Amerykański biskup Joseph Strickland, do niedawna ordynariusz
amerykańskiej diecezji Tyler, w nagraniu skierowanym do hierarchów,
duchownych i wiernych wezwał do klarownego nauczania prawd wiary, odwagi
i jednoznaczności w jej wyznawaniu oraz modlitwy w intencji pasterzy
Kościoła – szczególnie tych, którzy pobłądzili.
Publikujemy poniżej zapis całego nagrania zamieszczonego w oryginale na witrynie Pillars of Faith.
Kiedy milczenie pasterzy, zamieszanie i utrata świętości zagrażają duszom
Moi Bracia i Siostry w Chrystusie,
są chwile w życiu Kościoła, gdy pasterz odczuwa ciężar, którego
nie można zignorować. Nie chodzi o presję polityczną ani o medialną
burzę. Mam na myśli ciche, uporczywe poczucie odpowiedzialności przed
Bogiem. Poczucie, że milczenie, jakkolwiek wygodne by się wydawało, nie
oznacza już wierności.
Żyjemy właśnie w takim momencie.
Kościół nie jest opuszczony. Chrystus pozostaje jego Głową. Jest
obecny w Eucharystii, wierny swoim obietnicom. A jednak wielu wierzących
czuje się nieswojo i są zdezorientowani. Z trudem przychodzi im
opisanie tego stanu, ale czują, że osłabiono coś cennego, a coś
istotnego zostało przyćmione.
Wierzący widzą zamieszanie – nie tylko na świecie, ale także w samym Kościele. A zamieszanie nigdy nie jest czymś obojętnym.
W Piśmie Świętym Pan przemawia do proroka Ezechiela i powierza mu
wielką odpowiedzialność. Nazywa go strażnikiem. Strażnik nie ma głosić
niebezpieczeństwa ani zmyślać zagrożeń. Nakazuje mu się jedynie czuwać,
dostrzegać nadchodzące problemy i przed nimi ostrzegać. Jeśli tego nie
uczyni, Pan mówi, że krew pokrzywdzonych będzie na jego rękach.
Ten obraz obecny jest w moich myślach od jakiegoś czasu. Biskupi
bowiem nie są powołani jedynie do tego by zarządzać instytucjami czy
utrzymywać spokój. Jesteśmy powołani do czuwania, do pilnowania, a w
razie potrzeby do zabrania głosu – nawet jeśli jest to kosztowne.
Największym zagrożeniem, przed którym stoi dziś Kościół, nie są
prześladowania z zewnątrz. Kościół przetrwał cesarzy, rewolucje,
więzienia i męczeństwo. Przetrwał o wiele gorsze rzeczy niż krytyka czy
wrogość.
Głębszym niebezpieczeństwem jest dziś wewnętrzne zamieszanie.
Niejasność co do tego, czego naucza Kościół. Niejasność wobec tego, co
może się zmienić, a co nie. Niejasność co do natury miłosierdzia,
posłuszeństwa, kultu, grzechu, nawet samego Boga.
Większość wiernych katolików nie buntuje się. Nie odczuwa gniewu. Po prostu stara się być wiernymi – i prosi o jasność.
Wierzący zastanawiają się, dlaczego klarowne nauczanie tak często
zastępowane jest ostrożną niejednoznacznością. Rozważają, dlaczego
mówienie wprost jest traktowane jako coś, co dzieli, a milczenie
pochwalane jako „duszpasterskie”. Zastanawiają się, dlaczego to, co
kiedyś wydawało się trwałe, teraz już zdaje się podlegać negocjacjom.
To zamieszanie jest wszechobecne, nigdzie jednak nie jest
odczuwalne głębiej niż w kulcie Kościoła – w Najświętszej Ofierze Mszy
Świętej.
