: obalenie wiary katolickiej i Chrystusa Króla oraz wywyższenie indywidualnego sumienia nawet ponad samą rzeczywistość (co w najbardziej uderzający sposób widać w tak zwanej ideologii gender lub ideologii LGBTQ). Nie ma większego zagrożenia niż zaraźliwa trucizna herezji. W czasach nowożytnych Kościół katolicki znajdował się pod niemal ciągłą presją, aby dostosować się do rewolucji protestanckiej i liberalnej.

Tak zwane „lekarstwo miłosierdzia” i choroba grzechu pierworodnego. W 1962 roku papież Jan XXIII wprowadził podejście duszpasterskie odmienne od miłosierdzia anatemy: tak zwane „lekarstwo miłosierdzia”. Papież Jan XXIII i większość jego następców byli przekonani, że ze względu na postępującą sekularyzację anatema nie jest już skuteczna w nawracaniu przeciwników i zapewnianiu bezpieczeństwa wiernym. Kościół powinien powstrzymać się od stosowania anatemy i zamiast tego starać się przedstawiać prawdę wiary bez potępiania. Co więcej, ludzkość osiągnęła – pomimo odrzucenia wiary – pewien postęp, co w zadziwiający sposób stwierdził Jan XXIII. Papież Jan XXIII cieszył się, że ludzkość poczyniła postęp w kierunku „nowego porządku” tak bardzo, że wygłosił niebywałą opinię, iż „ludzie z natury skłonni są potępiać [własne błędy]” [papież Jan XXIII, wystąpienie Gaudet Mater Ecclesia, Paź. 11, 1962]. Zaś dokument Gaudium et Spes Soboru Watykańskiego II mówi, że należy założyć, iż jesteśmy świadkami radykalnie „nowej ery w dziejach ludzkości” (Gaudium et Spes, 54), a tym samym konieczne staje się nowe spojrzenie. Jednak ta pewność zbyt łatwo stopiła się z zapomnieniem o grzechu pierworodnym, prowadząc do przesadnego nacisku na naturalizm, rodzaj neo-pelagianizmu. Z drugiej strony, miłosierność anatemy opierała się na zdecydowanym podkreśleniu, że człowiek rzeczywiście zmaga się z ciężarem grzechu pierworodnego – jego wola jest osłabiona, intelekt przyćmiony, a on sam skłonny do zła i błędów. Głównym twierdzeniem modernizmu było założenie, że ludzkość nie została dotknięta grzechem pierworodnym. Zakaźna choroba herezji to po prostu wirus, który pogłębia istniejący stan grzechu pierworodnego, chorobę, z którą każdy człowiek się rodzi. Optymizm i naiwność papieża Jana XXIII i Soboru Watykańskiego II dotyczące nowej epoki człowieka, w której nie potrzebował on miłosierdzia anatemy, zdawały się sugerować, że człowiek odmienił swój naturalny stan choroby i skłonności do zła i osiągnął stan lepszego zdrowia. Von Hildebrand obnażył jego niedorzeczność, głosząc, że „jedynie Chrystus zasadniczo zmienił historię” oraz że: … Terminy takie jak człowiek XIX wieku lub człowiek współczesny są niejednoznaczne. Nie istnieje takie uniwersalne pojęcie; istnieją jedynie trendy intelektualne i kulturowe, które przejściowo osiągają dominację. Idea współczesnego człowieka jako normy, do której wszyscy powinniśmy się dostosować, jest albo zwodnicza, albo pozbawiona znaczenia. Nawet jeśli rozumie się go jedynie jako nosiciela tymczasowo dominującej mentalności, współczesny człowiek nigdy nie może być dla nas normą [.] … W historii nie ma żadnej zamkniętej, jednorodnej epoki; nie ma też „człowieka współczesnego”: człowiek pozostaje zawsze taki sam w swojej podstawowej strukturze, przeznaczeniu, potencjale, pragnieniach i zagrożeniach moralnych; i jest to prawdą pomimo wszystkich zewnętrznych zmian, które zachodzą w zewnętrznych warunkach jego życia. W metafizycznej i moralnej sytuacji człowieka nastąpiła i wciąż obowiązuje tylko jedna zasadnicza zmiana historyczna: nadejście Chrystusa i zbawienie ludzkości oraz pojednanie z Bogiem poprzez śmierć Chrystusa na krzyżu”. [Dietrich von Hildebrand, Trojan Horse in the City of God (1967), 153, 157].

