poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Nawet św. Faustyna zasłużyła na czyściec !!!

1 sierpnia 1925 roku Helena Kowalska rozpoczęła życie zakonne w warszawskim klasztorze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia.

 

1 sierpnia 1925 roku Helena Kowalska rozpoczęła życie zakonne w warszawskim klasztorze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia. Bez tamtego momentu być może nie mielibyśmy dziś w Kościele święta oraz obrazu Bożego Miłosierdzia, modlitwy koronką do Bożego Miłosierdzia czy jednego z najwspanialszych skarbów mistyki chrześcijańskiej, jakim jest „Dzienniczek” św. Faustyny.

Helena Kowalska „zaproszenie do życia doskonalszego”, jak sama nazwała na kartach wspomnianego „Dzienniczka” życie zakonne, czuła już od siódmego roku życia.

Jednak z powodu sprzeciwu rodziców Helena postanowiła zagłuszyć głos powołania w swojej duszy. Dopiero latem 1924 roku, gdy podczas zabawy tanecznej w jednym z łódzkich parków 19-letniej wówczas Helenie objawił się „umęczony, obnażony z szat i cały okryty ranami” Jezus, czyniąc jej bolesny wyrzut z powodu ignorowania przez nią głosu powołania słowami: „Dokąd cię cierpiał będę i dokąd Mnie zwodzić będziesz?”, dziewczyna nie ma już wątpliwości, że musi zrobić wszystko, by wypełnić prośbę samego Chrystusa.

Wybiega natychmiast z zabawy tanecznej, wpada do łódzkiej katedry i tam kładąc się krzyżem na posadzce świątyni prosi Boga o światło, co konkretnie ma zrobić, dokąd skierować swoje kroki, do jakiego zakonu wstąpić?

Helena słyszy w duszy Bożą podpowiedź, by wyjechała do Warszawy. Tam stara się znaleźć klasztor, do którego mogłaby wstąpić, jednak jak sama przyzna jakiś czas potem na kartach „Dzienniczka”: „gdzie zapukałam do furty, wszędzie mi odmówiono”.

Nie udało się ustalić, które konkretnie klasztory i zakony nie chciały mieć u siebie przyszłej świętej apostołki Bożego Miłosierdzia, jednak wiemy, że po wielu próbach udało jej się w końcu wstąpić do Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia.

Helena Kowalska zapukała do znajdującego się przy ul. Żytniej warszawskiej furty tego zgromadzenia zakonnego w lipcu 1924 roku i choć pierwotnie i stamtąd chciano ją odesłać z kwitkiem to jednak interwencja ówczesnej przełożonej s. Michaeli Moraczewskiej sprawiła, że pozwolono przyszłej św. Faustynie, by przez rok pracując w świecie zbierała oszczędności na klasztorny posag i dano jej zielone światło, by po upływie tego czasu znów zapukała do furty na Żytniej.

Na trzy tygodnie przed ukończeniem 20. roku życia 1 sierpnia 1925 roku w wigilię Matki Bożej Anielskiej „wreszcie przyszła chwila, w której się otworzyła dla mnie furta klasztorna” – wspominała w „Dzienniczku” w. Faustyna, która tego właśnie dnia, przed 97 laty rozpoczęła swój zakonny postulat.

„Czułam się niezmiernie szczęśliwa, zdawało mi się, że wstąpiłam w życie rajskie. Jedna się wyrywała z serca mojego modlitwa dziękczynna” – zapisała w swych duchowych notatkach św. Faustyna Kowalska.

ren/św. Faustyna Kowalska "Dzienniczek", J.Andrasz SJ "Życiorys św. Faustyny", E.Czaczkowska "Siostra Faustyna. Biografia świętej", "Wspomnienia o św. siostrze Faustynia Kowalskiej"

„W sercu kraju młodzież legnie na ofiarnym stosie”. Czy Matka Boża w Licheniu przepowiedziała tragedię Powstania Warszawskiego?

 „W sercu kraju młodzież legnie na ofiarnym stosie”. Czy Matka Boża w Licheniu przepowiedziała tragedię Powstania Warszawskiego?

15 sierpnia 1850 roku w lesie grąblińskim pod Licheniem pasterzowi Mikołajowi Sikatce objawiła się Matka Boża, która przekazała mu orędzie dotyczące polskiego narodu. Według wielu interpretatorów Maryja mówiła też o tragedii Powstania Warszawskiego oraz daninie krwi, jaką przyjdzie zapłacić Polakom walczącym o niepodległość własnej ojczyzny.

Matka Boża, która we wcześniejszym czasie objawiała się już pasterzowi Mikołajowi, po raz kolejny ukazała mu się 15 sierpnia 1850 roku, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

Mikołaj Sikatka ujrzał płonącą kulę opadającą z nieba. Nagle stanęła przed nim Maryja, wyglądająca jak na obrazie Bolesnej Królowej Polski, który znajduje się dziś w ołtarzu głównym licheńskiej Bazyliki. Maryja mówiąc o wybuchu drugiej wojny światowej powiedziała pasterzowi:

„Wybuchnie straszliwa wojna, w której zginął miliony ludzi. Miłosierdzie Boże jest niezmierzone. Wszystko może się jeszcze obrócić na dobre. Gdy naród wyda na świat świętych ludzi, wszystko da się jeszcze uratować. Potrzebujemy świętych matek! Kocham wasze dobre matki, podtrzymuję na duchu i rozumiem je, ponieważ sama byłam tak boleśnie doświadczoną Matką.