Liturgia to jednak nie tylko jeden z wielu aspektów życia
Kościoła. To serce. To miejsce, w którym Kościół uczy się, Kim jest Bóg i
kim on jest w relacji do Niego. Uwielbienie kształtuje wiarę. To, jak
się modlimy, formuje nasze myślenie, życie i rozumienie prawdy.
Z biegiem lat wielu wiernych odczuwało utratę sakralności w
liturgii. Utratę czci. Utratę wertykalności – poczucia, że dążymy ku
górze, ku Bogu, a nie , że jesteśmy zwróceni ku samym sobie.
Wierni zauważają, że niemal zanikła cisza. Podziw ustąpił miejsca
nieformalności. Ołtarz może przypominać raczej stół zgromadzeń niż
miejsce ofiary. Bóg nie wydaje się już pozostawać w centrum.
Nie chodzi tu o nostalgię. Nie chodzi też o odrzucenie Mszy
Świętej ani o negowanie ważności sakramentów. Chodzi raczej o to, by
dostrzec duchowe konsekwencje: gdy zanika poczucie sacrum, słabnie wiara. Gdy kult staje się horyzontalny, dusza powoli zapomina o niebie.
To nie stało się z dnia na dzień. I nie wzięło się znikąd.
Sam Sobór Watykański II wzywał do ciągłości, do rozwoju na sposób
organiczny, do wierności przekazanym tradycjom. Wyraźnie ostrzegał
przed niepotrzebnymi innowacjami i zerwaniem z tradycją.
A jednak w latach następujących po Soborze wprowadzono zmiany
daleko wykraczające poza to, co przewidywali jego Ojcowie.
Eksperymentalne projekty liturgiczne, które nie uzyskały jednoznacznej
akceptacji, wywarły wpływ na późniejszy rozwój. Rozpowszechniły się
praktyki, których Sobór nigdy nie nakazał. Z czasem forma ustąpiła
miejsca bezkształtowi, dyscyplina – improwizacji, a transcendencja –
swojskości.
Nie mówię o tym po to, żeby potępiać, ale żeby uznać rzeczywistość. Nie można uleczyć czegoś, czego nie chce się nazwać.
Kiedy uwielbienie traci swój właściwy sens, wszystko inne zaczyna
dryfować. Doktryna jest trudniejsza do sformułowania. Nauki moralne
stają się niewygodne. Wezwanie do pokuty słabnie. A miłosierdzie po
cichu oddziela się od prawdy.
Wiele dziś słyszymy o miłosierdziu – i słusznie. Bez miłosierdzia
nikt z nas by nie wytrwał. Ale miłosierdzie zostało zdefiniowane na
nowo. Zbyt często przedstawia się je jako afirmację bez nawrócenia,
towarzyszenie bez ukierunkowania i współczucie bez prawdy.
To nie jest miłosierdzie Chrystusowe.
Chrystus odpuszcza grzechy, ale zawsze wzywał dusze do pokuty.
Uzdrawiał, ale i ostrzegał. Pocieszał, ale mówił otwarcie o grzechu,
sądzie i życiu wiecznym.
Kościół, który odmawia ostrzegania przed niebezpieczeństwem powierzonych mu dusz, nie jest miłosierny. On je porzuca.
W ostatnich miesiącach Kościół był świadkiem konsystorza
kardynałów, a planowane są kolejne takie spotkania. Dla wielu katolików
wydarzenia te wydają się odległe i abstrakcyjne. Nie są one jednak bez
znaczenia. Kształtują przyszłe przywództwo Kościoła. Ujawniają
priorytety. Wpływają na sposób, w jaki Kościół będzie nauczał, sprawował
kult i rządził przez kolejne dekady.
Dlatego ten moment jest tak ważny.
Decyzje podejmowane bez uczciwego zrozumienia historii, bez
jasnej diagnozy ran Kościoła, grożą pogłębieniem zamieszania, zamiast
jego uzdrowienia. Milczenie nie chroni jedności. Zaniechanie nie chroni
komunii. Głoszona z miłością prawda – tak.