Tak więc, podobnie jak Syllabus papieża Piusa IX z 1864 r. kontynuował dobroczynność piętnowania, tak papież Jan XXIII i Sobór Watykański II postępowali wbrew temu, nie szukając miłosierdzia piętnowania, ale nierealistycznego „miłosierdzia” pojednania. Jeśli rzeczywiście człowiek zmienił się tak radykalnie, jak twierdzili i sugerowali papież Jan XXIII i Sobór Watykański II, konieczne było nowe podejście. Zamiast potępienia – pojednanie. Mimo to istniała nadzieja, że skoro człowiek zignorował potępienie, takie pojednanie przyniesie nową wiosnę wiary i nawrócenia dla współczesnego człowieka. Podejście to okazało się porażką, nie przyniosło oczekiwanej odnowy na oczach wszystkich, nie nadeszła wiosna Kościoła, przeciwnie – była to wiosna, która nigdy nie nadeszła. Dlaczego Sobór Watykański II nie przyniósł wiosny Kościoła? Ponieważ choroba została błędnie zdiagnozowana przez papieża Jana XXIII i dominującą frakcję podczas Soboru Watykańskiego II, która nie chciała słuchać głosów mądrzejszych ludzi ostrzegających przed chorobą grzechu pierworodnego i zarazą herezji. Dzięki Bogu, po zaledwie kilku pokoleniach ta fałszywa „medycyna miłosierdzia” nie przekonuje już młodzieży, która coraz częściej zwraca się ku tradycyjnej wierze i tradycyjnej liturgii. Jednak starsze pokolenie, posiadające wciąż władzę biskupią, nadal trzyma się fałszywej „medycyny miłosierdzia”, mając nadzieję na tę wiosnę, która nigdy nie nadeszła.

Chcąc pozostać wiernym wierze katolickiej w pełnie jej treści oraz głosić ją i jej bronić, katolik zawsze będzie celem ataków. Święty John Henry Newman powiedział: „Nie wiemy, co nas czeka, dopóki nie osiągniemy swojego celu; jesteśmy zaangażowani w wielkie, radosne dzieło, ale proporcjonalnie do łaski Boga rośnie zaciekłość Jego wrogów. Powitali nas tak, jak lew wita swoją ofiarę. Być może z czasem przyzwyczają się do tego, że się pojawiliśmy, ale niewykluczone, że staną się jeszcze bardziej zirytowani”. Nie jest wolą Boga, aby wielkie błogosławieństwa spływały bez uprzedniego złożenia ofiary w postaci wielkich cierpień. Jeśli prawda ma być szeroko rozpowszechniona wśród tego ludu, jak możemy marzyć, jak możemy mieć nadzieję, że jej głoszeniu nie będą towarzyszyły próby i trudności? O, wiaro katolicka, jakże jesteś solidna, jakże silna! Jakże głęboko zakorzeniona, jakże mocno oparta na solidnej skale! Niebo i ziemia przeminą, ale ty nigdy nie przeminiesz!

Bp Athanasius Schneider

Wykład został wygłoszony  w Krakowie 3.02.2026 r.

Kiedy milczenie pasterzy, zamieszanie i utrata świętości zagrażają duszom. MOCNY apel ks. bp Josepha Stricklanda

 

Kiedy milczenie pasterzy, zamieszanie i utrata świętości zagrażają duszom. MOCNY apel ks. bp Josepha Stricklanda

Amerykański biskup Joseph Strickland, do niedawna ordynariusz amerykańskiej diecezji Tyler, w nagraniu skierowanym do hierarchów, duchownych i wiernych wezwał do klarownego nauczania prawd wiary, odwagi i jednoznaczności w jej wyznawaniu oraz modlitwy w intencji pasterzy Kościoła – szczególnie tych, którzy pobłądzili.