Najbardziej podstępne zamiary ciemiężycieli rozbiją się o wasze matki. One dadzą narodowi liczne i bohaterskie dzieci. Te dzieci, w czasie powszechnej pożogi świata, wywalczą wolną ojczyznę. Szatan będzie siał niezgodę pośród braci. Nie zagoją się jeszcze wszystkie rany i nie dorośnie jedno pokolenie, a ziemia, powietrze i morza obleją się krwią tak obfitą, jakiej dotąd nie było. Ta ziemia będzie przesiąknięta łzami męczenników świętej sprawy.

W sercu kraju młodzież legnie na ofiarnym stosie. Niewinne dzieci poginą od miecza. Ci nowi, a nieprzeliczeni męczennicy będą za wami błagać przed tronem sprawiedliwości Boga, gdy będzie bój ostateczny o duszę całego narodu, gdy będzie sąd nad wami. W ogniu długich doświadczeń oczyści się wiara, nie zgaśnie nadzieja, nie ustanie miłość. Będę chodziła między wami, będę was bronić, będę wam pomagać, przez was pomogę światu. Ku zdumieniu wszystkich narodów świata – z Polski wyjdzie nadzieja udręczonej ludzkości. Wtedy poruszą się wszystkie serca radością, jakiej nie było przez tysiąc lat.

To będzie znak największy dany narodowi, na opamiętanie i ku pokrzepieniu. On was zjednoczy. Wtedy na ten kraj udręczony i upokorzony spłyną łaski wyjątkowe, jakich nie było od tysiąca lat. Młode serca się poruszą. Seminaria duchowne i klasztory będą przepełnione. Polskie serca rozniosą wiarę na Wschód i Zachód, Północ i Południe. Nastanie Boży pokój. Jeśli naród polski poprawi się, będzie pocieszony, ocalony, wywyższony, za przykład dawany innym narodom.

Szatan będzie z nim walczył na wszelki sposób, aby nie dopuścić do jego odrodzenia, ale ostateczne zwycięstwo będzie ze mną. Nie dajcie się uwieść piekielnemu smokowi, ale dochowajcie wierności Bogu, ja was swym płaszczem okryję od śmiertelnych nieszczęść. Tego kraju, tego Narodu, ile razy będzie się do mnie uciekał, nigdy nie opuszczę, ale obronię i do swego serca przygarnę”.

ren/ks. E. Makulski "Licheń. Dzieje Sanktuarium"

Śmierć nie jest końcem – o kapelanach Powstania Warszawskiego

 

Śmierć nie jest końcem – o kapelanach Powstania Warszawskiego

W ciągu 63 dni Powstania Warszawskiego kapelani wojskowi byli stale przy walczących, odprawiali Msze, organizowali wspólne modlitwy, spowiadali i odprowadzali zmarłych w ostatniej drodze, wreszcie sami ginęli. 1 sierpnia przypada 76. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

Około 150 duchownych wzięło udział w Powstaniu Warszawskim jako kapelani poszczególnych oddziałów i szpitali polowych. Wykazali się ogromnym bohaterstwem i poświęceniem. Nie przeżyło około 50 z nich: zginęli podczas ostrzałów i bombardowań a niektórzy zostali bestialsko zabici przez Niemców ponosząc śmierć męczeńską.

Przed wojną byli zwyczajnymi duchownymi, niemniej w wielu tych życiorysach obecny jest epizod 1920 roku, to znaczy zaangażowania wojskowego w wojnie polsko-bolszewickiej na różnych poziomach – mówi dr Karol Mazur, kierownik Działu Edukacyjnego Muzeum Powstania Warszawskiego. Niektórzy z przyszłych księży brali urlop w seminarium, żeby zaangażować się w wojsku. Widać więc wśród duchownych poczucie służby, nie tylko na rzecz Kościoła ale państwa polskiego. Później ci ludzie w różny sposób się rozwijają: niektórzy robią kariery naukowe, inni widzą swoje powołanie w zakonach, itd.

Znakomita organizacja i polski bałagan

Byli świetnie zorganizowani i mimo polskiego bałaganiarstwa i dramatycznych warunków, działali bardzo sprawnie, w miarę możliwości utrzymywali łączność z dowództwem i między sobą, ale – co najważniejsze – nie opuszczali ani na chwilę walczących. Przemieszczali się wraz z powstańcami, byli w pobliżu działań wojennych, w szpitalach polowych, na ulicach zbuntowanego miasta.

Kapelani stanowili integralną część struktury organizacyjnej Armii Krajowej. W każdym okręgu AK był ksiądz odpowiedzialny za zapewnienie opieki duchowej żołnierzom. Dzięki temu w 1944 roku niemal każdy oddział partyzancki miał swojego kapelana. Na czele tego duszpasterstwa stał ks. płk. Tadeusz Jachimowski, ps. “Budwicz”, który zginął 7 sierpnia.

Powstanie zastało księdza Jachimowskiego na Elektoralnej. 7 sierpnia w ten rejon wkroczyli Niemcy i aresztowali go wraz grupą cywilów. Wraz innymi zostali poprowadzeni przez Wolę. Następnego dnia jeden z esesmanów, prawdopodobnie z oddziałów Dirlewangera, zobaczył sutannę, czego nie mógł znieść… Wyciągnął go z kolumny cywilów i zastrzelił przy wszystkich.

Dziekanem obszaru stolicy był ks. Stefan Kowalczyk (ps. Biblia), który po rozstrzelaniu ks. Jachimowskiego przejął faktycznie obowiązki szefa Duszpasterstwa AK, zbudował podziemną kurię polową i dokooptował kapelanów tam, gdzie ich zabrakło. Po kapitulacji wraz z żołnierzami poszedł do niewoli. Najbardziej znanymi kapelanami Powstania byli: ks. Zygmunt Trószyński, ps. “Alkazar”, o. Józef Warszawski SJ, ps. “Ojciec Paweł”, ks. mjr Władysław Zbłowski SAC, ps. “Struś” czy o. Tomasz Rostworowski SJ, ps. “Ojciec Tomasz”.