Wielu katolików zmaga się dziś z bolesnym pytaniem: jak pozostać
posłusznym, nie zdradzając prawdy. Jak pozostać wiernym, nie milcząc.
Jak kochać Kościół, uznając jednocześnie jego rany.
Otóż prawdziwe posłuszeństwo nie oznacza ślepego poddania się
zamętowi. To wierność Chrystusowi i Kościołowi, tak jak on zawsze
nauczał. Święci to rozumieli. Pozostawali w Kościele. Cierpieli
niezrozumienie. Mówili z respektem – i odwagą.
Prawdziwe posłuszeństwo nigdy nie wymaga od nas zaprzeczania
rzeczywistości. Nigdy nie wymaga milczenia w obliczu błędu. Nigdy nie
każe nam udawać, że zamieszanie to przejrzystość.
To jednak nie czas na rozpacz – Chrystus nie opuścił swojego
Kościoła. Nadszedł jednak czas na czujność. Czas na odwagę. Czas, by
biskupi klarownie nauczali, kapłani z szacunkiem oddawali cześć Bogu, a
wierni trwali w wierze, modlili się i byli niezłomni.
Kościół nie odnowi się strachem. Nie uleczy go dwuznaczność. Nie wzmocni go bierne milczenie.
Zostanie odnowiony dzięki prawdzie, wzmocniony przez właściwą cześć, uzdrowiony przez wierność Chrystusowi.
Obecnie kryzysu w Kościele nie sposób już wytłumaczyć brakiem
informacji. Fakty nie są ukryte. Historia nie jest niedostępna. Owoce
widać w każdej diecezji – w pustych seminariach, chaotycznej katechezie i
katolikach, którzy nie wiedzą już, czego tak naprawdę naucza Kościół.
Z tym się teraz mierzymy, i nie jest to kryzys znajomości rzeczy. To kryzys woli.
Przez ponad pół wieku biskupi, teologowie i przywódcy Kościoła
mieli mnóstwo czasu, aby zbadać, co się wydarzyło – co było zamierzone,
co zostało wdrożone, co przyniosło dobre owoce, a co nie. Utrata czci
nie pozostała niezauważona. Upadek wiary w Rzeczywistą Obecność został
udokumentowany już dziesiątki lat temu. Zbanalizowanie kultu,
trywializacja sacrum, zanik ciszy w liturgii – to nie jest zaskoczenie.
A jednak niewiele zrobiono dla poprawy sytuacji. Nie dlatego, że
nie dało się tego zmienić, ale dlatego, że korekta jest kosztowna.
Znacznie łatwiej jest mówić ogólnikami niż wskazać przyczyny.
Znacznie bezpieczniej jest utwierdzać intencje niż oceniać rezultaty.
Znacznie wygodniej jest powtarzać frazesy o „wspólnej podróży” niż
otwarcie powiedzieć, że to się nie powiodło, a dusze płacą za to cenę.
W pewnym momencie powtarzanie takiego języka staje się już formą nieuczciwości. I właśnie w tym miejscu teraz jesteśmy.
Kiedy spotykają się kardynałowie i gdy gromadzą się biskupi, to
nie uczestniczą tylko w ceremonialnych wydarzeniach. Sprawują wtedy
prawdziwą władzę. Kształtują przyszłość Kościoła. A kiedy te chwile
mijają bez uczciwego rozliczenia, przesłanie jest jasne, nawet jeśli
niewypowiedziane: wiemy, że istnieje problem, ale nie chcemy się z nim
zmierzyć.
To milczenie jest wymowne.
Księżom mówi, że cześć [wobec Boga] nie jest koniecznością.
Seminarzystom przekazuje, że klarowność jest niebezpieczna. Wiernym
wskazuje, że to, co czują w swoich sercach, należy zignorować. Kościół
uczy się w ten sposób obniżania wymagań – wobec kultu, doktryny, a nawet
samej świętości.