 

Publikujemy poniżej zapis całego nagrania zamieszczonego w oryginale na witrynie Pillars of Faith.


 

Kiedy milczenie pasterzy, zamieszanie i utrata świętości zagrażają duszom 

Moi Bracia i Siostry w Chrystusie, 

są chwile w życiu Kościoła, gdy pasterz odczuwa ciężar, którego nie można zignorować. Nie chodzi o presję polityczną ani o medialną burzę. Mam na myśli ciche, uporczywe poczucie odpowiedzialności przed Bogiem. Poczucie, że milczenie, jakkolwiek wygodne by się wydawało, nie oznacza już wierności. 

Żyjemy właśnie w takim momencie. 

Kościół nie jest opuszczony. Chrystus pozostaje jego Głową. Jest obecny w Eucharystii, wierny swoim obietnicom. A jednak wielu wierzących czuje się nieswojo i są zdezorientowani. Z trudem przychodzi im opisanie tego stanu, ale czują, że osłabiono coś cennego, a coś istotnego zostało przyćmione. 

Wierzący widzą zamieszanie – nie tylko na świecie, ale także w samym Kościele. A zamieszanie nigdy nie jest czymś obojętnym.  

W Piśmie Świętym Pan przemawia do proroka Ezechiela i powierza mu wielką odpowiedzialność. Nazywa go strażnikiem. Strażnik nie ma głosić niebezpieczeństwa ani zmyślać zagrożeń. Nakazuje mu się jedynie czuwać, dostrzegać nadchodzące problemy i przed nimi ostrzegać. Jeśli tego nie uczyni, Pan mówi, że krew pokrzywdzonych będzie na jego rękach.

Ten obraz obecny jest w moich myślach od jakiegoś czasu. Biskupi bowiem nie są powołani jedynie do tego by zarządzać instytucjami czy utrzymywać spokój. Jesteśmy powołani do czuwania, do pilnowania, a w razie potrzeby do zabrania głosu – nawet jeśli jest to kosztowne. 

Największym zagrożeniem, przed którym stoi dziś Kościół, nie są prześladowania z zewnątrz. Kościół przetrwał cesarzy, rewolucje, więzienia i męczeństwo. Przetrwał o wiele gorsze rzeczy niż krytyka czy wrogość. 

Głębszym niebezpieczeństwem jest dziś wewnętrzne zamieszanie. Niejasność co do tego, czego naucza Kościół. Niejasność wobec tego, co może się zmienić, a co nie. Niejasność co do natury miłosierdzia, posłuszeństwa, kultu, grzechu, nawet samego Boga. 

Większość wiernych katolików nie buntuje się. Nie odczuwa gniewu. Po prostu stara się być wiernymi – i prosi o jasność. 

Wierzący zastanawiają się, dlaczego klarowne nauczanie tak często zastępowane jest ostrożną niejednoznacznością. Rozważają, dlaczego mówienie wprost jest traktowane jako coś, co dzieli, a milczenie pochwalane jako „duszpasterskie”. Zastanawiają się, dlaczego to, co kiedyś wydawało się trwałe, teraz już zdaje się podlegać negocjacjom. 

To zamieszanie jest wszechobecne, nigdzie jednak nie jest odczuwalne głębiej niż w kulcie Kościoła – w Najświętszej Ofierze Mszy Świętej.  

Liturgia to jednak nie tylko jeden z wielu aspektów życia Kościoła. To serce. To miejsce, w którym Kościół uczy się, Kim jest Bóg i kim on jest w relacji do Niego. Uwielbienie kształtuje wiarę. To, jak się modlimy, formuje nasze myślenie, życie i rozumienie prawdy. 

Z biegiem lat wielu wiernych odczuwało utratę sakralności w liturgii. Utratę czci. Utratę wertykalności – poczucia, że ​​dążymy ku górze, ku Bogu, a nie , że jesteśmy zwróceni ku samym sobie. 

