Mimo olbrzymiego kryzysu związanego z reformacją w drugiej połowie
XVI wieku oraz przez całe następne stulecie Kościół polski kwitł i
przynosił olbrzymi plon. Pojawiały się nowe zachodnie zakony, jak
kameduli, karmelici bosi, reformaci, bonifratrzy, pijarzy, a wśród
żeńskich karmelitanki bose i trzewiczkowe oraz augustianki, a także
powstawały zgromadzenia polskie, jak choćby prezentki w Krakowie czy
katarzynki w Braniewie.
Zupełnie nową jakość wprowadziło jednak wspomniane już
Towarzystwo Jezusowe, powstałe między innymi dla zwalczania
protestanckiej herezji. To jezuici dali nam księdza Piotra Skargę,
Andrzeja Bobolę i kilku innych wymienionych już kaznodziejów, ale też
Stanisława Kostkę czy Melchiora Grodzieckiego. Kostka i Bobola zostali
ogłoszeni patronami Polski, a ich kult nie słabnie do dnia dzisiejszego;
z nadzieją czekamy też na to, by dołączył do nich i Skarga.
Jezuici wychowywali młodzież w szkołach prowadzonych na
najwyższym poziomie (o czym świadczy przemianowanie jednej z nich przez
króla Batorego na akademię), dodajmy, że najczęściej bezpłatnych i
otwartych na uczniów innych wyznań, kształcących nie tylko podstawowe
umiejętności, ale wychowujących także do wiedzy o teatrze, muzyce czy
poezji. Dzięki działalności kolegiów jezuickich rokrocznie zwiększała
się liczba potrafiących czytać Polaków, co sprawiło, że w XVI wieku
Polska należała do czołówki państw europejskich pod względem liczby
drukowanych ksiąg. Ale jezuici działali nie tylko na polu kaznodziejskim
i edukacyjnym, ale także dobroczynnym. Przykładami są założone przez
księdza Piotra Skargę Arcybractwo Miłosierdzia pomagające chorym i
ubogim, którzy wstydzili się żebrać, lub bank pobożny, udzielający
ubogim nieoprocentowanych pożyczek. Takich instytucji jezuici tworzyli
wiele w całym kraju, realnie pomagając w ten sposób ogromnej liczbie
wiernych.
To także jezuici przekazali Zygmuntowi III Wazie niezwykłą
wiadomość od swego współbrata z Włoch. Jaką? Otóż w 1608 roku w wigilię
Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny włoskiemu jezuicie Juliuszowi
Mancinellemu ukazała się Maryja z Dzieciątkiem Jezus. U jej stóp klęczał
św. Stanisław Kostka, beatyfikowany zaledwie dwa lata wcześniej polski
jezuita, żyjący tylko 18 lat w połowie poprzedniego stulecia. Mancinelli
zapragnął uczcić Matkę Bożą słowami, którymi jeszcze nikt jej nie
czcił. A ona powiedziała do niego: „Dlaczego nie nazywasz mnie Królową
Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego
zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie”.
Mancinelli, mimo ponad 70 lat na karku, wiedziony zachętą Maryi
ruszył do Polski na piechotę. W krakowskiej katedrze na Wawelu znów
zobaczył Matkę Bożą, tym razem powiedziała: „Ja jestem Królową Polski.
Jestem Matką Tego Narodu, który jest mi bardzo drogi ,więc wstawiaj się
do Mnie za nim i o pomyślność tej ziemi błagaj Mnie nieustannie, a Ja
będę ci zawsze, tak jak teraz miłosierną”.
To z pozoru niezbyt istotne wydarzenie odbiło się szerokim echem
na wszystkich późniejszych pokoleniach Polaków. Na jego pamiątkę nie
tylko ukoronowano jedną z wież krakowskiego kościoła Mariackiego, ale
też król Jan Kazimierz postanowił właśnie Matce Bożej powierzyć losy
ojczyzny w czasie potopu szwedzkiego i obwołać ją patronką jego
królestwa. Nadzieje na odwrócenie losów Rzeczypospolitej najechanej
jednocześnie przez Szwedów i Rosjan zaczęły się bowiem rodzić dopiero po
skutecznej obronie Jasnej Góry, na której od wieków znajdował się
właśnie wizerunek Najświętszej Maryi Panny – Czarnej Madonny – nazywanej
już przez Jana Długosza „najdostojniejszą królową świata i naszą”, a
przez XVI-wiecznego poetę Grzegorza z Sambora już wprost „królową
Polski”. Nazwanie jej przez króla patronką Polski miało również swój
antyprotestancki wydźwięk – wszak część kalwinistów i luteranów
zwalczało kult Maryi jako bałwochwalczy.
