Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagrozenie wiary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagrozenie wiary. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lipca 2026

s. Łucja:"Ojcze, Matka Boża jest bardzo niezadowolona, ponieważ ludzie nie wzięli sobie do serca Jej orędzia z 1917 roku."

 

s. Łucja:"Ojcze, Matka Boża jest bardzo niezadowolona, ponieważ ludzie nie wzięli sobie do serca Jej orędzia z 1917 roku."

Ogólna ocena sytuacji, którą Łucja otrzymała od Maryi i przekazała o. Augustynowi Fuentes w liście noszącym datę 22 maja 1958 (cyt. za Echem Królowej Pokoju 122/60 z IX 1995 s. 7).

“Ojcze, Matka Boża jest bardzo niezadowolona, ponieważ ludzie nie wzięli sobie do serca Jej orędzia z 1917 roku. Nie przejęli się nim ani ludzie dobrzy, ani źli. Dobrzy postępują tak jak dotychczas i nie przestrzegają norm niebieskich, źli, idąc szeroką drogą zatracenia, nie zwracają żadnej uwagi na grożące im kary. Proszę mi wierzyć, Ojcze, że Pan Bóg bardzo szybko ukarze świat. Będzie to wielka kara! Niech sobie Ojciec wyobrazi, ile dusz pochłonie piekło, jeśli ludzie nie będą się modlić i pokutować. To właśnie jest przyczyną smutku Matki Bożej.
Ojcze, proszę to wszystkim powtórzyć, że Matka Boża mówiła mi wielokrotnie: «Wiele narodów zniknie z oblicza ziemi. Narody bez Boga będą wybranym przez Boga biczem, którym ukarze On ludzkość, jeśli my, za sprawą modlitwy i Sakramentów, nie otrzymamy łaski ich nawrócenia».
Cierpienie sprawia też Niepokalanemu Sercu Maryi oraz Najświętszemu Sercu Jezusa odchodzenie od Boga zakonników i kapłanów. Zły duch wie, że zakonnicy i kapłani, zaniedbując swoje wspaniałe powołanie, pociągają wiele dusz do piekła. To już ostatnia chwila, by uniknąć kary Nieba. Do dyspozycji mamy dwa ogromnie skuteczne środki: modlitwę i ofiarę. Zły duch robi wszystko, co w jego mocy, żeby wytrącić nas ze skupienia i zniechęcić do modlitwy. Albo się zbawimy, albo potępimy. Jednak, Ojcze, trzeba powiedzieć ludziom, by nie czekali na wezwanie do modlitwy ani ze strony Papieża, ani biskupów, ani proboszczów, ani przełożonych. Najwyższy czas, żeby każdy, z własnej inicjatywy, zaczął spełniać pobożne uczynki oraz odmienił swoje życie według wskazówek Matki Bożej. Zły duch chce zawładnąć duszami konsekrowanymi, starając się je zdemoralizować. Próbuje skłonić ludzi, by stali się zatwardziali. Ucieka się do wszelkich możliwych podstępów, proponując nawet unowocześnienie życia religijnego. On sprawia, że życie wewnętrzne staje się jałowe, a ludzie świeccy nie chcą wyrzec się przyjemności i poświęcić się całkowicie Bogu.
Proszę pamiętać, Ojcze, że dwie rzeczy przyczyniły się do uświęcenia Hiacynty i Franciszka: smutek Matki Bożej i wizja piekła. Matka Boża znajduje się jakby między dwoma mieczami: z jednej strony widzi ludzkość upartą i obojętną na grożące jej kary, z drugiej – nas, depczących Sakramenty święte i lekceważących zbliżającą się karę, wątpiących, ulegających zmysłowości i zmaterializowaniu.
Matka Boża powiedziała wyraźnie: «Zbliżamy się do kresu dni». Powtórzyła mi to trzykrotnie. Za pierwszym razem powiedziała, że zły duch rozpoczął decydującą walkę, po której będzie jeden zwycięzca i jeden pokonany. Albo staniemy po stronie Boga, albo po stronie szatana. Za drugim razem powiedziała mi, że najważniejsze środki zaradcze dane światu to Różaniec i cześć oddawana Jej Niepokalanemu Sercu. Za trzecim razem stwierdziła, że – skoro ludzie wzgardzili wszystkim, co do tej pory nam ofiarowała – wskazuje nam, pełna obaw, ostatnią kotwicę ratunku. Jest nią Ona sama – Jej ostatnie liczne objawienia, Jej łzy, orędzia dane widzącym na całym świecie. Jeśli nie posłuchamy Jej i nadal będziemy Ją obrażać, nie uzyskamy więcej przebaczenia.
Musimy koniecznie jak najszybciej zdać sobie sprawę z tej strasznej rzeczywistości. Tu nie chodzi o to, by ludzie się bali, ale z tym wezwaniem nie można czekać, gdyż odkąd Maryja sprawiła, że Różaniec stał się tak bardzo skuteczny, nie istnieje taki problem materialny czy duchowy, państwowy czy międzynarodowy, którego nie dałoby się rozwiązać przy pomocy naszych ofiar i Różańca. Odmawiany z miłością i oddaniem pocieszy Maryję, ocierając łzy Niepokalanego Serca”.

 

Kardynał Sarah: Likwidacja Mszy trydenckiej to diabelski projekt

 

Kardynał Sarah: Likwidacja Mszy trydenckiej to diabelski projekt

70149.jpg
kardynał Robert Sarah. fot. François-Régis Salefran via Wikimedia Commons [commons.wikimedia.org] lic. CC BY-SA 4.0 [https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0/deed.en]

W Kościele katolickim jest odpowiedź na wszystkie pytania, które dręczą człowieka. Tą odpowiedzią jest Chrystus. Liberalizm moralny i relatywizm prowadzą do antropologicznej katastrofy. Trzeba się im przeciwstawić, odpowiadając uwielbieniem i adoracją Boga. Mówił o tym kardynał Robert Sarah. Purpurat ostro ocenił też próby usunięcia z Kościoła Mszy trydenckiej.

We Włoszech 20 stycznia odbyła się prezentacja nowej książki kardynała Roberta Sarah (wł. Dio esiste? Il grido dell'uomo che chiede salvezza [pl. Czy Bóg istnieje? Wołanie człowieka, który prosi o zbawienie]). Spotkanie zorganizowało środowisko dziennika La Nuova Bussola Quotidiana. Kardynał przy okazji prezentacji wygłosił przemówienie, w którym skupił się na kwestii kultu i Bożej tajemnicy.

Purpurat zaczął od powołania się na Proboszcza z Ars. Kapłan widywał rolnika, który codziennie klęczał długo przed Najświętszym Sakramentem. Zapytał go kiedyś, co robi. "Patrzę na Niego, a On patrzy na mnie" - odpowiedział rolnik.


Gwinejski kardynał przywołał następnie refleksję kardynała Józefa Ratzingera na temat relatywizmu w Kościele. Według Ratzingera dziś posiadanie jasnej wiary zgodnej z nauką Kościoła jest często określane mianem fundamentalizmu, podczas gdy chwalona jest postawa relatywistycznego gonienia za różnymi doktrynami. Nie jest to jednak wiara dojrzała; dojrzała jest tylko wiara zakorzeniona w przyjaźni z Chrystusem.

Zdaniem kardynała źródłem wszystkich kryzysów, które wstrząsają światem i Kościołem, jest zapoznanie uwielbienia i zdumienia wobec tajemnicy Boga. Boga należy czcić, a kiedy Jego czcicieli brakuje - świat umiera. Podobnie Kościół wysycha przez brak wiernych gotowych do tego, by padać przed Bogiem na kolana. Cześć dla Pana powinna być szczególnie widoczna podczas Mszy świętej. Jak podkreślił kardynał, msza nie jest zgromadzeniem towarzyskim, ale pamiątką śmierci i zmartwychwstania Chrystusa i musi wyrastać z poczucia sacrum.

W Kościele jesteśmy bardziej pobłogosławieni niż Izajasz czy Dawid. Izajasz błagał Boga, aby ten otworzył niebiosa i zstąpił; Dawid zastanawiał się, skąd ma oczekiwać pomocy. My z kolei, mówił kardynał, kontemplujemy Boga pośród nas; wiemy, że pomoc jest w Chrystusie.

Purpurat przypomniał następnie, że ludzie, którzy osiągają zbawienie poza widzialnymi granicami chrześcijaństwa, czynią tak "wyłącznie i w każdym przypadku przez zasługi Chrystusa na krzyżu oraz z pewnym pośrednictwem Kościoła". Zwrócił uwagę, że o tych "centralnych prawdach wiary chrześcijańskiej" przypominali w ostatnich dekadach św. Jan Paweł II (encyklika "Redemptor hominis" z 1978 roku) oraz kardynał Józef Ratzinger (deklaracja "Dominus Iesus" z roku 2000).

"Odpowiedź na wszystkie pytania, jakie zadaje sobie każdy człowiek, znajduje się w chrześcijaństwie. To Chrystus jest jedyną odpowiedzią na dążenie do prawdy, dobra, piękna i sprawiedliwości, które żyje w sercu każdego z nas" - wskazał.

Kardynał przeciwstawił pewność Chrystusa liberalizmowi moralnemu, który zamiast do prawdziwego postępu cywilizacji prowadzi do moralnego i antropologicznego upadku. Ludzkość chce sama ustalać, kto ma prawo do życia; a skutki tego odczuwają najbardziej bezbronni - dzieci w łonach matek, starsi, niepełnosprawni, wszyscy opuszczeni, którym wmawia się, że są ciężarem dla społeczeństwa.

Purpurat odniósł się też do wewnątrzkościelnej walki z mszą trydencką. W jego ocenie plany jej całkowitego wyrugowania z Kościoła są "projektem diabolicznym, nakierowanym na zerwanie z Kościołem Chrystusowym, Apostołami i świętymi".

Przypomniał, że - jak uczył Benedykt XVI idąc za I Soborem Watykańskim - papież nie jest monarchą absolutnym, ale gwarantem posłuszeństwa wobec przekazanego nam Słowa. Władza papieska jest związana przekazem wiary. To odnosi się również do liturgii; władza papieska nie jest nieograniczona, ale jest na służbie świętej Tradycji.

Źródło: lanuovabq.it

Pach

Pch24 

poniedziałek, 11 maja 2026

KS. SKRZYPCZAK: CZY KOŚCIÓŁ SIĘ POGUBIŁ? Czas wrócić do Chrystusa

 

KS. SKRZYPCZAK: CZY KOŚCIÓŁ SIĘ POGUBIŁ? Czas wrócić do Chrystusa

FATHER SKRZYPCZAK: HAS THE CHURCH LOST ITSELF ...


„Aż tak to nie” – kard. Ryś odpowiada na pytanie o istnienie Boga

Kard. Ryś u Rymanowskiego: nie ma antysemityzmu w krytyce działań państwa Izraela

 

„Aż tak to nie” – kard. Ryś odpowiada na pytanie o istnienie Boga [Wideo]


 

ks. kard. Grzegorz Ryś: Bo to, że Pan Bóg nie istnieje, to jest bardzo poważna teza. Natomiast myślę, że dla chrześcijanina to nie jest najważniejsze pytanie. Bo to nie chodzi o to, czy Bóg jest, czy Go nie ma, tylko czy się objawił w Jezusie Chrystusie i czy się w ogóle objawił i czy ma dla nas Słowo…

A zaczęło się od tego pytania:
Bogdan Rymanowski: Czy ma ksiądz kardynał czasem wątpliwości, że Pan Bóg naprawdę istnieje?
ks. kard. Grzegorz Ryś: (chwila ciszy, głęboki wdech) Chyba, aż tak to nie…
Bogdan Rymanowski: Aż tak? A to jak?
ks. kardynał: Bo to, że Pan Bóg nie istnieje, to jest bardzo poważna teza. Natomiast myślę, że (i jak wyżej)

https://www.fronda.pl/a/Az-tak-to-nie-kard-Rys-odpowiada-na-pytanie-o-istnienie-Boga-Wideo,254781.html

 https://www.facebook.com/mariusz.rogowski.52687/videos/%EF%B8%8F-pos%C5%82uchajcie-i-skomentujcie-to-co-prezentuje-kardyna%C5%82ry%C5%9B-fyp-kardyna%C5%82/1945337666103413/

„Heretycka relatywizacja”. Kard. Müller jednoznacznie o raporcie grupy roboczej synodu

Tęczowy kościół dorobił się właśnie hymnu gejowskiego: Jest nim „Dancing Queen” zespołu ABBA

 

„Heretycka relatywizacja”. Kard. Müller jednoznacznie o raporcie grupy roboczej synodu

Chmielewski-Mueller-grzech_portal.jpg

Publikację 9 grupy roboczej synodu o synodalności skomentował kard Gerhard Ludwig Mueller. Hierarcha nie szczędził mocnych słów wobec dokumentu, wskazując, że jest on formą „heretyckiej relatywizacji” katolickiego nauczania oraz dąży do budowy konformistycznego substytutu wiary. Zdaniem byłego prefekta dokument synodalnego gremium ignoruje prawdę objawioną, by bratać się z modnymi ideologiami.

Wokeizm przeniknął Kościół jak wielkie herezje pierwszych wieków chrześcijaństwa, zauważył niemiecki purpurat, reagując na raport finalny 9 grupy roboczej synodu o synodalności.

Dokument na temat „kryteriów teologicznych i metodologii synodalnych wspólnego rozeznawania kontrowersyjnych kwestii doktrynalnych, duszpasterskich i etycznych” w opinii kardynała wyraża zgodę na „heretycką relatywizację małżeństwa naturalnego i sakramentalnego”.


Zdaniem hierarchy autorzy dokumentu opowiadają się za „zmianą paradygmatu” w zakresie nauczania Kościoła o seksualności w zgodzie z modnymi ideologiami, proponując ostatecznie chrześcijaństwo „wygodne i konformistyczne”.

Sednem krytyki kard. Mullera jest sprzeciw wobec jakiejkolwiek formy „błogosławieństw” par LGBT – które – jak podkreślił duchowny – mają fałszywą i bluźnierczą naturę. Błogosławieństwo to bowiem umocnienie przez modlitwę Kościoła dla wiernych, by czynili dobrze. Wykorzystywanie ich do sankcjonowania życia sprzecznego z przykazaniami jest niedopuszczalne, dodawał kardynał.

W odpowiedzi na podobne tendencje purpurat wezwał do mocnego trzymania się niezmiennego Magisterium Kościoła i nauki świętych doktorów.

Według duchownego dokument finalny traktuje przekaz prawdy objawionej w Tradycji Kościoła jako li tylko wyraz przekonań zakorzenionych w kulturze minionych wieków. Slogan „zmiany paradygmatu z rygorystycznego dogmatyzmu na pasterską bliskość ludowi” oznacza dążenie do odejścia od tradycyjnego nauczania i relatywizacji go, ostrzegał purpurat.

Jak zaznaczył były prefekt, dokument nie podważa otwarcie nauczania Kościoła – ale formułując wskazania zwyczajnie ją ignoruje, dążąc do budowy łatwego chrześcijaństwa.

„Z powodu nieznajomości lub pogardy dla tradycji katolickiej dochodzi się do sofistycznie przesadzonego twierdzenia, że grzech nie polega na świadomych i dobrowolnych czynach sprzecznych z przykazaniami Bożymi, ale na odrzuceniu wszechogarniającego miłosierdzia wobec tych, którzy nie mogą lub nie chcą ich przestrzegać”, ocenił wskazania „duszpasterskie” grupy roboczej synodu kard. Müller.