Wierni zauważają, że niemal zanikła cisza. Podziw ustąpił miejsca nieformalności. Ołtarz może przypominać raczej stół zgromadzeń niż miejsce ofiary. Bóg nie wydaje się już pozostawać w centrum.  

Nie chodzi tu o nostalgię. Nie chodzi też o odrzucenie Mszy Świętej ani o negowanie ważności sakramentów. Chodzi raczej o to, by dostrzec duchowe konsekwencje: gdy zanika poczucie sacrum, słabnie wiara. Gdy kult staje się horyzontalny, dusza powoli zapomina o niebie. 

To nie stało się z dnia na dzień. I nie wzięło się znikąd. 

Sam Sobór Watykański II wzywał do ciągłości, do rozwoju na sposób organiczny, do wierności przekazanym tradycjom. Wyraźnie ostrzegał przed niepotrzebnymi innowacjami i zerwaniem z tradycją.  

A jednak w latach następujących po Soborze wprowadzono zmiany daleko wykraczające poza to, co przewidywali jego Ojcowie. Eksperymentalne projekty liturgiczne, które nie uzyskały jednoznacznej akceptacji, wywarły wpływ na późniejszy rozwój. Rozpowszechniły się praktyki, których Sobór nigdy nie nakazał. Z czasem forma ustąpiła miejsca bezkształtowi, dyscyplina – improwizacji, a transcendencja – swojskości. 

Nie mówię o tym po to, żeby potępiać, ale żeby uznać rzeczywistość. Nie można uleczyć czegoś, czego nie chce się nazwać. 

Kiedy uwielbienie traci swój właściwy sens, wszystko inne zaczyna dryfować. Doktryna jest trudniejsza do sformułowania. Nauki moralne stają się niewygodne. Wezwanie do pokuty słabnie. A miłosierdzie po cichu oddziela się od prawdy. 

Wiele dziś słyszymy o miłosierdziu – i słusznie. Bez miłosierdzia nikt z nas by nie wytrwał. Ale miłosierdzie zostało zdefiniowane na nowo. Zbyt często przedstawia się je jako afirmację bez nawrócenia, towarzyszenie bez ukierunkowania i współczucie bez prawdy. 

To nie jest miłosierdzie Chrystusowe. 

Chrystus odpuszcza grzechy, ale zawsze wzywał dusze do pokuty. Uzdrawiał, ale i ostrzegał. Pocieszał, ale mówił otwarcie o grzechu, sądzie i życiu wiecznym. 

Kościół, który odmawia ostrzegania przed niebezpieczeństwem powierzonych mu dusz, nie jest miłosierny. On je porzuca.  

W ostatnich miesiącach Kościół był świadkiem konsystorza kardynałów, a planowane są kolejne takie spotkania. Dla wielu katolików wydarzenia te wydają się odległe i abstrakcyjne. Nie są one jednak bez znaczenia. Kształtują przyszłe przywództwo Kościoła. Ujawniają priorytety. Wpływają na sposób, w jaki Kościół będzie nauczał, sprawował kult i rządził przez kolejne dekady.

Dlatego ten moment jest tak ważny. 

Decyzje podejmowane bez uczciwego zrozumienia historii, bez jasnej diagnozy ran Kościoła, grożą pogłębieniem zamieszania, zamiast jego uzdrowienia. Milczenie nie chroni jedności. Zaniechanie nie chroni komunii. Głoszona z miłością prawda – tak. 

Wielu katolików zmaga się dziś z bolesnym pytaniem: jak pozostać posłusznym, nie zdradzając prawdy. Jak pozostać wiernym, nie milcząc. Jak kochać Kościół, uznając jednocześnie jego rany.  

Otóż prawdziwe posłuszeństwo nie oznacza ślepego poddania się zamętowi. To wierność Chrystusowi i Kościołowi, tak jak on zawsze nauczał. Święci to rozumieli. Pozostawali w Kościele. Cierpieli niezrozumienie. Mówili z respektem – i odwagą. 

Prawdziwe posłuszeństwo nigdy nie wymaga od nas zaprzeczania rzeczywistości. Nigdy nie wymaga milczenia w obliczu błędu. Nigdy nie każe nam udawać, że zamieszanie to przejrzystość. 