Dlatego właśnie obecna chwila jest tak ważna.
Kolejny konsystorz. Kolejna reorganizacja przywództwa. Kolejna
okazja, by zmierzyć się z rzeczywistością – albo znowu ją zignorować.
Zaniechanie zawsze ma swoje konsekwencje.
Gdy przywódcy odmawiają działania, odpowiedzialność spada niżej.
Proboszczowie muszą sprostać nierealnym oczekiwaniom. Wierni katolicy
zmuszeni są wybierać między milczeniem a podejrzliwością. Młodzi ludzie
dochodzą do wniosku, że Kościół tak naprawdę nie wierzy w to, czego
rzekomo naucza.
Tu nie ma jedności. To powolna erozja.
Trzeba powiedzieć jasno: problem nie polega już na tym, że
kardynałowie i biskupi nie wiedzą, co się dzieje. Problem polega na tym,
że wielu uznało, iż bezpieczniej jest nie działać.
Bezpieczniej nie korygować nadużyć liturgicznych. Bezpieczniej
nie przywracać czci. Bezpieczniej nie bronić niepopularnych prawd.
Bezpieczniej nie ryzykować, że zostanie się nazwanym „sztywnym” lub
„powodującym podziały”.
Jednak pasterz, który przedkłada bezpieczeństwo nad prawdę, nie
chroni trzody. Pozostawia ją bezbronną. Posłuszeństwo zostało zrozumiane
w tej kwestii na sposób zły i groźny.
Posłuszeństwo nie oznacza bowiem udawania, że rany nie są
ranami. Nie oznacza wychwalania zamętu jako złożoności. Nie oznacza
podporządkowania kultu i nauczania Kościoła duchowi czasu.
Prawdziwe posłuszeństwo to wierność Chrystusowi – nawet jeśli niesie ona ze sobą cierpienie.
Święci nie milczeli, gdy wiara była tłumiona. Nie czekali na
pozwolenie, by bronić tego, czego Kościół zawsze nauczał. Mówili z
szacunkiem, owszem – ale mówili!
I wielu zapłaciło za to cenę.
Wielu boi się dziś ceny, którą trzeba zapłacić za szczerość. Nie
prześladowań, ale utraty pozycji. Nie męczeństwa, ale marginalizacji.
Nie śmierci, ale cichego odrzucenia.
Kościół jednak nie został zbudowany na bezpieczeństwie kariery. Został zbudowany na poświęceniu.
Dlatego utraty sacrum nie można traktować jako kwestii drugorzędnej. To nie kwestia estetyczna. To nie sprawa pokoleniowa. To kwestia teologiczna.
Kiedy kult przestaje jasno wyrażać poświęcenie, transcendencję i
prymat Boga, sam Kościół zaczyna zapominać, czym jest. A kiedy przywódcy
odmawiają skorygowania tego kierunku – nie dlatego, że go nie
dostrzegają, ale dlatego, że nie chcą się z nim zmierzyć – szkody
jeszcze się pogłębiają.
W pewnym momencie miłość do Kościoła musi być silniejsza niż
strach przed konsekwencjami. W pewnym momencie biskupi i kardynałowie
muszą zdecydować, czy godzą się z rolą zarządzających masą upadłościową,
czy też są gotowi cierpieć dla odnowy. To nie jest nawoływanie do
buntu. To wezwanie do odpowiedzialności.
Bo strażnika nie ocenia się po tym, czy ludzie go słuchają.
Ocenia się po tym, czy ostrzegał. A nie jest tak, by godzina ostrzeżenia
dopiero się zbliżała. Ona już nadeszła!
Chcę to powiedzieć wyraźnie. Najpierw mówię to Bogu, a potem Wam.
NIE MOGĘ MILCZEĆ.
Nie dlatego, że uważam się za mądrzejszego od innych. Nie
dlatego, że uważam się za wyższego niż Kościół. Ale dlatego, że jestem
biskupem – a biskup nie należy do samego siebie.