To ks. Kowalczyk na polecenie przełożonego zwołał 1 sierpnia 1944 roku na godzinę 11.00 ostatnią odprawę kapelanów. Do budynku przy ul. Długiej przybyło 14 księży. Odprawa została zwołana za późno, gdyż walki wybuchły o godz. 17 i nie wszyscy zdążyli dotrzeć na powierzone im placówki. Element improwizacji stale towarzyszył posłudze duchownych w walczącym mieście, dlatego stuletni dziś ks. prałat Wacław Karłowicz, ostatni z żyjących kapelanów, mówi o bałaganie. Mimo wszystkich trudności, ks. Kowalczykowi udało się wysyłać księży wszędzie tam, gdzie prosili o to dowódcy.

“Już po paru dniach mój szef «Biblia» miał swą kwaterę przy ulicy Marszałkowskiej, potem chyba na Pięknej, Koszykowej. Ale kontakt z podwładnymi utrzymywał żywy, żądał stałych sprawozdań, zatwierdzenia każdej sprawy duszpasterskiej, dyspensy, ślubów. A kiedy ludność cywilna i niektórzy księża zaczęli opuszczać Warszawę, czuwał, by żadna formacja, a łącznie z tym i dzielnica, nie była pozbawiona opieki duszpasterskiej” – pisał po latach ks. Mieczysław Paszkiewicz.

Między godziną “W” a kapitulacją

Kapelani wojskowi stanowili integralną część struktury Armii Krajowej. Każdy Okręg AK miał kapelana, który odpowiadał za zorganizowanie opieki duchowej dla poszczególnych jednostek. W 1944 r. prawie każdy oddział partyzancki AK miał swojego kapelana. I tak kapelanem obwodu I – Śródmieście był o. Jan Wojciechowski SJ, ps. “Korab”, kapelanem na Woli był odważny pallotyn – ks. mjr Władysław Zbłowski, ps. “Struś”, a na Żoliborzu proboszcz na Marymoncie ks. Zygmunt Trószyński, ps. “Alkazar”.

Na Ochocie żołnierzami obwodu opiekował się znany logik, prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego ks. Jan Salamucha, logik z UJ, który należał do wybitniej szkoły matematyczno-logicznej w Krakowie. Godził działalność naukową z duszpasterstwem. Został aresztowany wraz z grupą profesorów krakowskich podczas słynnej akcji SS, w listopadzie 1939 r. i jak wszyscy pozostali wywieziony do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Upomnieli się o niego włoscy naukowcy i w styczniu 1941 r. ks. Salamuchę uwolniono. Po powrocie do Polski został wikarym w parafii św. Jakuba na Ochocie.

Jak zaznacza dr Mazur, ks. Salamucha, tuż po gimnazjum sanitariusz w wojnie polsko-bolszewickiej, w przeciwieństwie do o. Czartoryskiego i ks. Stanka, był w konspiracji. Bardzo też angażował się politycznie na rzecz zjednoczenia AK i Narodowych Sił Zbrojnych. Był szanowany przez obydwa środowiska. Wiele tajemnic tych negocjacji zabrał do grobu, bo jak każdy porządny konspirator, był bardzo dyskretny.

Zginął na Ochocie, w Reducie Wawelskiej. Gdy oddziały RONA otoczyły Redutę, powstańcy zaproponowali księdzu wycofanie się kanałami. Prosili, by szedł z nimi, ale on odpowiedział, żartując oczywiście, że jest za duży i nie zmieści się w kanale. Wiadomo było, że nie chce zostawić rannych bez opieki. Został rozstrzelany.

1 sierpnia dominikanin, o. Michał Czartoryski zjawił się na Powiślu u lekarza okulisty, odwiedzał też bliskiego znajomego i tam zastało go Powstanie. Także on bez reszty zaangażował się wśród w działania duszpasterskie. Pełnił posługi religijne, m.in. odprawiał Msze. Przed wojną słynął z praktykowania radykalnego ubóstwa. Podkreślał, że musi być ono tak radykalne jak u św. Franciszka. Swojego miejsca szukał długo i w różnych zakonach.

Podczas powstania był kapelanem w szpitalu na Powiślu, urządzonym w piwnicy budynku na rogu ulic Smulikowskiego i Tamka. Na początku września dopadli go tam Niemcy. Choć mógł się ratować, nie chciał zostawić chorych, którymi się opiekował.

Świadek, któremu udało się uratować relacjonował, że Niemcy wyciągnęli o. Michała ze szpitala i zapytali kim jest – mówi dr Mazur. Dominikanin był w sutannie, nie chciał nawet rozmawiać, pokazał tylko dokumenty. Kazali mu zdjąć sutannę ale kategorycznie odmówił. Wtedy go zabili. Rozstrzelali też wszystkich pacjentów, a następnie spalili ciała zamordowanych.

Zarówno ks. Stanek jak i o. Czartoryski znaleźli się w gronie 108 męczenników II wojny światowej beatyfikowanych przez Jana Pawła II w Warszawie w 1999 r.

1 sierpnia o godz. 11.00 na odprawę u ppłk. “Biblii”, która odbywała się przy ul. Długiej w byłym budynku Kurii Polowej, przybyło zaledwie czternastu duchownych. Pozostali albo nie otrzymali informacji o spotkaniu, albo nie zdołali dotrzeć na czas. Sytuacja na odprawie znalazła swoje odzwierciedlenie już po godzinie “W”. Część oddziałów nie miała swojego kapelana, jak np. słynny batalion “Zośka”, którego kapelanem został 4 sierpnia, trochę przypadkowo, słynny “Ojciec Paweł”, czyli o. Józef Warszawski SJ. Niektórzy księża dołączyli do wyznaczonych im oddziałów z opóźnieniem, a niektórzy zgłaszali się ochotniczo już w trakcie walk i otrzymywali przydział do jednostek od ks. “Biblii”. Duża część duchownych nie pełniła formalnie funkcji kapelanów, natomiast opiekowali się oni ludnością cywilną i rannymi w szpitalach polowych. Po kapitulacji opuścili miasto wraz z jego mieszkańcami udając się do obozów przejściowych w podwarszawskich miejscowościach. Niektórzy, jak dziekan okręgu Warszawa czy o. Warszawski poszli do niewoli wraz ze swoimi żołnierzami.