To jednak nie czas na rozpacz – Chrystus nie opuścił swojego Kościoła. Nadszedł jednak czas na czujność. Czas na odwagę. Czas, by biskupi klarownie nauczali, kapłani z szacunkiem oddawali cześć Bogu, a wierni trwali w wierze, modlili się i byli niezłomni.  

Kościół nie odnowi się strachem. Nie uleczy go dwuznaczność. Nie wzmocni go bierne milczenie. 

Zostanie odnowiony dzięki prawdzie, wzmocniony przez właściwą cześć, uzdrowiony przez wierność Chrystusowi. 

Obecnie kryzysu w Kościele nie sposób już wytłumaczyć brakiem informacji. Fakty nie są ukryte. Historia nie jest niedostępna. Owoce widać w każdej diecezji – w pustych seminariach, chaotycznej katechezie i katolikach, którzy nie wiedzą już, czego tak naprawdę naucza Kościół. 

Z tym się teraz mierzymy, i nie jest to kryzys znajomości rzeczy. To kryzys woli. 

Przez ponad pół wieku biskupi, teologowie i przywódcy Kościoła mieli mnóstwo czasu, aby zbadać, co się wydarzyło – co było zamierzone, co zostało wdrożone, co przyniosło dobre owoce, a co nie. Utrata czci nie pozostała niezauważona. Upadek wiary w Rzeczywistą Obecność został udokumentowany już dziesiątki lat temu. Zbanalizowanie kultu, trywializacja sacrum, zanik ciszy w liturgii – to nie jest zaskoczenie. 

A jednak niewiele zrobiono dla poprawy sytuacji. Nie dlatego, że nie dało się tego zmienić, ale dlatego, że korekta jest kosztowna. 

Znacznie łatwiej jest mówić ogólnikami niż wskazać przyczyny. Znacznie bezpieczniej jest utwierdzać intencje niż oceniać rezultaty. Znacznie wygodniej jest powtarzać frazesy o „wspólnej podróży” niż otwarcie powiedzieć, że to się nie powiodło, a dusze płacą za to cenę. 

W pewnym momencie powtarzanie takiego języka staje się już formą nieuczciwości. I właśnie w tym miejscu teraz jesteśmy. 

Kiedy spotykają się kardynałowie i gdy gromadzą się biskupi, to nie uczestniczą tylko w ceremonialnych wydarzeniach. Sprawują wtedy prawdziwą władzę. Kształtują przyszłość Kościoła. A kiedy te chwile mijają bez uczciwego rozliczenia, przesłanie jest jasne, nawet jeśli niewypowiedziane: wiemy, że istnieje problem, ale nie chcemy się z nim zmierzyć. 

To milczenie jest wymowne. 

Księżom mówi, że cześć [wobec Boga] nie jest koniecznością. Seminarzystom przekazuje, że klarowność jest niebezpieczna. Wiernym wskazuje, że to, co czują w swoich sercach, należy zignorować. Kościół uczy się w ten sposób obniżania wymagań – wobec kultu, doktryny, a nawet samej świętości. 

Dlatego właśnie obecna chwila jest tak ważna. 

Kolejny konsystorz. Kolejna reorganizacja przywództwa. Kolejna okazja, by zmierzyć się z rzeczywistością – albo znowu ją zignorować.  

Zaniechanie zawsze ma swoje konsekwencje. 

Gdy przywódcy odmawiają działania, odpowiedzialność spada niżej. Proboszczowie muszą sprostać nierealnym oczekiwaniom. Wierni katolicy zmuszeni są wybierać między milczeniem a podejrzliwością. Młodzi ludzie dochodzą do wniosku, że Kościół tak naprawdę nie wierzy w to, czego rzekomo naucza. 

Tu nie ma jedności. To powolna erozja. 

Trzeba powiedzieć jasno: problem nie polega już na tym, że kardynałowie i biskupi nie wiedzą, co się dzieje. Problem polega na tym, że wielu uznało, iż bezpieczniej jest nie działać. 