„W reakcjach lobby pro-LGBT w Kościele na publikację raportu grupy synodalnej dotyczącej także błogosławieństwa konkubinatów wyraża się otwarcie heretycka relatywizacja naturalnego i sakramentalnego małżeństwa. To pierwszy krok do uznania ideologii LGBT, która przekazuje nic innego, jak materialistyczną wizję ludzkości bez Boga, Stwórcy, Odkupiciela i Odnowiciela rodzaju ludzkiego”, zaznaczył duchowny.  

„Jedynie prawdziwy Mesjasz i tylko On może pomóc każdej osobie bez wyjątku, w każdym udręczeniu duchowym – w odróżnieniu od światowych zbawicieli, których doktryny samozbawienia tak często prowadziły ludzkość ku ruinie. Ideologia gender wprost sprzeciwia się antropologii chrześcijańskiej”, zaznaczał duchowny.

Prawdziwi uczniowie Syna Bożego nie szukają pochwał, ani „błogosławieństw” wielkich tego świata, ale swoją miłość kierują ku Bogu, kwitował.

Źródło: infocatolica.com

FA  

„Próba obalenia katolickiej moralności”. Reakcje na skandaliczny „synodalny” dokument

 

Apostolat czystości dla homoseksualistów pod synodalnym pręgierzem. Krytyka Courage

Dokument końcowy 9 grupy roboczej Synodu o Synodalności to próba obalenia moralności katolickiej – ostrzegają prawowierni publicyści oraz duchowni. W przeciwieństwie do nich zapisy synodalnej publikacji wywołały zadowolenie pseudokatolickich grup, otwarcie sprzeciwiających się nauczaniu Kościoła. 

O reakcjach na publikację grupy synodalnej „Kryteria teologiczne i metody synodalne wspólnego rozeznania w zakresie pojawiających się kwestii doktrynalnych, duszpasterskich i etycznych” pisał na łamach ncregister.com Edward Pentin. „Raport końcowy 9 grupy roboczej synodu zawiera  świadectwa zamężnych homoseksualistów, podważa grzesznych charakter związków jednopłciowych i przyciągnął zdecydowaną krytykę z powodu potraktowania Courage International”, zaznaczył ceniony publicysta.

W dokumencie spotykamy na przykład wspomnienie mężczyzny z Portugalii, który wskazuje, że to sam Bóg miał obdarzyć go łaską „spełniającego i owocnego” związku homoseksualnego. Co więcej – subtelne znaki „miłości” ze strony parafii miały zacząć stopniowo zmiękczać opór moralny ich rodziny przed tą parą.

„Komentując to świadectwo raport stwierdza, że związki homoseksualne nie są grzeszne, mówiąc, że to świadectwo „świadczy o odkryciu, że grzech jako korzeń nie jest obecny w związku pary, ale braku wiary w Boga, który pragnie naszego spełnienia”, pisał na łamach ncregister.com Edward Pentin.  

Drugie tzw. świadectwo to wyznanie aktywnego homoseksualisty z USA, który stwierdza, że jego homoseksualizm nie jest ani zaburzeniem, ani nawet krzyżem, ale „darem od Boga”. Przekonuje on, że ma szczęśliwą relację z jego wspólnikiem w sodomickim związku oraz… krytykuje duszpasterstwa, które pomagają homoseksualistom żyć w czystości.

Dodatkowo w swoim wyznaniu żyjący w grzechu mężczyzna sięgnął po emocjonalny szantaż, wskazując, że to poczucie akceptacji jego seksualności na jezuickim Uniwersytecie Fordham i „otwarty” model katolicyzmu sprawia, że nie opuścił Kościoła.

Heterodoksyjne kręgi, wyraźnie krytykowane przez Watykan w czasach pontyfikatu Jana Pawła II, z żywym entuzjazmem zareagowały na synodalną publikację. Przedstawiciele na przykład New Ways Ministry dostrzegli w nim oznakę znaczącej zmiany.

Francis deBernardo z tego heterodoksyjnego środowiska stwierdził, że publikacja to „powiew świeżego powietrza”, który zaskoczył wielu swoim postępowym charakterem. O. James Martin stwierdził zaś, że dokument to „wielka rzecz”.

Marianna Duddy- Burke, stojąca na czele homo-heretyckiego Dignity USA, dostrzegła w dokumencie wyraz przyjęcia przez Stolicę Piotrową przekonania, że próba „odgórnego dyktowania moralności przez dogmaty nie działa”.

Z oburzeniem na publikację zareagowali za to katolicy i duchowni, którym droga jest prawda. Kard. Gerhard Ludwig Müller stwierdził, że dokument to forma „heretyckiej relatywizacji”, a jego autorzy odkładają na bok prawdy objawione proponując wygodne i kompromisowe chrześcijaństwo.  

Z kolei ks. Gerald Murray, kapłan i kanonista z diecezji Nowego Jorku, określił tekst mianem „przerażającej subwertycznej próby przewrotu w katolickim nauczaniu o seksualności”. Duchowny wskazał, że umieszczenie w nim tzw. świadectw homoseksualistów w raporcie ma charakter manipulacyjny.

Źródło: ncregister.com

FA

źródło:Pch24 

Tęczowa herezja drąży włoski Kościół. Diecezje angażują się w „czuwania” afirmujące homoseksualizm

 

Tęczowa herezja drąży włoski Kościół. Diecezje angażują się w „czuwania” afirmujące homoseksualizm

czuwania homo włochy.jpg

Co najmniej dwunastu włoskich biskupów ma wziąć udział w najbliższych tygodniach w „czuwaniach” organizowanych na terenie co najmniej 23 tamtejszych diecezji „dla przezwyciężenia homofobii, transfobii i bifobii”. Tego rodzaju inicjatywy wbrew nauce Kościoła afirmują postawy homoseksualne. Prawdziwe katolickie Magisterium nakazuje bowiem miłość wobec każdej osoby – tym bardziej dotkniętej nieszczęściem grzechu – lecz równocześnie bezwzględnie potępia łamanie przykazań Bożych.

Jak napisał Ermes Dovico na łamach włoskiego portalu La Nuova Bussola Quotidiana, w „czuwaniach” bierze udział w tym roku dwunastu włoskich biskupów, czyli ponad dwukrotnie więcej niż w 2025 roku. W przedsięwzięcie zaangażowane są aż 23 diecezje, a pośród nich archidiecezja bolońska, której zwierzchnikiem jest przewodniczący Konferencji Episkopatu Włoch (CEI), kardynał Matteo Maria Zuppi.

„Homoherezja we włoskim Kościele nie słabnie, wręcz przeciwnie, mnoży się” – skomentował publicysta. Lista tych wydarzeń jest wciąż aktualizowana przez witrynę Progetto Gionata – jedną z wielu powołujących się na chrześcijaństwo grup LGBT, które od lat starają się podważyć nauczanie Kościoła na temat homoseksualizmu. W sobotę miejsc "czuwań" było już około 70. To przede wszystkim kościoły bądź klasztory katolickie, choć nie brakuje też zborów protestanckich. Część z inicjatyw ma charakter międzywyznaniowy.


Lista zawiera także wykaz podobnych wydarzeń zagranicznych. Obejmuje między innymi informację, że w piątek 15 maja w „Kościół Ewangelicko-Reformowany” w Warszawie oraz Fundacja Wiara i Tęcza organizują „Celebrację ekumeniczną na rzecz przezwyciężania homofobii, transfobii i wszelkich form nietolerancji”. Zamieszczone linki do oficjalnych stron promujących te gorszące rytuały w naszej stolicy są jednak nieaktywne.

Pośród włoskich hierarchów, którzy zapowiedzieli udział w „czuwaniach”, są między innymi: biskup Parmy Enrico Solmi, który już przewodniczył „Czuwaniu modlitewnemu w celu przezwyciężenia lęków i dyskryminacji” 5 maja; biskup Cremony Antonio Napolioni, arcybiskup Florencji, Gherardo Gambelli, biskup Fano Andrea Andreozzi i arcybiskup Pesaro, Sandro Salvucci.