Duszpasterstwo pod obstrzałem

Mimo nadzwyczajnych warunków posługi kapelanów w czasie Powstania, nie stosowali oni taryfy ulgowej ani wobec siebie, ani wobec wiernych. Kapelani bez przerwy byli przy walczących. Ich najważniejszym obowiązkiem było chowanie zmarłych, prowadzenie spisu poległych. Starannie wypełniali więc protokoły zgonów. Dla żołnierzy i ludności cywilnej odprawiali Msze św., organizowali wspólne modlitwy, spowiadali umierających, towarzyszyli im w ostatnich chwilach. Ponieważ mimo grozy toczyło się też normalne życie – chrzcili i błogosławili związki małżeńskie.

Dowództwo AK wydało polecenie odprawiania jednolitych modlitw porannych i wieczornych. Rano “Ojcze nasz”, “Zdrowaś Mario”, “Wierzę w Boga”, wieczorem “Anioł Pański” i trzykrotnie “Wieczny odpoczynek”.

Pragnąc zawierzyć walkę powstańców Najświętszej Maryi Pannie ks. Kowalczyk zorganizował modlitwę warszawiaków do Matki Bożej, która trwała od 15 sierpnia – uroczystości Wniebowzięcia do 26 sierpnia – uroczystości Matki Boskiej Częstochowskiej.

Historycy Powstania odnotowali jeden przypadek kapelana, który – wbrew zasadom – włączył się do walki. Ks. Antoniemu Czajkowskienu “puściły nerwy”, gdy na jego oczach postrzelił się i zaraz potem zmarł młody powstaniec. Szok był tak mocny, że kapelan przez dwa tygodnie walczył za pomocą własnoręcznie zdobytego mausera. Zastąpił rannego porucznika Bolesława Niemirowskiego “Leka”, ale wrócił do swej posługi po dłuższych perswazjach ks. Kowalczyka.

Prof. Norman Davies podkreśla, że to posługa kapelanów zhumanizowała walkę, dzięki księżom nie dochodziło do samosądów, a jeńcy niemieccy byli traktowani zgodnie z Konwencją Genewską. W szpitalach polowych ranni okupanci byli traktowani tak samo jak Polacy – operacje i zabiegi były wykonywane w zależności od stanu pacjenta, wszyscy zaś otrzymywali te same racje żywnościowe.

Ale przede wszystkim obecność księży dawała siłę do przyjęcia śmierci, gdy średnio co dwie minuty ktoś ginął, a groby były rozsiane po całym mieście. Brytyjski historyk uważa, że katolicki rytuał śmierci i pogrzebu miał w tych warunkach ogromne znaczenie.

Śmierć kapelana naczelnego

Ks. płk. Tadeusz Jachimowski, ps. “Budwicz” w chwili wybuchu Powstania znajdował się w mieszkaniu na ul. Elektoralnej. Nie uczestniczył w przedpołudniowej odprawie u ks. “Biblii”, zresztą jego miejsce było przy Komendzie Głównej, skąd czekał na polecenia. Przez pierwsze dni kontakt z dowództwem był bardzo sporadyczny. Komenda Główna w tym czasie była odcięta od pozostałych oddziałów i po kilku dniach musiała się ewakuować z Woli na Stare Miasto. Czekając na rozkazy, które nie nadchodziły, ks. “Budwicz” urządził prowizoryczną kaplicę w domu przy Elektoralnej, gdzie okoliczni mieszkańcy zbierali się na modlitwie. Kapelan naczelny nie marnował czasu spowiadając tych, którzy do niego przychodzili, udzielając ostatniego namaszczenia i umacniając na duchu ludność cywilną. 7 sierpnia, gdy Niemcy zajęli już całą Wolę, ks. Jachimowski otrzymał polecenie, by opuścić swoje dotychczasowe miejsce postoju i dołączyć do oddziałów powstańczych koncentrujących się wokół gmachów Sądów Grodzkich na Lesznie.

Zwlekał jednak, spowiadając ludzi. Akurat udzielał rozgrzeszenia, gdy do zaimprowizowanej kaplicy wtargnęli niemieccy żołnierze. Jeden z nich wycelował w niego karabin, gdy sekretarka kapelana “Mira” zaczęła błagać innego żołnierza, obserwującego scenę ze współczuciem, aby ocalił księdza. Przekonywała go, że to kapłan, który ma ze sobą Najświętszy Sakrament. Żołnierz, widocznie katolik, powiedział coś do kolegi trzymającego wycelowany karabin, podszedł do “Budwicza” i sprawdził, czy rzeczywiście ma ze sobą Najświętszy Sakrament. Następnie kazał, aby kapelan dołączył do grupy cywili, którzy zostali pognani przez miasto.

W drodze ks. Jachimowskiemu udało się zostawić Najświętszy Sakrament w kościele św. Andrzeja na Chłodnej. Kilka godzin później Niemcy dołączyli go do grupy mężczyzn pędzonych na rampę kolejową na Woli. Na noc grupa Polaków została zamknięta w kościele św. Wojciecha. Rano, gdy Niemcy prowadzili ich do transportów, jeden z konwojentów zobaczywszy w grupie księdza wyciągnął go z szeregów i zabił strzałem z pistoletu.