Bezpieczniej nie korygować nadużyć liturgicznych. Bezpieczniej nie przywracać czci. Bezpieczniej nie bronić niepopularnych prawd. Bezpieczniej nie ryzykować, że zostanie się nazwanym „sztywnym” lub „powodującym podziały”. 

Jednak pasterz, który przedkłada bezpieczeństwo nad prawdę, nie chroni trzody. Pozostawia ją bezbronną. Posłuszeństwo zostało zrozumiane w tej kwestii na sposób zły i groźny. 

Posłuszeństwo nie oznacza bowiem udawania, że ​​rany nie są ranami. Nie oznacza wychwalania zamętu jako złożoności. Nie oznacza podporządkowania kultu i nauczania Kościoła duchowi czasu. 

Prawdziwe posłuszeństwo to wierność Chrystusowi – nawet jeśli niesie ona ze sobą cierpienie. 

Święci nie milczeli, gdy wiara była tłumiona. Nie czekali na pozwolenie, by bronić tego, czego Kościół zawsze nauczał. Mówili z szacunkiem, owszem – ale mówili! 

I wielu zapłaciło za to cenę. 

Wielu boi się dziś ceny, którą trzeba zapłacić za szczerość. Nie prześladowań, ale utraty pozycji. Nie męczeństwa, ale marginalizacji. Nie śmierci, ale cichego odrzucenia. 

Kościół jednak nie został zbudowany na bezpieczeństwie kariery. Został zbudowany na poświęceniu. 

Dlatego utraty sacrum nie można traktować jako kwestii drugorzędnej. To nie kwestia estetyczna. To nie sprawa pokoleniowa. To kwestia teologiczna.  

Kiedy kult przestaje jasno wyrażać poświęcenie, transcendencję i prymat Boga, sam Kościół zaczyna zapominać, czym jest. A kiedy przywódcy odmawiają skorygowania tego kierunku – nie dlatego, że go nie dostrzegają, ale dlatego, że nie chcą się z nim zmierzyć – szkody jeszcze się pogłębiają. 

W pewnym momencie miłość do Kościoła musi być silniejsza niż strach przed konsekwencjami. W pewnym momencie biskupi i kardynałowie muszą zdecydować, czy godzą się z rolą zarządzających masą upadłościową, czy też są gotowi cierpieć dla odnowy. To nie jest nawoływanie do buntu. To wezwanie do odpowiedzialności. 

Bo strażnika nie ocenia się po tym, czy ludzie go słuchają. Ocenia się po tym, czy ostrzegał. A nie jest tak, by godzina ostrzeżenia dopiero się zbliżała. Ona już nadeszła! 

Chcę to powiedzieć wyraźnie. Najpierw mówię to Bogu, a potem Wam. 

NIE MOGĘ MILCZEĆ. 

Nie dlatego, że uważam się za mądrzejszego od innych. Nie dlatego, że uważam się za wyższego niż Kościół. Ale dlatego, że jestem biskupem – a biskup nie należy do samego siebie. 

Zostałem wyświęcony, by strzec tego, czego sam nie stworzyłem; by przekazywać to, czego nie wynalazłem; by ostrzegać, gdy duszom zagraża niebezpieczeństwo – nawet gdy to ostrzeżenie jest niepożądane. 

Nadchodzi moment, kiedy powtarzanie ostrożnych słów staje się sposobem na unikanie odpowiedzialności; kiedy cierpliwość równoznaczna jest z opieszałością; kiedy powściągliwość staje się odmową. 

Myślę, że ten moment mamy już za sobą. 

Dopóki więc Bóg będzie podtrzymywać moje życie i posługę, będę ostrzegał. Będę mówił, choć łatwiejszym wyjściem byłoby milczenie. Będę po imieniu nazywał zamieszanie, gdy przybierze ono szaty złożoności. Będę bronił tego, co święte, gdy będzie traktowane tylko jako jedna z opcji. Będę nalegał, aby nasz kult oddawał centralne miejsce Bogu – a nie nam samym. 

Nie mówię tego ze złością. Mówię to ze smutkiem. I z determinacją. 