W porównaniu z rokiem ubiegłym zaangażowanych hierarchów jest wyraźnie więcej. To również biskup Padwy Antonio Cipolla, biskup Rimini Nicolò Anselmi, biskup Modeny Erio Castellucci, biskup Savony Gero Marino, biskup Werony Domenico Pompili, arcybiskup Bari Giuseppe Satriano, biskup Forlì Livio Corazza.

W niektóre z tych wydarzeń afirmujących akceptację dla grzechu zaangażowane są znane grupy katolickie, między innymi skauci z organizacji AGESCI, Akcja Katolicka, Ruch Focolari .

„Liczebność, a także wpływy niektórych uczestniczących diecezji (przede wszystkim mediolańskiej) są wyraźnymi oznakami katastrofalnej sytuacji Kościoła włoskiego, coraz bardziej zdominowanego przez agendę LGBT” – skomentował to zaangażowanie Ermes Dovico. Jak zauważył, taki rozwój sytuacji można było przewidzieć, biorąc pod uwagę chociażby zapisy opublikowanego w październiku ubiegłego roku dokumentu podsumowującego włoską Drogę Synodalną. Można tam między innymi przeczytać, że „CEI [Konferencja Episkopatu Włoch] wspiera modlitwą i refleksją dni promowane przez społeczeństwo obywatelskie w celu zwalczania wszelkich form przemocy i okazywania solidarności z osobami skrzywdzonymi i dyskryminowanymi (Dni przeciwko przemocy ze względu na płeć i dyskryminacji, [przeciwko] pedofilii, mobbingowi, kobietobójstwu, homofobii i transfobii itp.)”.

Jak widać, hierarchowie Kościoła na Półwyspie Apenińskim przyjęli charakterystyczny, „postępowy” język. Pojęcia „homofobia” czy „transfobia” zostały w nim ukute przez homoseksualne lobby w charakterze „środka nacisku na zmianę prawa państwowego i obalenie przekazywanych i nauczanych przez Kościół katolicki norm prawa naturalnego”.

Jesienny dokument CEI mówi o „uznaniu” „osób homoseksualnych i transpłciowych”, lecz nie wspomina ani razu o potrzebie nawrócenia i życia w czystości. Tego rodzaju wezwań nie ma również w „czuwaniach”.

Organizatorzy zakrojonego na szeroką skalę przedsięwzięcia nadali mu w tym roku hasło wyrwane ze słów starotestamentalnej Księgi Izajasza – „Nie lękaj się, bo cię odkupiłem, wezwałem cię po imieniu” (Iz 43,1).

„Podobnie jak w latach ubiegłych, próbuje się nagiąć werset biblijny do roszczeń LGBT, w następstwie radykalnej reinterpretacji całego Pisma Świętego, przez co wypacza się znaczenie nawet najbardziej dosadnych fragmentów potępiających akty sodomii. Jednakże odkupienie, o którym mówi prorok i które daje nam Pan Jezus, ukrzyżowany i zmartwychwstały, to ewidentnie odkupienie od grzechu – odkupienie, które wymaga współpracy ludzkości, powołanej właśnie do nawrócenia, aby osiągnąć zbawienie wieczne” – przypomina Dovico.

Auto wskazał też na słowa kardynała Josepha Ratzingera, wówczas (rok 1986) prefekta Kongregacji Nauki Wiary. W Liście do Biskupów Kościoła katolickiego o duszpasterstwie osób homoseksualnych przestrzegał on: „Żaden autentyczny program duszpasterski nie może obejmować organizacji, w których zrzeszają się osoby homoseksualne, bez wyraźnego stwierdzenia, że ​​aktywność homoseksualna jest niemoralna. Prawdziwie duszpasterska postawa będzie obejmować potrzebę ochrony osób homoseksualnych przed bliskimi okazjami do grzechu. [...] Tylko to, co prawdziwe, może ostatecznie być również duszpasterskie. Gdy stanowisko Kościoła jest ignorowane, homoseksualiści są pozbawiani dostępu do opieki, której potrzebują i do której mają prawo”.

Źródła: LaNuovaBQ.it, gionata.org

RoM

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

Świat idzie w stronę ciemności i śmierci. Uratuje nas tylko Boże Miłosierdzie. Cud św.Gemmy Galgani

 

ks. Robert – homilia 315.


Zachęcamy do podpisania się pod apelem do Kardynała Grzegorza Rysia!

 

Paweł Chmielewski: Kardynał Ryś i arcybiskup Kupny ...


„Czcigodny Księże Kardynale!

Z głębokim smutkiem i niepokojem przeczytałem zdanie, które wypowiedział Ksiądz w wywiadzie dla Gazety Wyborczej, opublikowanym w Wielki Piątek, 3 kwietnia 2026 roku:

>>[G]dy chodzi o rozumienie prawd moralnych, każdy może mieć inne. W tej kwestii różnorodność jest możliwa.<<

Przede wszystkim niepokoi relatywne podejście do zasad moralnych. Nasuwa się pytanie, czy zdaniem Eminencji przykazania Dekalogu odnoszą się do wszystkich ludzi? Czy każdy może zinterpretować przykazania: „Nie zabijaj”, czy „Nie cudzołóż”, tak jak mu się podoba? (…)”

pełna treść listu na https://petycjaonline.pl/podpisz-list-otwarty-do-kardynala-rysia/

Zachęcamy do podpisania się pod apelem do Kardynała Grzegorza Rysia!

środa, 1 kwietnia 2026

Co się wydarzyło w Wielkim Tygodniu? Wielka ŚRODA Zdrada Judasza

 

Co się wydarzyło w Wielkim Tygodniu? Zdrada Judasza

(źródło: brooklynmuseum.org)

Środa Wielkiego Tygodnia to przede wszystkim dzień, w którym Judasz wydał Jezusa za cenę 30 srebrników. W języku angielskim dzień ten jest nazywany Spy Wednesday, czyli „Szpiegowską środą”, bowiem w rzeczywistości w gronie Apostołów znalazł się szpieg, który wydał Chrystusa w ręce Żydów.

Na czym polegało szpiegowanie dokonane przez Judasza? Był on w gronie uczniów Jezusa i przynajmniej do pewnego stopnia znał Jego plany. Postanowił wykorzystać tę wiedzę i donieść arcykapłanom kiedy Mistrz będzie w samotności. Arcykapłani bali się bowiem tłumu i dlatego nie chcieli go pojmać w czasie Jego publicznego nauczania.

Czytając w Księdze Rodzaju historię Józefa sprzedanego przez braci, trudno nie widzieć tego jako zapowiedzi wydania Chrystusa przez Judasza. Bowiem nawet ci, którzy ich wydali, nosili to samo imię – a mianowicie Juda i Judasz.


Judasz poszedł do arcykapłanów, aby sprzedać im Najwyższego Arcykapłana. Dla Żydów Jezus od dawna był już niewygodny, więc chętnie skorzystali z tej propozycji. Judasz nie żądał żadnej konkretnej sumy, lecz gotów był wydać Jezusa za jakąkolwiek kwotę – niczym nic nie wartego niewolnika. Zarobkiem 30 srebrników zrekompensował sobie stratę, którą poniósł w Betanii: nie udało mu się namówić Jezusa do sprzedania drogocennego olejku, a chętnie przywłaszczyłby sobie pieniądze z jego sprzedaży.

Miłość do pieniędzy musiała być jednym z najsilniejszych uczuć obecnych u Judasza, skoro doprowadziła go aż do wydania swojego Mistrza. Pożądania działają właśnie w ten sposób, że zaciemniają rozum człowieka: w jego odczuciu, pozorna korzyść płynąca ze złego aktu przyćmiewa ogrom zła jaki z niego wynika.