Opiekę duszpasterską nad powstańczą Warszawą organizował ks. “Biblia”, pełniąc de facto obowiązki kapelana naczelnego AK. Po kapitulacji, gdy ks. ppłk. Kowalczyk poszedł do niewoli wraz z innymi żołnierzami Powstania, kapelanem naczelnym został ks. płk. Jerzy Sienkiewicz, ps. “Gruzenda”, pełniący wcześniej funkcję zastępcy kapelana naczelnego.

Karabin i sutanna

Sekretarz kapelana naczelnego AK ks. Antoni Czajkowski, ps. “Badur” w godzinie “W” spowiadał młode sanitariuszki z Wyższej Szkoły Pielęgniarek. Miał przydział do oddziałów koncentrujących się w gmachu Sądów Grodzkich na Lesznie. Po wyspowiadaniu dziewcząt udał się w kierunku wyznaczonych jednostek. Po drodze, w Alejach Jerozolimskich, zatrzymali go jednak akowcy ppor. Bolesława Niewiarowskiego, ps. “Lek”. Kiedy zobaczyli, że mają przed sobą księdza, poprosili, aby został ich kapelanem. Zaczęli rozmawiać, a jeden z młodych żołnierzy – ps. “Rola” – pochwalił się swoim pistoletem. Broń okazała się niezabezpieczona i wypaliła. Powstaniec ciężko ranny upadł na ziemię w kałuży krwi. Wypadek tak wstrząsnął ks. “Badurem”, że postanowił zostać z oddziałem “Leka” i zastąpić tragicznie postrzelonego powstańca. Poprosił dowódcę o przyjęcie do jednostki i przyjął pseudonim żołnierski “Rola II” dla upamiętnienia postrzelonego chłopca.

Ks. Czajkowski brał udział w zdobyciu kolejnych kamienic w Alejach Jerozolimskich i silnie bronionego gmachu Zarządu Wodociągów i Kanalizacji na placu Starynkiewicza. W walkach wyróżniał się odwagą i pomysłowością. Ranny w jednej z akcji ppor. “Lek” mianował go swoim zastępcą. Po dwóch tygodniach Powstania, gdy do oddziału zgłaszali się nowi ochotnicy, ks. “Badur” postanowił powrócić do swoich pierwotnych zadań, nadal bowiem odczuwalny był brak kapelanów. Po zgłoszeniu się do ks. płk. “Biblii”, ks. Czajkowski otrzymał przydział jako kapelan Zgrupowania “Chrobry II”`, a więc oddziałów, z którymi walczył do tej pory. Towarzyszył im, aż do kapitulacji.

Jezus z katedry

W sierpniu trwały zażarte walki na Starówce. W tych dniach zarówno powstańcy, jak i ludność cywilna szukali pociechy i wsparcia u Matki Bożej Łaskawej oraz przy trumnie św. Andrzeja Boboli w kościele jezuitów na Świętojańskiej, a także przed cudownym krucyfiksem w katedrze. 17 września, ks. Wacław Karłowicz, ps. Andrzej Bobola, był wśród rannych przy ul. Długiej, gdy ktoś przybiegł do niego z wiadomością, że pali się katedra. Ks. Karłowicz, kustosz kościoła, poszedł tam natychmiast. Katedra rzeczywiście była w płomieniach, płonęły posągi królów polskich i stalle, ogień ogarniał ołtarz. Ks. Karłowicz chwilę zastanawiał się co zrobić, postanowił uratować przed zniszczeniem przynajmniej cudowny krucyfiks. Udało mu się jednak zdjąć z krzyża tylko figurę Chrystusa i wynieść ją na zewnątrz.

Po bombardowaniu ludzie spontanicznie utworzyli procesję, w której wśród ruin Starówki przenieśli figurę Jezusa do klasztoru sakramentek. Wielu cierpiących miało poczucie, że Bóg dzieli ich los i razem z nimi przemierza staromiejską Drogę Krzyżową. Po zniszczeniu klasztoru czyjeś troskliwe ręce przeniosły Jezusa z katedry do podziemi kościoła dominikanów na Freta. Tam zupełnie nieoczekiwanie natknął się na Niego ks. “Czesław” – Henryk Cebulski podczas spowiadania i namaszczania rannych. Obok spoczywających na posadzce ciężko rannych ludzi leżała też okryta płaszczem figura Chrystusa.

Powieszony na stule

Dr Karol Mazur przywołuje jeszcze jedną, nieco zapomnianą, a wybitna postać powstańczego kapelana. To pallotyn, ks. Józef Stanek. Kapelanem został przypadkowo. Urodził się na pograniczu polsko-słowackim, w Łapszach Niżnych. Podczas okupacji mieszkał w domu swojego zgromadzenia w Ołtarzewie pod Warszawą, studiował na tajnym uniwersytecie.

1 sierpnia miał zajęcia z socjologii i po prostu nie zdążył wrócić. Na początku był w Śródmieściu na ul. Hożej, potem sprawował posługę na Koszykach. Po jakimś czasie okazało się, że na Czerniakowie brakuje kapelanów i szef duszpasterstwa Powstania warszawskiego, ks. Stefan Kowalczyk ps. “Biblia” wysłał go właśnie tam. Ks. Józef w pełni zaangażował się w pracę wśród żołnierzy, chociaż wcześniej nie należał do struktur konspiracyjnego duszpasterstwa. Nie rozstawał się ze stułą ani z sutanną, otwarcie pokazując, że jest osobą duchowną. I to rozwścieczyło Niemców, którzy “wyłowili” go z szeregu.