Ponieważ biskup pewnego dnia stanie przed Chrystusem i zda sprawę – nie z tego, jak unikał konfliktów, ale z tego, czy chronił powierzoną mu trzodę. 

Jeśli mnie ignorują, niech tak będzie. Jeśli mnie krytykują, niech tak będzie. Jeśli mnie pomijają, niech tak będzie. 

Ale nie stanę przed Panem mówiąc, że widząc niebezpieczeństwo, wybrałem milczenie. 

Do moich braci biskupów, i mówię to z szacunkiem i stanowczością: nie potrzebujemy więcej studiów, więcej procesów ani bardziej starannie sformułowanych oświadczeń. Potrzebujemy odwagi. Potrzebujemy uczciwości. Potrzebujemy odzyskać świętą bojaźń Bożą. 

Do księży mówię: strzeżcie ołtarza. Kochajcie liturgię. Nauczajcie prawdy, nawet jeśli Was to sporo kosztuje. 

Do wiernych mówię: nie traćcie ducha. Chrystus nie opuścił swojego Kościoła. Pozostańcie zakorzenieni. Pozostańcie pełni czci [wobec Boga]. Pozostańcie wierni. Módlcie się za swoich pasterzy – zwłaszcza gdy zawodzą. 

A do nas wszystkich mówię to: 

Strażnik nie odpowiada za to, jak odniosą się do jego napomnień. Odpowiada za to, czy ostrzegał. 

W nadchodzących dniach zamierzam ostrzegać z jeszcze większą determinacją, z jeszcze większą odwagą i z jeszcze większym zapałem.

Niech Bóg udzieli mi łaski, abym mógł to czynić z pokorą, wiernością i wytrwałością – aż do dnia, kiedy wezwie mnie, abym zdał sprawę [ze swojego życia]. 

A teraz, kończąc, proszę, abyście zatrzymali się na chwilę i w ciszy stanęli przed Panem. 

Niech Wszechmogący Bóg spojrzy z miłosierdziem na swój Kościół: zraniony, a jednak umiłowany. 

Niech Bóg wzmocni wszystkich, którzy są zdezorientowani, utrudzeni i przestraszeni. 

Niech oczyści naszą wiarę, przywróci cześć naszym ołtarzom i na nowo zwróci nasze serca ku temu, co wieczne. 

Niech Pan obdarzy odwagą swoich biskupów, wiernością swoich kapłanów i wytrwałością wszystkich wiernych, którzy szukają Go w prawdzie. 

Niech Bóg chroni Was przed zniechęceniem, strzeże przed błędami i utrzymuje mocno w wierze przekazanej przez apostołów. 

Niech Bóg Wszechmogący błogosławi Was i strzeże, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen. 

 

Biskup Joseph E. Strickland 

Biskup emerytowany 

BURZENIE KOŚCIOŁA Bł. Anny Katarzyny Emmerich

 

Anna Katarzyna Emmerich o "nowym kościele". Zbójecki ...

BURZENIE KOŚCIOŁA Bł. Anny Katarzyny Emmerich

bł. Anna Katarzyna Emmerich, wizjonerka

Zobaczyłam ludzi z tajnej sekty podkopującej nieustannie wielki Kościół… i zobaczyłam blisko nich obrzydliwą Bestię, która wyszła z morza. Miała ogon jak u ryby, pazury jak u lwa i liczne głowy, które otaczały jak korona jej największą głowę. Miała pysk szeroki i czerwony. Była w cętki jak tygrys i okazywała wielką zażyłość wobec burzących. Kładła się często pośród nich, gdy pracowali. Oni zaś często wchodzili do pieczary, w której czasami się chowała. W tym czasie widziałam tu i tam na całym świecie wielu ludzi dobrych i pobożnych przede wszystkim duchownych znieważanych, więzionych i uciskanych i miałam wrażenie, że któregoś dnia staną się męczennikami.