Tak właśnie stało się w przypadku Judasza, który zapomniał o wszystkich dobrodziejstwach jakie otrzymał od Jezusa i zdecydował się uczestniczyć w skazaniu Go na śmierć. A przecież podążał za nim przez 3 lata i widział cuda, jakich dokonywał. Był wreszcie w gronie najbliższych Jezusowi uczniów, co na pewno zbudowało jego więź z Mistrzem. Pragnienie zysku sprawiło jednak, że zapomniał on o tym wszystkim, myśląc jedynie o marnych 30 srebrnikach, które mógł zarobić.

Adrian Fyda

za Pch24

poniedziałek, 9 lutego 2026

Ks.R.Skrzypczak: Musicie być solą tej ziemi.Rekolekcje Kard.K.Wojtyły. Analiza rezygnacji Benedykta 16


ks. Robert – homilia 310.

 Musicie być solą tej ziemi .


Prawda o dialogu chrześcijańsko-żydowskim w Polsce. Ks. prof. Chrostowski w mocnej rozmowie z KAI

 

BP ATHANASIUS SCHNEIDER: NAJGROŹNIEJSZA HEREZJA NASZYCH DNI

 BP ATHANASIUS SCHNEIDER: NAJGROŹNIEJSZA 

bp athanasius schneider: najgroźniejsza herezja naszych dni

„Ucieczka od herezji” biskupa Schneidera – z ruchomych piasków dialogu na skałę objawienia

 


Kiedy milczenie pasterzy, zamieszanie i utrata świętości zagrażają duszom. MOCNY apel ks. bp Josepha Stricklanda

 

Kiedy milczenie pasterzy, zamieszanie i utrata świętości zagrażają duszom. MOCNY apel ks. bp Josepha Stricklanda

Amerykański biskup Joseph Strickland, do niedawna ordynariusz amerykańskiej diecezji Tyler, w nagraniu skierowanym do hierarchów, duchownych i wiernych wezwał do klarownego nauczania prawd wiary, odwagi i jednoznaczności w jej wyznawaniu oraz modlitwy w intencji pasterzy Kościoła – szczególnie tych, którzy pobłądzili.

 

Publikujemy poniżej zapis całego nagrania zamieszczonego w oryginale na witrynie Pillars of Faith.


 

Kiedy milczenie pasterzy, zamieszanie i utrata świętości zagrażają duszom 

Moi Bracia i Siostry w Chrystusie, 

są chwile w życiu Kościoła, gdy pasterz odczuwa ciężar, którego nie można zignorować. Nie chodzi o presję polityczną ani o medialną burzę. Mam na myśli ciche, uporczywe poczucie odpowiedzialności przed Bogiem. Poczucie, że milczenie, jakkolwiek wygodne by się wydawało, nie oznacza już wierności. 

Żyjemy właśnie w takim momencie. 

Kościół nie jest opuszczony. Chrystus pozostaje jego Głową. Jest obecny w Eucharystii, wierny swoim obietnicom. A jednak wielu wierzących czuje się nieswojo i są zdezorientowani. Z trudem przychodzi im opisanie tego stanu, ale czują, że osłabiono coś cennego, a coś istotnego zostało przyćmione. 

Wierzący widzą zamieszanie – nie tylko na świecie, ale także w samym Kościele. A zamieszanie nigdy nie jest czymś obojętnym.  

W Piśmie Świętym Pan przemawia do proroka Ezechiela i powierza mu wielką odpowiedzialność. Nazywa go strażnikiem. Strażnik nie ma głosić niebezpieczeństwa ani zmyślać zagrożeń. Nakazuje mu się jedynie czuwać, dostrzegać nadchodzące problemy i przed nimi ostrzegać. Jeśli tego nie uczyni, Pan mówi, że krew pokrzywdzonych będzie na jego rękach.

Ten obraz obecny jest w moich myślach od jakiegoś czasu. Biskupi bowiem nie są powołani jedynie do tego by zarządzać instytucjami czy utrzymywać spokój. Jesteśmy powołani do czuwania, do pilnowania, a w razie potrzeby do zabrania głosu – nawet jeśli jest to kosztowne. 

Największym zagrożeniem, przed którym stoi dziś Kościół, nie są prześladowania z zewnątrz. Kościół przetrwał cesarzy, rewolucje, więzienia i męczeństwo. Przetrwał o wiele gorsze rzeczy niż krytyka czy wrogość. 

Głębszym niebezpieczeństwem jest dziś wewnętrzne zamieszanie. Niejasność co do tego, czego naucza Kościół. Niejasność wobec tego, co może się zmienić, a co nie. Niejasność co do natury miłosierdzia, posłuszeństwa, kultu, grzechu, nawet samego Boga. 

Większość wiernych katolików nie buntuje się. Nie odczuwa gniewu. Po prostu stara się być wiernymi – i prosi o jasność. 

Wierzący zastanawiają się, dlaczego klarowne nauczanie tak często zastępowane jest ostrożną niejednoznacznością. Rozważają, dlaczego mówienie wprost jest traktowane jako coś, co dzieli, a milczenie pochwalane jako „duszpasterskie”. Zastanawiają się, dlaczego to, co kiedyś wydawało się trwałe, teraz już zdaje się podlegać negocjacjom. 

To zamieszanie jest wszechobecne, nigdzie jednak nie jest odczuwalne głębiej niż w kulcie Kościoła – w Najświętszej Ofierze Mszy Świętej.  

Liturgia to jednak nie tylko jeden z wielu aspektów życia Kościoła. To serce. To miejsce, w którym Kościół uczy się, Kim jest Bóg i kim on jest w relacji do Niego. Uwielbienie kształtuje wiarę. To, jak się modlimy, formuje nasze myślenie, życie i rozumienie prawdy. 

Z biegiem lat wielu wiernych odczuwało utratę sakralności w liturgii. Utratę czci. Utratę wertykalności – poczucia, że ​​dążymy ku górze, ku Bogu, a nie , że jesteśmy zwróceni ku samym sobie. 

Wierni zauważają, że niemal zanikła cisza. Podziw ustąpił miejsca nieformalności. Ołtarz może przypominać raczej stół zgromadzeń niż miejsce ofiary. Bóg nie wydaje się już pozostawać w centrum.  

Nie chodzi tu o nostalgię. Nie chodzi też o odrzucenie Mszy Świętej ani o negowanie ważności sakramentów. Chodzi raczej o to, by dostrzec duchowe konsekwencje: gdy zanika poczucie sacrum, słabnie wiara. Gdy kult staje się horyzontalny, dusza powoli zapomina o niebie. 

To nie stało się z dnia na dzień. I nie wzięło się znikąd. 

Sam Sobór Watykański II wzywał do ciągłości, do rozwoju na sposób organiczny, do wierności przekazanym tradycjom. Wyraźnie ostrzegał przed niepotrzebnymi innowacjami i zerwaniem z tradycją.  

A jednak w latach następujących po Soborze wprowadzono zmiany daleko wykraczające poza to, co przewidywali jego Ojcowie. Eksperymentalne projekty liturgiczne, które nie uzyskały jednoznacznej akceptacji, wywarły wpływ na późniejszy rozwój. Rozpowszechniły się praktyki, których Sobór nigdy nie nakazał. Z czasem forma ustąpiła miejsca bezkształtowi, dyscyplina – improwizacji, a transcendencja – swojskości. 

Nie mówię o tym po to, żeby potępiać, ale żeby uznać rzeczywistość. Nie można uleczyć czegoś, czego nie chce się nazwać. 

Kiedy uwielbienie traci swój właściwy sens, wszystko inne zaczyna dryfować. Doktryna jest trudniejsza do sformułowania. Nauki moralne stają się niewygodne. Wezwanie do pokuty słabnie. A miłosierdzie po cichu oddziela się od prawdy. 