To było w końcu września, kiedy powstanie na Czerniakowie już padło. Oprawcy, którzy wpadli na Czerniaków nie mogli znieść zachowania ks. Stanka. Jak zaznacza dr Mazur, znamy relacje bezpośrednich świadków tamtych chwil. Jeden z esesmanów krzyczał do księdza: jesteś najgorszy ze wszystkich, już wolę Polaków i Żydów, jesteś diabłem.

Ks. Stanek, który znał niemiecki, próbował negocjować z esesmanami, żeby zachowywali się godnie wobec ludności cywilnej. Trafił jednak na najgorszych oprawców Powstania czyli esesmanów z oddziałów Oskara Dirlewangera.

Najpierw został brutalnie pobity w obecności grupy zatrzymanych cywili a następnie powieszony na stule… Świadkiem jego śmierci był ks. mjr Józef Warszawski ps. “Paweł”, który stał w mundurze wojskowym. Opisał później to zdarzenie i, jak wyznaje, zastanawiał się, dlaczego ominął go podobny los. Niemcy wiedzieli, że jest księdzem, no ale nie “kłuł” ich w oczy sutanną… “Paweł” był zresztą znakomitym kapelanem w “Zośce” i “Parasolu”, niósł otuchę walczącym harcerzom, wspomina o nim Kamiński w “Kamieniach na szaniec”. Zmarł w 1997 r.

Nie bójcie się śmierci…

Dr Mazur mówi, że kapelani starali się tłumaczyć powstańcom, że śmierć nie jest końcem. Bardzo powszechne było zbiorowe rozgrzeszenie “in articulo mortis” czyli “w obliczu śmierci”, udzielane po spowiedzi powszechnej. Czyli: jeśli nie przeżyjesz to masz odpuszczenie grzechów, a jeśli powrócisz po walce, to przed przyjęciem komunii św. musisz się z nich wyspowiadać. Bardzo rygorystycznie przestrzegano też zasady, że duszpasterz ma pozostać duszpasterzem i nie może biegać z bronią. On jest od tego, by pilnować spraw duchowych.

Na jednym z filmów zrealizowanych przez Muzeum Powstania Warszawskiego jest scena z Mszy św. odprawianej przez bp. Stanisława Adamskiego – biskupa katowickiego, który został stamtąd wysiedlony bo nie podpisał volkslisty i w czasie okupacji przebywał w Warszawie. Na podstawie ruchu jego udało się odtworzyć fragmenty kazania, prawdopodobnie z 15 sierpnia, wielkiego święta Maryjnego, kiedy to, podobnie jak 26 sierpnia powstańcy masowo uczestniczyli w mszach i spowiadali się.

Wlewanie otuchy i ukazywanie powstańczego “tu i teraz” w perspektywie metafizycznej było lejtmotywem warszawskiej homiletyki tamtych dni. Starano się, relacjonuje dr Mazur, odnaleźć i ukazać jakiś sens tego, co wokół się dzieje; że to, co nas tu spotyka jest częścią jakiegoś Bożego planu i że śmierć nie jest końcem. Powtarzano: nie bójcie się śmierci, bo w kontekście chrześcijańskim śmierć jest początkiem. Ten motyw widać także w różnych relacjach powstańczych, a zatem to do walczących docierało.

ekai.pl

Prof. Jan Żaryn dla Frondy: Bohaterscy kapłani Powstania Warszawskiego

 

Jan Żaryn dla Frondy: Bohaterscy kapłani Powstania Warszawskiego

Eryk Łażewski, Fronda.pl: Dziś obchodzimy 75 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego (Tekst pierwotnie opublikowany 1 sierpnia 2019 roku - red.). Jest Pan autorem książki „Dzieje Kościoła katolickiego w Polsce (1944-1989)”. I właśnie o sytuację Kościoła w Polsce, w Warszawie 1944 roku, zwłaszcza zaś – oczywiście - podczas Powstania Warszawskiego, chciałbym się Pana zapytać.

Prof. Jan Żaryn, historyk, senator RP: No tak, to temat – rzeka, ponieważ z jednej strony, trzeba powtarzać, i to wielokrotnie, że Kościół katolicki (szczególnie rzymskokatolicki) został dotknięty agresywną polityką okupantów: zarówno niemieckiego jak i sowieckiego, skierowaną wobec Polski i Polaków. Miarą tej opresywności była śmierć około dwóch tysięcy ośmiuset kapłanów (zarówno zakonnych, jak i diecezjalnych). Także sióstr zakonnych. To przekładało się na ponad dwadzieścia procent ówczesnego stanu duchowieństwa (biorąc pod uwagę rok 1945). I oczywiście wśród tych kapłanów znajdujemy ofiary, które ginęły – można powiedzieć – od początku (od września, października 1939 roku). Choćby tam na północy: zbrodnia ponarska, „zbrodnia pomorska” - jak dzisiaj to historycy nazywają - jest tego przykładem. Tam, już ginęli kapłani diecezji chełmińskiej. Ponad dwustu zostało zamordowanych po wybuchu drugiej wojny światowej. To jest jednak pewne „osiągnięcie”.

A właśnie Powstanie Warszawskie, gdzie z kolei kapłani stali się zarówno wspierającymi wojsko (Armię Krajową) jako kapelani wojskowi, jak i wspierającymi ludność cywilną, która została dotknięta tak samo, jak powstańcy, nawałnicą niemieckiej artylerii, bombardowaniem, całą gehenną zmagań w ciągu tych sześćdziesięciu trzech dni insurekcji. I wśród tych kapłanów oczywiście można wymienić bardzo wielu; wspaniałe postacie, poczynają od dziekana duszpasterstwa Armii Krajowej, czyli księdza pułkownika Tadeusza Jachimowskiego, który zginął zamordowany na Woli wśród tych innych, ponad pięćdziesięciu tysięcy zamordowanych w dzielnicach zachodnich Stolicy w pierwszym tygodniu Powstania. Oczywiście, ojciec Tomasz Rostworowski – jezuita ze Starego Miasta, jeden z najbardziej bohaterskich kapelanów wojskowych. Zasłynął między innymi też tym koncertem, który wykonał (bodaj szóstego sierpnia) przy zbiegu Miodowej i Senatorskiej, grając zabronioną w czasie okupacji Etiudę Rewolucyjną Fryderyka Chopina. To także ci błogosławieni księża zamordowani, jak ojciec Michał Czartoryski – dominikanin, ksiądz Józef Stanek. Kapłani, którzy dla Niemców byli takim przykładem heroizmu, bycia z najbardziej potrzebującymi wówczas wsparcia, czyli bądź z rannymi ciężko, bądź z cywilami, którzy poszukiwali tego wsparcia duszpasterskiego.