Królowanie Matki Bożej w sercach Polaków było oczywistością już
znacznie wcześniej, ale wydarzenia z XVII wieku tę pozycję potwierdziły.
Polacy na kolejne stulecia mieli pozostać narodem katolickim i
maryjnym. Podkreślali to wszyscy późniejsi wielcy święci Polscy –
włącznie z papieżem Janem Pawłem II, którego zawołaniem biskupim były
zwrócone właśnie ku Maryi, której chwałę sławili już rycerze pod
Grunwaldem, słowa „Totus tuus – cały Twój”.
Wiara i wolność!
Bogurodzicę, pierwszy polski hymn, Polacy śpiewali także
wiele lat po Grunwaldzie. Śpiewali ją również konfederaci barscy –
członkowie organizacji szlacheckiej, de facto związku zbrojnego, który
powstał dla dwóch celów: obrony polskiej niepodległości oraz… obrony
wiary katolickiej. W połowie XVIII wieku zaczęła się bowiem nowa era w
stosunkach Polski z sąsiadami, trwająca zresztą do dziś – era rozbijania
przez zagranicznych agentów jedności polski poprzez rozbijanie wiary
Polaków. Wtedy jeszcze były to działania jawne. Protestanckie Prusy i
prawosławna Rosja domagały się bowiem przyznania praw politycznych
innowiercom zamieszkującym Koronę Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo
Litewskie.
Konfederację zawiązano 4 marca 1768 roku, a więc w dniu, w którym
Kościół wspomina św. Kazimierza, jagiellońskiego królewicza. Naczelne
hasło konfederatów brzmiało: „Wiara i wolność!”. To tylko udowadnia, na
jaką skalę ówcześni Polacy utożsamiali Polskę z katolicyzmem, a swoje
prawa z religią przyjętą przez Mieszka I. Obrona niepodległości ojczyzny
była również oczywistą obroną wiary katolickiej – i odwrotnie.
Najpopularniejsze pieśni wśród konfederatów zaczynały się od słów „Zdaj
się, Polaku, w opiekę Maryi albo Stawam na placu z Boga ordynansu”.
Wszyscy ci, którzy chcieliby w konfederacji barskiej widzieć
tylko obronę praw szlachty i tzw. złotej wolności, niech dokładnie
zapoznają się z najlepszą do tej pory publikacją na jej temat,
mianowicie z dziełem Władysława Konopczyńskiego. Udowadnia on, że
konfederaci nie byli bezkrytycznymi obrońcami ówczesnego stanu rzeczy, a
wielu opowiadało się nawet wprost za odejściem od wolnej elekcji, mocno
krytykowali nieudolne sejmy oraz z zainteresowaniem śledzili rozwój
koncepcji odejścia od „Polaka politycznego” do innego rozumienia tego
pojęcia, rzeklibyśmy – bardziej współczesnego, eksponującego wspólnotę
pochodzenia, krwi i języka. Skąd się wzięła ta koncepcja? Otóż zapisana
jest ona w wielu kazaniach i innych pracach katolickich duchownych
tamtej epoki! To właśnie konfederaci – jak wspomina Robert Kościelny –
głosili postulaty poszerzenia wspólnoty narodowej o słowiańskich
chłopów, rozumienia patriotyzmu jako dobra ojczyzny, a nie dobra stanu
szlacheckiego oraz ideę dbania o całą wspólnotę zamieszkującą
Rzeczpospolitą. Duchowni tamtych czasów, z prymasem Ignacym Krasickim w Monachomachii na
czele, potrafili w ostrych słowach krytykować także sam stan duchowny –
skoro tylko jego część, jak to w historii bywało, sprzeniewierzyła się
zasadom wiary i wolności, co widać było już kilka lat po zawiązaniu
konfederacji barskiej, przy rozbiorach Polski.