Wiele dziś słyszymy o miłosierdziu – i słusznie. Bez miłosierdzia nikt z nas by nie wytrwał. Ale miłosierdzie zostało zdefiniowane na nowo. Zbyt często przedstawia się je jako afirmację bez nawrócenia, towarzyszenie bez ukierunkowania i współczucie bez prawdy. 

To nie jest miłosierdzie Chrystusowe. 

Chrystus odpuszcza grzechy, ale zawsze wzywał dusze do pokuty. Uzdrawiał, ale i ostrzegał. Pocieszał, ale mówił otwarcie o grzechu, sądzie i życiu wiecznym. 

Kościół, który odmawia ostrzegania przed niebezpieczeństwem powierzonych mu dusz, nie jest miłosierny. On je porzuca.  

W ostatnich miesiącach Kościół był świadkiem konsystorza kardynałów, a planowane są kolejne takie spotkania. Dla wielu katolików wydarzenia te wydają się odległe i abstrakcyjne. Nie są one jednak bez znaczenia. Kształtują przyszłe przywództwo Kościoła. Ujawniają priorytety. Wpływają na sposób, w jaki Kościół będzie nauczał, sprawował kult i rządził przez kolejne dekady.

Dlatego ten moment jest tak ważny. 

Decyzje podejmowane bez uczciwego zrozumienia historii, bez jasnej diagnozy ran Kościoła, grożą pogłębieniem zamieszania, zamiast jego uzdrowienia. Milczenie nie chroni jedności. Zaniechanie nie chroni komunii. Głoszona z miłością prawda – tak. 

Wielu katolików zmaga się dziś z bolesnym pytaniem: jak pozostać posłusznym, nie zdradzając prawdy. Jak pozostać wiernym, nie milcząc. Jak kochać Kościół, uznając jednocześnie jego rany.  

Otóż prawdziwe posłuszeństwo nie oznacza ślepego poddania się zamętowi. To wierność Chrystusowi i Kościołowi, tak jak on zawsze nauczał. Święci to rozumieli. Pozostawali w Kościele. Cierpieli niezrozumienie. Mówili z respektem – i odwagą. 

Prawdziwe posłuszeństwo nigdy nie wymaga od nas zaprzeczania rzeczywistości. Nigdy nie wymaga milczenia w obliczu błędu. Nigdy nie każe nam udawać, że zamieszanie to przejrzystość. 

To jednak nie czas na rozpacz – Chrystus nie opuścił swojego Kościoła. Nadszedł jednak czas na czujność. Czas na odwagę. Czas, by biskupi klarownie nauczali, kapłani z szacunkiem oddawali cześć Bogu, a wierni trwali w wierze, modlili się i byli niezłomni.  

Kościół nie odnowi się strachem. Nie uleczy go dwuznaczność. Nie wzmocni go bierne milczenie. 

Zostanie odnowiony dzięki prawdzie, wzmocniony przez właściwą cześć, uzdrowiony przez wierność Chrystusowi. 

Obecnie kryzysu w Kościele nie sposób już wytłumaczyć brakiem informacji. Fakty nie są ukryte. Historia nie jest niedostępna. Owoce widać w każdej diecezji – w pustych seminariach, chaotycznej katechezie i katolikach, którzy nie wiedzą już, czego tak naprawdę naucza Kościół. 

Z tym się teraz mierzymy, i nie jest to kryzys znajomości rzeczy. To kryzys woli. 

Przez ponad pół wieku biskupi, teologowie i przywódcy Kościoła mieli mnóstwo czasu, aby zbadać, co się wydarzyło – co było zamierzone, co zostało wdrożone, co przyniosło dobre owoce, a co nie. Utrata czci nie pozostała niezauważona. Upadek wiary w Rzeczywistą Obecność został udokumentowany już dziesiątki lat temu. Zbanalizowanie kultu, trywializacja sacrum, zanik ciszy w liturgii – to nie jest zaskoczenie. 

A jednak niewiele zrobiono dla poprawy sytuacji. Nie dlatego, że nie dało się tego zmienić, ale dlatego, że korekta jest kosztowna. 

Znacznie łatwiej jest mówić ogólnikami niż wskazać przyczyny. Znacznie bezpieczniej jest utwierdzać intencje niż oceniać rezultaty. Znacznie wygodniej jest powtarzać frazesy o „wspólnej podróży” niż otwarcie powiedzieć, że to się nie powiodło, a dusze płacą za to cenę. 

W pewnym momencie powtarzanie takiego języka staje się już formą nieuczciwości. I właśnie w tym miejscu teraz jesteśmy. 

Kiedy spotykają się kardynałowie i gdy gromadzą się biskupi, to nie uczestniczą tylko w ceremonialnych wydarzeniach. Sprawują wtedy prawdziwą władzę. Kształtują przyszłość Kościoła. A kiedy te chwile mijają bez uczciwego rozliczenia, przesłanie jest jasne, nawet jeśli niewypowiedziane: wiemy, że istnieje problem, ale nie chcemy się z nim zmierzyć. 

To milczenie jest wymowne. 

Księżom mówi, że cześć [wobec Boga] nie jest koniecznością. Seminarzystom przekazuje, że klarowność jest niebezpieczna. Wiernym wskazuje, że to, co czują w swoich sercach, należy zignorować. Kościół uczy się w ten sposób obniżania wymagań – wobec kultu, doktryny, a nawet samej świętości. 

Dlatego właśnie obecna chwila jest tak ważna. 

Kolejny konsystorz. Kolejna reorganizacja przywództwa. Kolejna okazja, by zmierzyć się z rzeczywistością – albo znowu ją zignorować.  

Zaniechanie zawsze ma swoje konsekwencje. 

Gdy przywódcy odmawiają działania, odpowiedzialność spada niżej. Proboszczowie muszą sprostać nierealnym oczekiwaniom. Wierni katolicy zmuszeni są wybierać między milczeniem a podejrzliwością. Młodzi ludzie dochodzą do wniosku, że Kościół tak naprawdę nie wierzy w to, czego rzekomo naucza. 

Tu nie ma jedności. To powolna erozja. 

Trzeba powiedzieć jasno: problem nie polega już na tym, że kardynałowie i biskupi nie wiedzą, co się dzieje. Problem polega na tym, że wielu uznało, iż bezpieczniej jest nie działać. 

Bezpieczniej nie korygować nadużyć liturgicznych. Bezpieczniej nie przywracać czci. Bezpieczniej nie bronić niepopularnych prawd. Bezpieczniej nie ryzykować, że zostanie się nazwanym „sztywnym” lub „powodującym podziały”. 

Jednak pasterz, który przedkłada bezpieczeństwo nad prawdę, nie chroni trzody. Pozostawia ją bezbronną. Posłuszeństwo zostało zrozumiane w tej kwestii na sposób zły i groźny. 

Posłuszeństwo nie oznacza bowiem udawania, że ​​rany nie są ranami. Nie oznacza wychwalania zamętu jako złożoności. Nie oznacza podporządkowania kultu i nauczania Kościoła duchowi czasu. 

Prawdziwe posłuszeństwo to wierność Chrystusowi – nawet jeśli niesie ona ze sobą cierpienie. 

Święci nie milczeli, gdy wiara była tłumiona. Nie czekali na pozwolenie, by bronić tego, czego Kościół zawsze nauczał. Mówili z szacunkiem, owszem – ale mówili! 

I wielu zapłaciło za to cenę. 

Wielu boi się dziś ceny, którą trzeba zapłacić za szczerość. Nie prześladowań, ale utraty pozycji. Nie męczeństwa, ale marginalizacji. Nie śmierci, ale cichego odrzucenia. 

Kościół jednak nie został zbudowany na bezpieczeństwie kariery. Został zbudowany na poświęceniu. 

Dlatego utraty sacrum nie można traktować jako kwestii drugorzędnej. To nie kwestia estetyczna. To nie sprawa pokoleniowa. To kwestia teologiczna.  

Kiedy kult przestaje jasno wyrażać poświęcenie, transcendencję i prymat Boga, sam Kościół zaczyna zapominać, czym jest. A kiedy przywódcy odmawiają skorygowania tego kierunku – nie dlatego, że go nie dostrzegają, ale dlatego, że nie chcą się z nim zmierzyć – szkody jeszcze się pogłębiają. 

W pewnym momencie miłość do Kościoła musi być silniejsza niż strach przed konsekwencjami. W pewnym momencie biskupi i kardynałowie muszą zdecydować, czy godzą się z rolą zarządzających masą upadłościową, czy też są gotowi cierpieć dla odnowy. To nie jest nawoływanie do buntu. To wezwanie do odpowiedzialności. 

Bo strażnika nie ocenia się po tym, czy ludzie go słuchają. Ocenia się po tym, czy ostrzegał. A nie jest tak, by godzina ostrzeżenia dopiero się zbliżała. Ona już nadeszła! 

Chcę to powiedzieć wyraźnie. Najpierw mówię to Bogu, a potem Wam. 

NIE MOGĘ MILCZEĆ. 

Nie dlatego, że uważam się za mądrzejszego od innych. Nie dlatego, że uważam się za wyższego niż Kościół. Ale dlatego, że jestem biskupem – a biskup nie należy do samego siebie. 

Zostałem wyświęcony, by strzec tego, czego sam nie stworzyłem; by przekazywać to, czego nie wynalazłem; by ostrzegać, gdy duszom zagraża niebezpieczeństwo – nawet gdy to ostrzeżenie jest niepożądane. 

Nadchodzi moment, kiedy powtarzanie ostrożnych słów staje się sposobem na unikanie odpowiedzialności; kiedy cierpliwość równoznaczna jest z opieszałością; kiedy powściągliwość staje się odmową. 

Myślę, że ten moment mamy już za sobą. 

Dopóki więc Bóg będzie podtrzymywać moje życie i posługę, będę ostrzegał. Będę mówił, choć łatwiejszym wyjściem byłoby milczenie. Będę po imieniu nazywał zamieszanie, gdy przybierze ono szaty złożoności. Będę bronił tego, co święte, gdy będzie traktowane tylko jako jedna z opcji. Będę nalegał, aby nasz kult oddawał centralne miejsce Bogu – a nie nam samym. 

Nie mówię tego ze złością. Mówię to ze smutkiem. I z determinacją. 

Ponieważ biskup pewnego dnia stanie przed Chrystusem i zda sprawę – nie z tego, jak unikał konfliktów, ale z tego, czy chronił powierzoną mu trzodę. 

Jeśli mnie ignorują, niech tak będzie. Jeśli mnie krytykują, niech tak będzie. Jeśli mnie pomijają, niech tak będzie. 

Ale nie stanę przed Panem mówiąc, że widząc niebezpieczeństwo, wybrałem milczenie. 

Do moich braci biskupów, i mówię to z szacunkiem i stanowczością: nie potrzebujemy więcej studiów, więcej procesów ani bardziej starannie sformułowanych oświadczeń. Potrzebujemy odwagi. Potrzebujemy uczciwości. Potrzebujemy odzyskać świętą bojaźń Bożą. 

Do księży mówię: strzeżcie ołtarza. Kochajcie liturgię. Nauczajcie prawdy, nawet jeśli Was to sporo kosztuje. 

Do wiernych mówię: nie traćcie ducha. Chrystus nie opuścił swojego Kościoła. Pozostańcie zakorzenieni. Pozostańcie pełni czci [wobec Boga]. Pozostańcie wierni. Módlcie się za swoich pasterzy – zwłaszcza gdy zawodzą. 

A do nas wszystkich mówię to: 

Strażnik nie odpowiada za to, jak odniosą się do jego napomnień. Odpowiada za to, czy ostrzegał. 

W nadchodzących dniach zamierzam ostrzegać z jeszcze większą determinacją, z jeszcze większą odwagą i z jeszcze większym zapałem.

Niech Bóg udzieli mi łaski, abym mógł to czynić z pokorą, wiernością i wytrwałością – aż do dnia, kiedy wezwie mnie, abym zdał sprawę [ze swojego życia]. 

A teraz, kończąc, proszę, abyście zatrzymali się na chwilę i w ciszy stanęli przed Panem. 

Niech Wszechmogący Bóg spojrzy z miłosierdziem na swój Kościół: zraniony, a jednak umiłowany. 

Niech Bóg wzmocni wszystkich, którzy są zdezorientowani, utrudzeni i przestraszeni. 

Niech oczyści naszą wiarę, przywróci cześć naszym ołtarzom i na nowo zwróci nasze serca ku temu, co wieczne. 

Niech Pan obdarzy odwagą swoich biskupów, wiernością swoich kapłanów i wytrwałością wszystkich wiernych, którzy szukają Go w prawdzie. 

Niech Bóg chroni Was przed zniechęceniem, strzeże przed błędami i utrzymuje mocno w wierze przekazanej przez apostołów. 

Niech Bóg Wszechmogący błogosławi Was i strzeże, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen. 

 

Biskup Joseph E. Strickland 

Biskup emerytowany 

piątek, 16 stycznia 2026

Czy wolno jeszcze nawracać żydów?

 

Kardynalne błędy judaizantów. Dalszy ciąg sprawy chanuki na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim

Czy wolno jeszcze nawracać żydów?

(Fot. Fot. Lukasz Krajewski / ArtService / FORUM )

Nakaz misyjny Jezusa Chrystusa obowiązuje stale i wszystkich Jego wyznawców. Nikt zatem z niego zwolnić nas nie może. Co więcej, byłoby nieszczęściem, gdyby nawiązywanie dialogu religijnego miało zastępować dynamizm misyjny Kościoła albo go osłabiać – mówi w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Waldemar Chrostowski.

 

Księże Profesorze, czy wolno nam jeszcze nawracać żydów? Czy opublikowany kilka miesięcy temu w Watykanie dokument z okazji 50. rocznicy powstania deklaracji Nostra aetate, rzeczywiście „kończy” misję Kościoła wobec nich?


W watykańskim dokumencie mówi się o nieplanowaniu zinstytucjonalizowanej formy nawracania wyznawców judaizmu. Jakkolwiek takie przedsięwzięcia były podejmowane w bliższej i dalszej przeszłości, jednak ich rezultaty były mizerne, a czasami wręcz odwrotne do zamierzonych. To jednak wcale nie oznacza końca misji Kościoła wobec żydów, lecz kładzie nacisk na dawanie naszego osobistego świadectwa o Jezusie Chrystusie. To świadectwo, odzwierciedlone w przekonaniach, którym dajemy publicznie wyraz, oraz w życiu i postępowaniu wyznawców Chrystusa, może skutecznie skłonić żydów do pytania, kim jest Jezus i jaka jest Jego rola w planie zbawienia zapoczątkowanym wraz z wybraniem Abrahama i jego potomstwa.

 

W Kościele na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci dostrzegamy ogromną zmianę semantyczną w stosunku do wyznawców judaizmu, ale i w ogóle do narodu żydowskiego. Z czego ta zmiana wynika? Czy rzeczywiście jest potrzebna?

Zmiana w patrzeniu i nastawieniu Kościoła wobec wyznawców judaizmu wynika przede wszystkim z trzech okoliczności. Pierwsza to zagłada milionów Żydów, dokonana przez niemieckich narodowych socjalistów w Europie karmionej od prawie dwóch tysięcy lat Ewangelią i ideałami chrześcijaństwa. Niezależnie od źródeł i natury narodowego socjalizmu, jest to w jakimś stopniu również porażka chrześcijaństwa, bo większość oprawców ma przecież chrześcijańskie korzenie. Wprawdzie się od nich odcięło i je zwalczało, ale nie zwalnia to od pytania: dlaczego?