Także znane jest powszechnie zdjęcie kapłana – biskupa, odprawiającego Mszę Świętą na jednym z podwórek warszawskich. Te Msze Święte, a oczywiście również śluby i pogrzeby, to jeden z takich codziennych wizerunków ulicy i domów powstańczych. Ów biskup, który odprawiał Mszę Świętą w Warszawie to biskup Stanisław Adamski – biskup katowicki, który znalazł się w Stolicy, wypędzony zresztą przez Niemców ze swojej diecezji. I stąd mógł wspierać ludność cywilną Powstania.

Rozumiem. Mówił Pan o księżach, a chciałem się zapytać o wiernych. Czy prawdą jest, że podczas Powstania religijność ludności Warszawy wydatnie wzrosła?

Jest takie (oczywiście zresztą słuszne) zdanie powszechne, że im bardziej człowiek zaczyna rozumieć, że może stracić życie, tym bliższy staje się mu kontakt z Panem Bogiem, i z tą wizją spotkania z Nim. I oczywiście nie ominęło to także zbiorowości Polaków-katolików w Warszawie. Przede wszystkim, mamy liczne przykłady wspomnień kapelanów wojskowych: czy tych, o których wspominałem; czy też tych, o których jeszcze nie wspomniałem, jak ksiądz Jan Zieja, czy „Bobola” [ksiądz Wacław Nikodem Karłowicz], a więc jeden z kapłanów, który zasłynął wyniesieniem z palącej się katedry świętojańskiej figury krzyża z Chrystusa z kaplicy Baryczków. Ten pobyt kapłanów wśród - z jednej strony rannych, a z drugiej strony wśród ludności właśnie cywilnej – był wynikiem stałej potrzeby ich obecności. Kapłan stawał się w jakiejś mierze nieodzownym, bardzo istotnym elementem tej powstańczej rzeczywistości. Tego strachu także, przed „kamiennym niebem”, i przed możliwością utraty życia w wyniku nalotu. Także właśnie w piwnicach; tak gdzie należało się chronić, a jednocześnie te piwnice były zagrożeniem życia.

A teraz kolejne pytanie: są opinie, że Powstanie Warszawskie poniosło klęskę nie z powodów militarnych, ale dlatego, że zabrakło modlitwy, do której wzywała Warszawę choćby Matka Boża przez wizjonerki z Siekierek. Czy można więc powiedzieć, że tej modlitwy, religijności i oddania się Bogu w Warszawie lat wojny było , mimo wszystko o wiele za mało? Zwłaszcza, że wiadomo, iż w czasach okupacji szerzyły się spirytyzm i wróżbiarstwo.

No oczywiście, można różne tezy stawiać, badając zachowania ludności cywilnej. Mamy przecież przykłady, szczególnie po piątym września, kiedy zgasło nad miastem światło, gdy Niemcy zdobyli elektrownię, i to morale ludności cywilnej zaczęło się kruszyć. I bez wątpienia także powstańcy zaczęli odczuwać dodatkowy dyskomfort. Ze względu na ten w ludności cywilnej co i raz to ujawniający się syndrom niechęci do nich, czy żalu, czy pretensji, za wybuch Powstania.

Niemniej jednak, dominującym obrazem jest bardziej obraz tego człowieka – Polaka, modlącego się przy kapliczkach na podwórku. I ta modlitwa wydaje się, że była jednak zdecydowanie bardziej widoczna i bardziej doceniana przez cywilną ludność Warszawy, jako metoda na przezwyciężenie lęku, strachu i niechęci, i obawy o własne życie, i pretensji do wszystkich dookoła, czyli i do dowództwa Armii Krajowej, ale także do Sowietów, do rządu polskiego na uchodźstwie, że nie pomaga. Bo taka była także wizja ludności cywilnej. To szczególnie do Sowietów była coraz bardziej, z dnia na dzień, powszechna niechęć, jako do tych, którzy mieli przynieść pomoc, a zamilkli nagle w momencie wybuchu Powstania.

Mamy jednak także świadectwa. Ja konkretnie – jako również Senator z ziemi dookoła Warszawy (z tych „obwarzanków warszawskich”, z tych powiatów „obwarzankowych”) - mam takie relacje, jak choćby z Sienik – majątku moich dziadków i moich rodziców (także wujostwa), gdzie została w pamięci (w pamiętnikach) zawarta taka oczywiście wielozdaniowa relacja, wielozdaniowy opis, ale ja to Panu podam w jednym zdaniu: codziennie, praktycznie od piątego, szóstego sierpnia do października, przychodzili do tego dworu kolejni uciekinierzy z Warszawy i wszyscy byli w tym dworze przyjmowani. Mimo, że był to bardzo mały dwór, bardzo dużo było w nim ludzi, ale kolejne pięćdziesiąt osób zostało pomieszczone w tych właśnie tygodniach powstańczych. I podobnie zachowywali się ludzie na przestrzeni od Warszawy do Żyrardowa. Siostry zakonne w różnych domach przyjmowały także uciekinierów. Ta powszechna solidarność jest również pewnym objawem takiego miłosiernego kontaktu z rzeczywistym Chrystusem, który jest w każdym z nas, w każdym z ludzi potrzebujących.