A jakiej Polski, niestety bezskutecznie, bronili konfederaci
barscy, śpiewając: „Boć nie nowina Maryi puklerzem Zastawiać Polskę;
wojować z rycerzem Przybywa w osobie, Sukurs dawać tobie. Miła
ojczyzno!”? Otóż z Rzeczpospolitą sąsiadowały wówczas cztery państwa –
prawosławna Rosja, protestanckie Prusy, islamskie Imperium Osmańskie
oraz katolicka Austria. Jak widać, na ziemiach, na których położona jest
Polska, rozgrywały się w drugiej połowie XVIII wieku dzieje cywilizacji
stworzonej przez Kościół katolicki.
O zerwaniu cywilizacyjnym ze strony protestantów już
wspominaliśmy. W Rosji triumfy święciła zaś cywilizacja turańska z
elementami bizantyjskiej, gdzie władza świecka wyraźnie dominowała nad
kościelną, wykorzystując ją do własnych celów politycznych, gdzie cała
aktywność polityczna ma wymiar wojskowy, gdzie ludność nie rozwinęła
większych więzów niż rodowe, gdzie już wówczas obowiązywał skrajny
indywidualizm, a moralność nie obowiązywała w żaden sposób władców. W
cywilizacji turańskiej kaprysy wodza zastępują prawo, podstawę porządku
społecznego stanowi zasada nadrzędności czynnika ekonomicznego, normą
jest jedynowładztwo. W pracy Rozwój moralności Feliks Koneczny,
twórca koncepcji cywilizacji turańskiej, pisał o niej: „Samowola władcy
jedynym źródłem prawa, a kto go usunie mieczem, stryczkiem, czy
trucizną, ma prawo stać się władcą… takim samym”.
A Imperium Osmańskie? Jego cywilizacja, którą moglibyśmy nazwać
arabską, choć Koneczny upatrywał w niej przedstawicielstwa również
cywilizacji turańskiej, oparta była na islamie. Sułtan był jednocześnie
kalifem, wprost nazywanym władcą wiernych. Podstawą ustroju był szarijat
– a więc prawo islamu wywiedzione z Koranu. Tylko wyznawcy tej religii
byli ludźmi wolnymi i mogli liczyć na pomoc państwa. Chrześcijanie, a
więc „niewierni”, nazywani byli raja, co można przetłumaczyć
jako „stado”, a ich wspólnoty, jeśli miały być tolerowane, musiały
płacić olbrzymie podatki. Normą była poligamia z prawem do rozwodu
przysługującym wyłącznie mężczyznom.
Rzeczpospolita opierała się zatem wielowektorowemu naporowi
cywilizacyjnemu. Pozostawała wierna i jednocześnie stała na straży tego,
bez czego w dziejach nigdy by nie zafunkcjonowała – wierze katolickiej i
Kościołowi.
Z ówczesnych sąsiadów najbliżsi Polakom pozostawali oczywiście
Austriacy – przedstawiciele cywilizacji łacińskiej, którym to zresztą
Jan III Sobieski ruszył w sukurs pod Wiedeń, by zasłużyć na przydomki
„Pogromca Półksiężyca” i „Lew Lechistanu” oraz na zawsze zatrzymać przy
Polsce określenie „przedmurze chrześcijaństwa”. W zaborze
austriackim nie bez przyczyny Polacy cieszyli się później swobodami
wręcz niewyobrażalnymi wśród ciemiężących naszych przodków Niemców czy
Rosjan.
„Tylko religia leczyła te rany”
Czasy bitwy pod Wiedniem po raz kolejny uświadamiają, że w każdej
polskiej duszy drzemie pierwiastek specjalnego posłannictwa Polski.