 

Kościół był już w dużej mierze zburzony, tak że pozostawało jeszcze tylko prezbiterium z ołtarzem. Ujrzałam burzących, jak weszli do niego razem z bestią. Wchodząc do Kościoła z bestią burzyciele napotkali tam potężną niewiastę pełną majestatu. Zdawało się, że spodziewała się dziecka, szła bowiem powoli. Nieprzyjaciół ogarnęło przerażenie na jej widok, a bestia nie mogła postąpić nawet o jeden krok. Wyciągnęła w powietrzu najbardziej wściekłą szyję w kierunku tej niewiasty, jak gdyby chciała ją pożreć. Lecz Ona się odwróciła i upadła na twarz. Zobaczyłam wtedy bestię uciekającą w kierunku morza, a nieprzyjaciele biegli w wielkim nieładzie.  

 

Zobaczyłam Kościół św. Piotra i ogromną ilość ludzi pracującą by go zburzyć. Ujrzałam też innych naprawiających go. Linia podziału pomiędzy wykonującymi tę dwojaką pracę ciągnęła się przez cały świat. Dziwiła mnie równoczesność tego, co się dokonywało. Burzyciele odrywali wielkie kawały (budowli). Byli to w szczególności zwolennicy sekt w wielkiej liczbie, a z nimi – odstępcy. Ludzie ci, wykonując swą niszczycielską pracę, wydawali się postępować według pewnych wskazań i jakiejś zasady. Nosili białe fartuchy, obszyte niebieską wstążką i przyozdobione kieszeniami z kielniami przyczepionymi do pasa. Mieli szaty wszelkiego rodzaju. Byli pomiędzy nimi ludzie dostojni, wielcy i potężni w mundurach i z krzyżami, którzy jednak nie przykładali sami ręki do dzieła, lecz kielnią oznaczali na murach miejsca, które trzeba było zniszczyć. Z przerażeniem ujrzałam wśród nich także katolickich kapłanów. Zburzono już całą wewnętrzną część Kościoła. Stało tam jeszcze tylko prezbiterium z Najświętszym Sakramentem. 

 

Kościół św. Piotra był zniszczony, z wyjątkiem prezbiterium i głównego ołtarza. Widziałam znowu atakujących i burzących Kościół św. Piotra. Zobaczyłam, że na końcu Maryja rozciągnęła płaszcz nad Kościołem i nieprzyjaciele Boga zostali przepędzeni. Znowu miałam wizję tajnej sekty podkopującej ze wszystkich stron Kościół św. Piotra. Pracowali oni przy pomocy różnego rodzaju narzędzi i biegali to tu, to tam, unosząc ze sobą kamienie, które z niego oderwali. Musieli jedynie pozostawić ołtarz. Nie mogli go wynieść. Zobaczyłam, jak sprofanowano i skradziono obraz Maryi. Poskarżyłam się Papieżowi. Pytałam go, jak może tolerować, że jest tylu kapłanów wśród burzących. Widziałam przy tej okazji, dlaczego Kościół został wzniesiony w Rzymie. To dlatego, że tam jest centrum świata i że wszystkie narody są z nim na różne sposoby związane.

 

Zobaczyłam też, że Rzym stoi jak wyspa, jak skała pośrodku morza, gdy wszystko wokół niego obraca się w ruinę. Gdy patrzyłam na burzących, zachwycała mnie ich wielka zręczność. Posiadali wszelkie rodzaje maszyn, wszystko dokonywało się według pewnego planu. Nic nie waliło się samo. Nie robili hałasu. Na wszystko zwracali uwagę, uciekali się do wszelkich rodzajów podstępów i kamienie wydawały się często znikać w ich rękach. Niektórzy z nich ponownie budowali; niszczyli to, co było święte i wielkie, a to, co budowali było próżne, puste i powierzchowne. Np. wynosili kamienie z ołtarza i budowali z nich schody wejściowe.   

TAJEMNICA BEZBOŻNOŚCI bł. Anna Katarzyna Emmerich

BURZENIE KOŚCIOŁA Bł. Anny Katarzyny Emmerich

Wściekli na objawienia! Jak wrogowie Kościoła obśmiewali Lourdes

  Wściekli na objawienia! Jak wrogowie Kościoła obśmiewali Lourdes (fot. REUTERS/...