Zostałem wyświęcony, by strzec tego, czego sam nie stworzyłem; by
przekazywać to, czego nie wynalazłem; by ostrzegać, gdy duszom zagraża
niebezpieczeństwo – nawet gdy to ostrzeżenie jest niepożądane.
Nadchodzi moment, kiedy powtarzanie ostrożnych słów staje się
sposobem na unikanie odpowiedzialności; kiedy cierpliwość równoznaczna
jest z opieszałością; kiedy powściągliwość staje się odmową.
Myślę, że ten moment mamy już za sobą.
Dopóki więc Bóg będzie podtrzymywać moje życie i posługę, będę
ostrzegał. Będę mówił, choć łatwiejszym wyjściem byłoby milczenie. Będę
po imieniu nazywał zamieszanie, gdy przybierze ono szaty złożoności.
Będę bronił tego, co święte, gdy będzie traktowane tylko jako jedna z
opcji. Będę nalegał, aby nasz kult oddawał centralne miejsce Bogu – a
nie nam samym.
Nie mówię tego ze złością. Mówię to ze smutkiem. I z determinacją.
Ponieważ biskup pewnego dnia stanie przed Chrystusem i zda sprawę
– nie z tego, jak unikał konfliktów, ale z tego, czy chronił powierzoną
mu trzodę.
Jeśli mnie ignorują, niech tak będzie. Jeśli mnie krytykują, niech tak będzie. Jeśli mnie pomijają, niech tak będzie.
Ale nie stanę przed Panem mówiąc, że widząc niebezpieczeństwo, wybrałem milczenie.
Do moich braci biskupów, i mówię to z szacunkiem i stanowczością:
nie potrzebujemy więcej studiów, więcej procesów ani bardziej starannie
sformułowanych oświadczeń. Potrzebujemy odwagi. Potrzebujemy
uczciwości. Potrzebujemy odzyskać świętą bojaźń Bożą.
Do księży mówię: strzeżcie ołtarza. Kochajcie liturgię. Nauczajcie prawdy, nawet jeśli Was to sporo kosztuje.
Do wiernych mówię: nie traćcie ducha. Chrystus nie opuścił
swojego Kościoła. Pozostańcie zakorzenieni. Pozostańcie pełni czci
[wobec Boga]. Pozostańcie wierni. Módlcie się za swoich pasterzy –
zwłaszcza gdy zawodzą.
A do nas wszystkich mówię to:
Strażnik nie odpowiada za to, jak odniosą się do jego napomnień. Odpowiada za to, czy ostrzegał.
W nadchodzących dniach zamierzam ostrzegać z jeszcze większą
determinacją, z jeszcze większą odwagą i z jeszcze większym zapałem.
Niech Bóg udzieli mi łaski, abym mógł to czynić z pokorą,
wiernością i wytrwałością – aż do dnia, kiedy wezwie mnie, abym zdał
sprawę [ze swojego życia].
A teraz, kończąc, proszę, abyście zatrzymali się na chwilę i w ciszy stanęli przed Panem.
Niech Wszechmogący Bóg spojrzy z miłosierdziem na swój Kościół: zraniony, a jednak umiłowany.
Niech Bóg wzmocni wszystkich, którzy są zdezorientowani, utrudzeni i przestraszeni.
Niech oczyści naszą wiarę, przywróci cześć naszym ołtarzom i na nowo zwróci nasze serca ku temu, co wieczne.
Niech Pan obdarzy odwagą swoich biskupów, wiernością swoich
kapłanów i wytrwałością wszystkich wiernych, którzy szukają Go w
prawdzie.
Niech Bóg chroni Was przed zniechęceniem, strzeże przed błędami i utrzymuje mocno w wierze przekazanej przez apostołów.
Niech Bóg Wszechmogący błogosławi Was i strzeże, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Biskup Joseph E. Strickland
Biskup emerytowany