Pisał o tym nieoceniony biskup Pelczar, wskazując: „Religia wyznaczyła
ponadto narodowi polskiemu słynne posłannictwo, by niósł światło
Ewangelii i cywilizacji zachodniej na wschód, łączył Kościół wschodni z
zachodnim, a piersią swoją odpierał najazdy czy pogańskich Prusaków, czy
Jadźwingów i Litwinów, czy wyznawców islamu – Tatarów i Turków, czy
Moskwy jako spadkobierczyni bizantynizmu, czy wreszcie pionierów
protestantyzmu. Jeżeli naród spełnił choć w części tę misję, jeżeli
stępił rogi półksiężyca, pozyskał ofiarą królowej Jadwigi Litwę dla
wiary krzyża i pojednał z Rzymem Ruś odszczepioną, główna w tym znowu
zasługa religii. Ona bowiem głosem Stolicy Apostolskiej podbudzała go do
wielkich czynów, ona kazała mu iść pod Legnicę, Warnę, Chocim i Wiedeń,
ona ogniem świętym rozpalała jego rycerstwo, iż z pieśnią Bogurodzica Dziewica lub z okrzykiem Jezus Maria na ustach, rozbijało liczniejsze hufce wrogów”.
A jaka była tamta Polska? Polska, w której interrexem aż
do wyboru następnego króla z urzędu był katolicki prymas? Był to kraj
ukształtowany przez Kościół, który w tym miejscu świata rodził w dodatku
ludzi szczególnie miłujących wolność tak własną, jak i innych. Polacy
tworzyli z Litwinami wspólnotę polityczną „wolnych z wolnymi i równych z
równymi”, podpartą jednak tolerancją dla odmienności tradycji i praw.
Władysław Konopczyński zwracał uwagę, że ówczesny podbój
Rzeczypospolitej zapoczątkowany unią w Krewie, a wzmocniony aktem unii
lubelskiej, był podbojem dokonującym się siłą atrakcyjności polskich
zasad ustrojowych. Był to kraj, którego zasady postępowania, swoistą
doktrynę polityczną wypracowywali intelektualiści Akademii Krakowskiej,
głównie duchowni, z księdzem Pawłem Włodkowicem na czele, który w
połowie XIV wieku zaproponował tej części świata struktury polityczne
zbudowane na szacunku dla podmiotowości i swoistości zamieszkujących ją
ludów. Było to miejsce, którego najbardziej odpowiedzialni mieszkańcy
zdawali sobie sprawę, że wiara przodków stanowiła nie tylko spuściznę i
tradycję, ale również obowiązek, gdyż katolickość na flankach Europy
tożsama była z wezwaniem do walki ze światem pogańskim oraz
innowiercami, a takie właśnie państwa otaczały Rzeczpospolitą.
Było to jednak również państwo, które w momencie osiągnięcia
wielkości przestało słuchać tych, którzy próbowali odciągnąć jego
przedstawicieli z drogi pychy, która jak wiadomo, kroczy przed upadkiem.
Państwo proroków, których żywot zawsze najtrudniejszy jest we własnej
ojczyźnie. I dlatego też tamta ojczyzna, mimo niesamowitych osiągnięć
została zdradzona i doprowadzona do upadku, głównie przez siły wrogie
nie tylko samej Rzeczypospolitej, ale i Kościołowi, choć – dodajmy dla
porządku – również wewnątrz kleru istniała nieliczna frakcja zdrajców,
która do upadku się przyczyniła.
Oddajmy znów głos nieocenionemu biskupowi Pelczarowi: „Kiedy stan
szlachecki nadużył wolności i skrępował władzę królewską, a niższe
warstwy począł uciskać, kiedy w kraju zapanował bezrząd, rozwielmożniła
się swawola, posuwająca się, zwłaszcza od czasów reformacji, aż do
jawnych rokoszów i do związków z wrogami ojczyzny; tylko religia
leczyła, choć w części, te ciężkie rany, bo ona miała jeszcze
poszanowanie w narodzie, tak że gdy niesforna szlachta rąbała się na
sejmikach, dość było wynieść Najświętszy Sakrament, aby rozbroić
zaciekłych i powalić na kolana. Z ambon też padały nieraz gromy na
występnych, a nawet przepowiednie takiego Skargi, że Polska wadami
swoimi grób sobie wykopie.
Powyższy tekst stanowi fragment książki Krystiana Kratiuka „Jak Kościół katolicki stworzył Polskę i Polaków” wydanej nakładem wydawnictwa Fronda w roku 2022.