 

Po drugie, powstanie i okrzepnięcie państwa Izraela. Skoro brak żydowskiej państwowości był przez kilkanaście wieków postrzegany przez chrześcijan jako kara za odmowę uznania Jezusa Chrystusa, to jak należy postrzegać i interpretować radykalnie nową sytuację, która zaistniała w maju 1948 roku i trwa?

 

Po trzecie i najważniejsze, nasze relacje z religią żydowską są inne niż z jakąkolwiek inną religią, bo w pewien sposób są one wewnętrzne. Ważne wyzwanie teologiczne, któremu trzeba sprostać, polega na wyjaśnieniu, na czym ta specyficzna więź polega i co z niej wynika.

 

Jednym z podstawowych nieporozumień dzisiejszego stosunku świata zewnętrznego do katolicyzmu, wydaje się być właśnie stosunek do nawracania. Konieczność ta wynika przecież bezpośrednio z wezwania Pana Jezusa. Co więcej, katolicy traktują nawracanie jako akt miłości – dajemy szansę na poznanie Chrystusa. Czy dialog międzyreligijny przybliża nas do wypełnienia misji Kościoła, do „uczenia wszystkich narodów”? Czy znane są jakieś naoczne efekty ogłoszenia pięć dekad temu Nostra aetate, np. czy wiadomo, by ktoś się dzięki tej deklaracji nawrócił?

Nakaz misyjny Jezusa Chrystusa obowiązuje stale i wszystkich Jego wyznawców. Nikt zatem z niego zwolnić nas nie może. Co więcej, byłoby nieszczęściem, gdyby nawiązywanie dialogu religijnego miało zastępować dynamizm misyjny Kościoła albo go osłabiać. Faktem jest, że takie zjawiska mają miejsce. Nie znam nikogo, kto dzięki Nostra aetate przeszedł z judaizmu na chrześcijaństwo, natomiast znam kilka osób, które, zaczynając w Kościele od dialogowania, przeszły na judaizm.

 

Mechanizmy tej przemiany są złożone, a problemem nie jest dialog jako taki, lecz wypaczone i chore formy jego pojmowania i realizacji. Wynikają one także i stąd, że mianem dialogu określa się przedsięwzięcia z dziedziny politycznej poprawności przenoszone na grunt religijny i teologiczny. Forsują one żydowski punkt widzenia, co stanowi karykaturę dialogu religijnego i znacznie osłabia zainteresowanie nim wykazywane przez wyznawców Chrystusa. Aktem miłości jest nie tyle nawracanie żydów, ponieważ w gruncie rzeczy ono się instytucjonalnie nie odbywa, lecz nawiązywanie z nimi przyjaznych kontaktów, przezwyciężających obustronną wrogość i stereotypy, oraz dawanie przekonującego świadectwa wiary w Boga i zawierzenia  Bogu, w świecie, który nie zna Boga i coraz bardziej żyje i zachowuje się tak, jakby Bóg nie istniał. 

 

W Polsce stosunki katolicy-żydzi naznaczone są szczególnym piętnem politycznej poprawności. Wynika to z oczywistych względów historycznych, ale także z licznych nieporozumień interpretacyjnych w sprawie słów Jana Pawła II o „starszych braciach w wierze”.

Na ten temat wypowiadałem się niezliczoną ilość razy, natrafiając na silne sprzeciwy nawet w Kościele. Szczególnie dotkliwa i nieprzejednana była postawa arcybiskupa Józefa Życińskiego, który prostowanie nieporozumień i właściwy przekład słów wypowiedzianych przez Ojca Świętego 13 kwietnia 1986 roku w synagodze rzymskiej, opatrzył w gazecie Michnika tytułem „daleko od Jana Pawła II”. Przypomnę krótko to, co wiele razy powtarzałem. Jan Paweł II powiedział: „Jesteście naszymi braćmi umiłowanymi i – można powiedzieć – w pewien sposób naszymi starszymi braćmi”. Ale w oficjalnym przekładzie na polski pominięto wyrażenie „w pewien sposób” i wyszło karkołomne przeinaczenie.

 

Ujęta poprawnie, sprawa wygląda tak: w pewien sposób wyznawcy judaizmu rabinicznego, bo do nich zwraca się Jan Paweł II, są naszymi starszymi braćmi, ale, w pewien sposób, nie są. Wyjaśnianie tej biegunowości jest zadaniem teologów, a jej zaprzeczanie ociera się o herezję, z którą zmagali się już Ojcowie Kościoła i pisarze wczesnochrześcijańscy. Wskazywałem więc na potrzebę wewnątrz katolickiego „dialogu o dialogu”, którego trzon stanowiłaby refleksja nad (niezafałszowanymi!) słowami Ojca Świętego – na próżno! Mimo to sądzę, że obecnie świadomość wiernych, a także teologów w tym przedmiocie jest głębsza i pełniejsza, aczkolwiek wciąż wiele pozostaje do zrobienia. Zwolennicy „Kościoła otwartego”, czego doświadczyłem, posuwają się do zakulisowych intryg i kłamstw, by wyeliminować każdego, kto nie przystaje do kanonów politycznej poprawności i zmonopolizować kościelne kontakty z wyznawcami judaizmu. 

 

Nawracanie jest podstawowym działaniem ludzi Kościoła. Czy jednak obowiązek ten spoczywa wyłącznie na barkach duchownych? Czy dziś, w obliczu migracji do Europy wyznawców islamu oraz gwałtownej sekularyzacji Zachodu, również i świeccy nie powinni przypomnieć sobie o konieczności dawania świadectwa wiary, a przez to – nawracania na świętą wiarę Chrystusową?

Stawiając w ten sposób pytanie, Pan w gruncie rzeczy już na nie odpowiedział. Obowiązek wypełniania misyjnego nakazu Jezusa Chrystusa spoczywa na wszystkich Jego wyznawcach, bo wszyscy – duchowni i świeccy, mężczyźni i kobiety – stanowimy Kościół. Sądzę, że bezprecedensowa w swoich rozmiarach migracja wyznawców islamu to nie przypadek, ale starannie i odgórnie zaplanowana akcja polityczna, która ma co najmniej dwojaki cel: „oczyszczenie” Bliskiego Wschodu z ludzi młodych, w tym także z chrześcijan, oraz gwałtowną zmianę mapy demograficznej jednoczącej się Europy, która już nigdy nie będzie taka sama, jak dotąd. Jedno i drugie to ogromne wyzwanie dla europejskich chrześcijan, czyli głośne wołanie o opamiętanie i przeciwdziałanie istniejącej od pewnego czasu zmasowanej i zaplanowanej destrukcji chrześcijańskich korzeni i tożsamości Europy.

 

Lecz abyśmy mogli pozyskać innych dla wiary w Chrystusa, najpierw sami musimy prawdziwie się nawrócić i dawać jej  wiarygodne świadectwo. Bez tego za kilkadziesiąt lat Europa może przypominać Azję Mniejszą i Afrykę północną, gdzie kiedyś kwitło chrześcijaństwo, a obecnie stąpamy po gruzach kościołów i chrześcijańskich miast.

 

 

Rozmawiał Krystian Kratiuk

 

Ksiądz profesor Waldemar Chrostowski  – teolog, biblista, konsultor Rady Episkopatu Polski ds. Dialogu Religijnego, profesor zwyczajny Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, przewodniczący Stowarzyszenia Biblistów Polskich, zaangażowany w dialog katolicko-żydowski. Były współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Członek Komitetu Nauk Teologicznych Polskiej Akademii Nauk. Autor ponad 2000 publikacji naukowych i popularnonaukowych.

 

 

 

TEKST OPUBLIKOWANY W 2016 ROKU

 

Upłynęły dwa tysiące lat od kiedy Jestem obecny w Kościele w Sakramencie Mojej Milości a nadal pozostaje nieznany,zapomniany,opuszczony i traktowany jak rzecz,

  Nadstaw ucha twojego serca a będę do ciebie przemawiał... Upłynęły dwa tysiące lat od kiedy Jestem obecny w Kościele w Sakramencie Mojej M...