Dziękuję za wywiad.

Tekst pierwotnie opublikowany 1 sierpnia 2019 roku

Fronda.pl/-

Prymas Tysiąclecia – Święty Powstaniec

 Prymas Tysiąclecia – Święty Powstaniec

W 78. rocznicę Powstania Warszawskiego warto przypomnieć o roli, jaką w zrywie mieszkańców stolicy odegrał bł. kard. Stefan Wyszyński. Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, młody jeszcze wówczas, bo 43. letni kapłan, ks. prof. Stefan Wyszyński, znajdował się w podwarszawskich Laskach. Tam, jako działający pod pseudonimem Radwan III kapelan Armii Krajowej, wspierał żołnierzy walczących w kampinoskich oddziałach.

Ks. Wyszyński pełnił wobec rannych żołnierzy posługę duszpasterską i sakramentalną, ale też asystował przy operacjach w utworzonym w domu rekolekcyjnym szpitalu powstańczym. Młodzi chłopcy walczący w Powstaniu umierali w jego rękach. Widok tego cierpienia towarzyszył mu później przez całe życie.

- „Pamiętam pierwsze dni Powstania Warszawskiego. Przebywałem na terenie Kampinosu. Biegnąc z komżą i stułą do miejsca, w którym właśnie zakończyła się bitwa z oddziałami niemieckimi, natknąłem się na trzech rannych żołnierzy z wyszarpanymi wnętrznościami. Zatrzymałem się przy nich. Wokół nie było nikogo. Jak im pomóc?” – pisał po latach o tamtych wydarzeniach.

W jednej ze swoich książek Prymas wspominał, jak asystował przy amputacji nogi jednego z Powstańców:

- „Złapał mnie za rękę i trzymał ją, dopóki nie zaczął działać środek usypiający. Byłem wtedy strasznie nieuczciwy, bo gdy poczułem, że jego ręka opadła, pobiegłem do innych, których trzeba było spowiadać lub przygotowywać do następnych operacji. Aby zdążyć na czas, umówiłem się tylko z lekarzem, że mnie natychmiast wezwie, gdy mój żołnierz zacznie się budzić. W tym wypadku nie było innego wyjścia. Przyszedłem w porę, gdy on budził się już po operacji. Było to dla niego wielką pociechą, podtrzymaniem i otuchą. Wystarczyła sama życzliwość, współczująca obecność, jakieś dobre słowo, trzymanie za rękę” – opowiadał.

W 1960 roku, w homilii wygłoszonej z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego, Prymas Wyszyński odnosił się do zniszczonej w czasie walk Powstania figury Chrystusa sprzed Bazyliki św. Krzyża. Tej samej, która dwa lata temu stała się obiektem ataku lewicowych aktywistów:

- „Na warszawskim bruku zburzonego miasta – zamienionego w popioły i zgliszcza – pozostał Chrystus. Obalony wprawdzie, niemocny, leżący na swym krzyżu, ale dłonią pokazujący zburzonej Stolicy niebo, aby nie przestała wierzyć, iż może się odrodzić. Jednego tylko potrzeba – nadziei! Sursum corda – w górę serca!” – mówił.

kak/stacja7.pl

Dokładnie 78 lat temu wybuchło Powstanie Warszawskie. Mieszkańcy stolicy przez 63 dni stawiali opór okupantowi, walcząc o niepodległą Polskę. Swoją walkę toczyli w osamotnieniu.

Dokładnie 78 lat temu wybuchło Powstanie Warszawskie. Mieszkańcy stolicy przez 63 dni stawiali opór okupantowi, walcząc o niepodległą Polskę. Swoją walkę toczyli w osamotnieniu.

Warto pamiętać, że Powstanie Warszawskie to największa akcja zbrojna podziemia w okupowanej przez hitlerowskie Niemcy Europie. Zamiast planowanych kilku dni, trwało ponad dwa miesiące. Nie doczekano się jednak wejścia sowietów ani pomocy ze strony aliantów.

Celem było m.in. wystąpienie w roli gospodarza przez władze Polskiego Państwa Podziemnego w imieniu polskiego rządu na uchodźstwie. Ostatecznie rozkaz o wybuchu powstania 31 lipca 1944 roku wydał dowódca AK gen. Tadeusz Komorowski "Bór". Do walki o wolną stolicę stanęło między 40 a 50 tysięcy powstańców. Tylko dla co czwartego możliwe było przygotowanie broni.

Reichsfuehrer SS Heinrich Himmler kazał w związku z powstaniem zabić każdego mieszkańca stolicy i nie brać jeńców. Zażądał zrównania Warszawy z ziemią, co miało być „zastraszającym przykładem dla całej Europy”.

Walki trwały 63 dni. 2 października 1944 roku przedstawiciele KG AK płk Kazimierz Iranek-Osmecki "Jarecki" i ppłk Zygmunt Dobrowolski "Zyndram" sygnowali układ o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie. W Powstaniu zginęło około 18 tys. powstańców. Straty ludności cywilnej były gigantyczne – to około 180 tys. zabitych. Z miasta wypędzono pół miliona mieszkańców, a stolicę niemal całkowicie zburzono.

dam/PAP,niezalezna.pl

 

Jan Paweł II jest największym darem, jaki Moje Niepokalane Serce otrzymało od Serca Jezusa dla waszego bolesnego czasu oczyszczenia.

  Jan Paweł II jest największym darem, jaki Moje Niepokalane Serce otrzymało od Serca Jezusa dla waszego bolesnego czasu oczyszczenia. Obron...