Swiadectwo ze strony oo. Franciszkanow
@Zdarzenia, które mi utkwiły w związku z wyjazdem na misje.
Jako dar od parafii otrzymał biały ornat z czerwonym pasem. Nie pamiętam, czy moja mama, czy p. Witowska-ówczesna kucharka, któraś powiedziała: „Ornat biało-czerwony jak dwie korony św. Maksymiliana. Oby to nie była droga męczeństwa”.
Gdy przyszedł na pożegnanie do nas, dzieci z Krucjaty, opowiadał o Peru. Na stole stały szklanki i talerzyki podpisane dla każdej grupy. W pewnej chwili O. Michał wstał i wziął kartkę z napisem „Św. Michał”, przyczepił sobie na piersi i mówił: „Popatrzcie, już jestem święty”.
W dniu Jego wyjazdu z Pieńska, po Mszy pożegnalnej, pobiegłam do klasztoru – mama pomagała tam w kuchni. Przyszedł O. Michał w szarym misyjnym habicie, pamiętam też Jego brata i siostrę. O. Michał pożegnał się z p. Witowską. Gdy podszedł do mojej mamy, dała Mu różaniec z wodą z Lourdes i powiedziała: „Wiara i modlitwa na tym różańcu uratowała mi życie, gdy Longina była mała. Maryja wyprosiła cud i uzdrowiła mnie. Teraz daję go ojcu, bo ojcu będzie bardziej potrzebny. Gdy będzie ojciec chory albo będzie ciężko proszę przykładać go głęboko do serca i modlić się, a Maryja wszystkiemu zaradzi”. O. Michał wziął różaniec, czy zabrał go do Peru nie wiemy. Po pożegnaniu z mamą przyszła kolej na mnie. Wszyscy w refektarzu płakali, mnie i O. Michałowi też już łzy podchodziły do oczu. Podszedł do mnie, wziął na ręce i cicho powiedział: „Nie możesz płakać, masz być teraz dzielniejsza niż mama…”. W udawanym spokoju słuchałam, że mam być dobra, kochać Pana Jezusa, że spotkamy się za trzy lata jak przyjedzie na urlop, a czas szybko leci. Ucałował mnie, przytulił. Pożegnaliśmy się z Jego bliskimi i wyszliśmy na dwór.
Stał samochód z Jego rzeczami, na bagażniku także Jego rower, z przodu figurka Pieta (symbolicznie komentowana przez parafian zarówno po wyjeździe O. Michała, jak i po Jego śmierci), cały samochód tonął w kwiatach rzucanych gdzie tylko się dało. Otoczyliśmy samochód, kierowca próbował ruszyć, ale nie cofnęliśmy się ani na krok. Trąbili na nas, prosili – bezskutecznie, nawet O. Michał pierwszy raz nic nie zyskał. W końcu wysiadł z samochodu i udawał, że idzie do klasztoru. Nagle zaczął biec, my za nim. Samochód miał wolną drogę i wyjechał bramą, a O. Michał przeskoczył przez płot, wsiadł do nadjeżdżającego samochodu. Tak odjechał z Pieńska wśród wołań i łez. W nocy nie spałam. Następnego dnia powiedziałam rodzicom, że skoro O. Michał mógł wyjechać do tych dzikusów to ja będę przez tydzień chodzić codziennie na Mszę wieczorną i modlić się za Niego. Z tygodnia zrobił się miesiąc… i tak codziennie. Gdy wspominam ten dzień to z uśmiechem mówię, że pierwsze świadome nawrócenie przeżyłam w dziesiątym roku życia, w pewnym sensie za przyczyną O. Michała.
Po dwóch latach pracy w Peru w Pariacoto, 9 sierpnia 1991, O. Michał Tomaszek wraz z O. Zbigniewem Strzałkowskim został zamordowany przez terrorystów Świetlistego Szlaku. Ludzie płacząc tłumnie gromadzili się w kościele. I choć intencje mszalne były o spokój Jego duszy w naszym miasteczku mówiono o O. Michale „święty kapłan”, O. Zbigniewa nie znaliśmy. Dość szybko zmieniono nazwę jednej z ulic na ulicę „O. Michała Tomaszka”. Potem ufundowano dzwon Jego imienia. Przy reformie szkolnictwa nadano nowemu gimnazjum imię O. Michała Tomaszka. Mieści się w nim także Izba Pamięci Jemu poświęcona. Od O. Michała mam kilka pamiątek, które są dla mnie szczególnymi relikwiami: różaniec, krzyż, świadectwa z religii, kartki i obrazki podpisane przez Niego. Mojemu bratu Błogosławiony podarował flet, na którym grał.
Po śmierci O. Michała dla celów prywatnych napisałam modlitwę. Było to jeszcze przed wszczęciem procesu beatyfikacyjnego, ale modliłyśmy się razem z koleżankami: Ojcze Michale, który na wzór św. Maksymiliana Kolbe upodobniłeś się do Chrystusa i oddałeś swoje życie za wiarę, wstaw się za nami w niebie, wyproś nam u Boga łaski, o które Cię prosimy i naucz nas kochać czystym sercem Niepokalaną. Amen.
O. Michał wyprosił mi wiele łask, były to przede wszystkim nawrócenia osób, za które się modliłam (do jednej z tych osób przyszedł we śnie z przesłaniem – tak to przeżyła, że skutek był natychmiastowy; nie mam pozwolenia, by opisać to dokładniej) oraz rozwiązanie trudnych sytuacji życiowych. Osobiście też doświadczyłam wiele razy Jego pomocy i opieki. Wielu parafian modliło się przez Jego wstawiennictwo tuż po Jego śmierci, ponieważ był postrzegany jako święty w całej prostocie codziennego życia.
Miałam łaskę przebywać w obecności Świętego, będąc dzieckiem. Nie pamiętam Jego kazań, czy innych wielkich mów teologicznych. Przewijają się w pamięci tylko miejsca, konkretne sytuacje, Jego postawa i okazywana miłość. To wystarczy. Dla dziecka nie tyle ważne jest to, co się mówi, ale to kim się jest.@
lm
za: http://www.franciszkanie.pl/red.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz