Bohaterowie z Markowej – Co oznacza ofiara rodziny Ulmów? Oto znaki czasów
Błogosławiona Rodzina z Markowej

Kluczem do zrozumienia tego, co zrobili Wiktoria i Józef Ulmowie, nie jest ich męczeńska śmierć, bo z całą pewnością nie chcieli umierać. Nie jest też sam fakt ukrywania Żydów – choć jest to bezsprzeczne i heroicznej próby bohaterstwo. Kluczem jest ich codzienne, ciche, dobre, zwyczajne życie, które wydało owoc nadzwyczajnej gościnności w ekstremalnie niebezpiecznych warunkach – w swoje najnowszej książce „Ulmowie. Sprawiedliwi i błogosławieni” napisała Angieszka Bugała
Jacy byli Józef i Wiktoria?
Agnieszka Bugała: Wiktoria i Józef, to są dla mnie osoby, którym od kilku miesięcy nie tylko bacznie się przyglądam, ale których szczerze podziwiam. Naśladować, to chyba za duże słowo, ale jest dużo takich elementów w ich życiu, które odkryłam i mnie zachwyciły. Kim oni byli? Oboje urodzili się tu, w Markowej. Józef w 1900 r., jego żona Wiktoria w 1912 r. Pobrali się 7 lipca 1935 roku. Różnica wieku między małżonkami była stosunkowo duża. Wiktoria była cicha, introwertyczna, bardzo gościnna, ciepła I kochająca. Józef był jej przeciwieństwem, przynajmniej, jeśli chodzi o niektóre z cech. Też był gościnny i uczynny, ale był aktywny i ekstrawertyczny. Ja nie wiem, czy dzisiaj byśmy mu zdiagnozowali ADHD. Miał takie cechy charakteru, które nie pozwalały mu nie działać. Musiał być w nieustannej aktywności. Był miejscowym społecznikiem, angażował się absolutnie we wszystkie nowinki społeczno-polityczno i gospodarcze, które w Markowej wtedy miały miejsce. Wiele z nich sam inicjował więc taki tytuł Leonarda da Vinci Markowej, który gdzieś powoli próbuje przylgnąć do Józefa, jest mu jak najbardziej zasadnie przyznany.

fragment książki:
Józef jest takim właśnie innowatorem. Sam konstruuje radio, aparat, hoduje jedwabniki. Ta jego kreatywność, twórczość jest podobna do kreatywności ojca Maksymiliana Kolbe. To podobieństwo jest uderzające. Oczywiście tutaj człowiek świecki, więc i spektrum działania zupełnie inne i też możliwości inne, czasami mniejsze.
Sprawa polsko-żydowska
Niezmiernie istotny dla zrozumienia tego, co się w Markowej wydarzyło oraz do zrozumienia postawy Ulmów jest kontekst społeczno-kulturowy oraz historyczny tamtych czasów. W historię Markowej wpisana jest społeczność żydowska, która funkcjonowała i współżyła z Polakami, mimo różnic kulturowych. Tę sytuację zmieniła z jednej strony zasadniczo, a z drugiej patrząc na postawę rodziny Ulmów i innych mieszkańców Markowej właściwie nie zmieniła nic – rzeczywistość okupacji niemieckiej w czasie II Wojny Światowej. Według historyków Żydzi pojawili się w Markowej mniej więcej w XIV w., taką informacje w przekazie ustnym przekazywano jeszcze do lat 40. XX wieku. Sąsiedztwo, które się wytworzyło między Polakami i Żydami, albo może inaczej między polskimi Żydami i polskimi katolikami. Bo patrząc na Markową, to jest uczciwsze określenie, żebyśmy nie mówili o Żydach jako o ludziach zupełnie innej narodowości, bo w Markowej Żydzi byli Polakami.
Kiedy w 1939 r. wybuchła wojna, już 9 września Niemcy pojawili się w Markowej. Między innymi dlatego, tak twierdzą historycy, że średnia Żydów przypadających na te tereny była stosunkowo wysoka. Więc jeżeli był już koncept rozwiązania kwestii żydowskiej, to rzeczywiście tutaj interwencja musiała być natychmiastowa. Oni od razu tych Żydów liczyli. Były prowadzone badania. Żydzi musieli się zgłaszać, wymuszano na nich te zgłoszenia. Ważna jednak jest relacja między tymi ludźmi. W momencie wybuchu wojny, kiedy pojawili się Niemcy od razu powołano do życia posterunek żandarmerii w Łancucie, którym dowodził, ten, który później był zleceniodawcą wyroku na Ulmów.
Ludzie zaczęli się z jednej strony bardzo bać, bo nie rozumieli tego, co się dzieje, a represje od początku były ogromne, szczególnie wymierzone w Żydów. W tym wszystkim ludzie zaczęli się w przedziwny sposób solidaryzować. Kiedy w 1939 r., bodajże już w grudniu, Niemcy wydali rozkaz, że wszyscy obywatele żydowskiego pochodzenia mają nosić gwiazdę Dawida, w Markowej nie wywołało to takiej reakcji, że ludzie się teraz bali Żydów i separowali od nich, żeby nie udzielić im pomocy. Wręcz przeciwnie, kiedy dochodziło do pierwszych rozstrzelań – takie są zeznania, że wystarczyło, że niemiecki samochód przejeżdżał przez Markową i Niemiec, jeśli miał ochotę odsunąć szybę, bo zobaczył Żyda stojącego przy ulicy i go zastrzelić, to to robił – uruchamiało to oczywiście ogromne pokłady strachu, bo to były sytuacje niewytłumaczalne i niewyobrażalne, ale w mieszkańcach obudziło się coś takiego, że jednak ratujemy Żydów, bo oni nie są winni temu, że postanowiono ich zgładzić. W 1941 r, kiedy przykręcanie tej niemieckiej śruby wobec żydowskich losów było jeszcze większe, ukazał się dokument, który mówił, że nie tylko za ratowanie Żydów groziła kara śmierci, ale również za wiedzę o tym, że ktoś ukrywa. Mimo to ludzie byli w nadzwyczajny sposób solidarni od samego początku do końca. Tak przynajmniej dowodzą ustne, i zbadane przez historyków dokumenty i świadectwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz