„W Sercu Matki”. Wyjątkowe świadectwa kapłanów o ich więziach z Maryją
(Pch24.pl)
Kościół w Polsce stoi dziś przed niezwykłym wyzwaniem.
Znajduje się u progu jeszcze większego kryzysu, którego symptomy są już
aż nadto widoczne. Odpowiedź na nadchodzącą falę laicyzacji i
bezbożności może być tylko jedna – trwanie tych, którzy nie poddadzą się
nowym modom, w pobożności maryjnej i w miłości do duchownych. To bowiem
właśnie pobożność maryjna i szacunek dla kapłanów nadal jakoś
wyróżniają Polaków na duchowej mapie świata. W końcu nie każdy naród
doznał takiego zaszczytu jak Polacy, których Królową Maryja zechciała
sama się nazwać – pisze Krystian Kratiuk we wstępie do książki „W Sercu
Matki”.
Nowa pozycja Wydawnictwa Rosa Mistica, to zapis rozmów jakie
Krystian Kratiuk przeprowadził z sześcioma kapłanami. O swoich związkach
z Maryją w książce opowiadają: ks. Robert Skrzypczak, ks. Grzegorz
Bliźniak, o. Wawrzyniec M. Waszkiewicz, ks. Łukasz Kadziński, ks. Piotr
Buda, o. Jan P. Strumiłowski.
Poniżej – dzięki uprzejmości Wydawnictwa Rosa Mistica – prezentujemy fragment jednej z przeprowadzonych rozmów.
RED. KRYSTIAN KRATIUK
O. DR HAB. JAN STRUMIŁOWSKI OCIST
KS.PIOTR BUDA
SPOTKANIE TRZECIE (fragment rozmowy)
REDAKTOR: Rozważając życie i duchowość kapłanów
wynoszonych do chwały ołtarzy, często podkreśla się pobożność maryjną
ich rodziców. Dwa chyba najczęściej analizowane pod tym kątem obecnie
przykłady to kardynał Stefan Wyszyński oraz papież Jan Paweł II.
Oczywiście nie zawsze musi być tak, że matka kapłana, który ma
szczególne nabożeństwo do Matki Bożej, była odwzorowaniem wszystkich
cnót, albo pobożność maryjną w jakiś szczególny sposób kultywowała. Ale
jest to nierzadkie, prawda? Zwłaszcza u nas, w Polsce.
O.JAN: Zarówno dla matek, jak i dla ojców
stanowi to ogromne wyzwanie i zobowiązanie zarazem: być taką matką,
takim ojcem, aby dziecko mogło ukształtować sobie prawidłowy obraz Ojca i
Matki w niebie. Nie zawsze zdają sobie sprawę, niestety, że to, jakimi
będą rodzicami, nie tylko będzie rzutowało na wychowanie ich pociech,
ale także będzie kształtowało ich wiarę oraz intuicyjne poznanie tego,
kim jest Matka Maryja i Bóg Ojciec. Na pewno, jak Ksiądz tutaj
wspomniał, macierzyństwo jest trudniejsze do okaleczenia. Jednak tego,
co to znaczy macierzyństwo, nie uczymy się z encyklopedii. Nie jest tak,
że poznajemy definicję i kształtujemy sobie na jej podstawie pogląd. Po
prostu mamy matki. A jeśli ktoś nie ma – bo i tak może się zdarzyć –
gdzieś w sercu zawsze jest chyba zapisana mniej lub bardziej
uświadomiona tęsknota za naturalnym porządkiem rzeczy. I ten obraz może
się kształtować. Wielu świętych, którzy stracili matkę w młodości,
rozwinęło szczególne nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny. Ja staram
się zachęcać matki, aby, poszukując wzoru, wpatrywały się w Maryję. Dziś
często obserwujemy w rodzinach dramatyczny brak ojców przy równoczesnej
nadopiekuńczości matek. To bardzo mocno okalecza ich synów. W Maryi
każda z matek może znaleźć wzór podporządkowania się misji Syna,
towarzyszenia Mu i oddania Go nie tylko w chwili, gdy dorośnie i opuści
rodzinny dom. Maryja uczy każdą matkę oddawać dziecko już od początku.
Mówi całym swoim życiem: „Mój Syn jest Synem Bożym, On ma do spełnienia
misję, On ma swoje życie zaplanowane przez Boga. I nawet jeżeli to dla
mnie będzie bolesne, będę Mu towarzyszyła, ale nie stanę Mu na drodze”.
Matka ma bez wątpienia szczególną więź z dzieckiem, nosi je przecież w
swoim łonie, pod swoim sercem. My, mężczyźni, prawdopodobnie nie
jesteśmy w stanie sobie tego wyobrazić. A jednak właśnie matka, mająca
tę imponującą więź z dzieckiem, w pewnym momencie jest wezwana, aby je
oddać. I w bardzo szczególnym, radykalnym wymiarze realizuje się to w
kapłaństwie syna. Nigdy nie zapomnę dnia – było to dla mnie znamienne,
wręcz uderzające – gdy miałem już wyjechać, aby wstąpić do zakonu. Mama
kazała mi uklęknąć i pobłogosławiła mnie, oddając: „Idź, synu, masz
swoją drogę, teraz już nasze zadanie się wypełniło. My jesteśmy przy
tobie, towarzyszymy ci, ale ty musisz iść”. To było trudne dla mnie, a
tym bardziej dla niej, jednak umiała to zrobić. I później, gdy byłem już
w zakonie, nadal miałem doświadczenie mądrego macierzyństwa mojej mamy.
Kiedy któregoś dnia przyjechałem i rozmawiałem z rodzicami, tata
jeszcze próbował coś tam tłumaczyć, poukładać, a mama mu powiedziała:
„Już się skończył nasz czas na wychowanie. Teraz to my będziemy słuchać
swoich dzieci. Jeżeli dobrze je wychowaliśmy, możemy ich słuchać i
powinniśmy”. Było to dla mnie wstrząsające – i widziałem wyraźnie, że
postawa mojej mamy jest echem tego, co zawarte zostało w Ewangelii, w
tych drobnych kroplach, momentach, impresjach o Maryi. Matka
Boga-Człowieka, która wychowuje swojego Syna, jest o Niego zatroskana,
szuka Go, kiedy ma dwanaście lat i się gubi. Ale potem się
podporządkowuje, mówi: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie (J 2,5). Teraz już On jest na pierwszym miejscu.
REDAKTOR: Spotkałem się z taką interpretacją
wspomnianego fragmentu o zaginionym dwunastoletnim Panu Jezusie w
świątyni, która w moim odczuciu dobrze oddaje to, o czym rozmawiamy.
Było to mianowicie kolejne ofiarowanie Jezusa Bogu Ojcu, wejście na
ścieżkę własnego powołania młodego mężczyzny. Oczywiście, dzisiejsi
polscy dwunastolatkowie nie są tacy sami jak ci sprzed dwóch tysięcy lat
w tamtej szerokości geograficznej. Wtedy można już było mówić o
dojrzałym chłopcu, który wchodzi w wiek dorosły. Być może zatem fragment
ten znalazł się w kanonie Biblii dzięki natchnieniu Ducha Świętego,
właśnie po to, żeby matkom powiedzieć, że w pewnym momencie trzeba
dziecko puścić w drogę, na którą je powołał je Bóg.
O.JAN: Zgadza się, Maryja, która szuka Jezusa,
odnajduje Go po trzech dniach i słyszy jakby nutę wyrzutu,
pobrzmiewającą w twardych słowach: Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? (Łk
2,49). I Ona rozważa te trudne słowa w swoim sercu – i przechodzi
szkołę oddawania. Wydaje się, że Jezus w tym momencie uczy swą Matkę
tego, czego będzie musiała dokonać na Golgocie, bo absolutne oddanie
nastąpiło dopiero tam. Wtedy Maryja również pozornie straciła Go na trzy
dni, dopiero trzeciego dnia Chrystus zmartwychwstał. W świątyni
jerozolimskiej Ona uczy się, że oddać kogoś lub coś Bogu to nie znaczy
stracić, ale zyskać zupełnie inaczej. Nie zawsze potrafimy to pojąć.
Wydaje mi się, że matki kapłanów przeżywają bardzo mocno ten właśnie
wymiar macierzyństwa Maryi, bo z jednej strony ponoszą stratę, a z
drugiej zyskują swoje dziecko na zupełnie innym poziomie. Ewangelia
zawiera mądrość Bożą i mądrość ludzką zarazem.
REDAKTOR: Czy to jest ten klucz, w którym
polskie matki wychowywały przez wieki mężczyzn do pobożności maryjnej?
Bo musimy sobie uświadomić, że dzisiaj, w XXI wieku, jesteśmy swoistym
ewenementem na skalę światową. Mamy Wojowników Maryi. Nasi mężczyźni
chcą się modlić na różańcu, a więc modlitwą za wstawiennictwem Matki
Bożej. Mamy w naszej historii rycerzy śpiewających „Bogurodzicę” i
żołnierzy, którzy z ryngrafami z Matką Bożą na piersiach szli i ginęli
za ojczyznę, walcząc przeciwko przedstawicielom bezbożnych systemów. Czy
w dzisiejszych czasach, kiedy wiara jest tak bardzo zagrożona, gdy
ateizm, laicyzm i skrajny indyferentyzm religijny tak się
rozprzestrzeniają, dla polskich matek cały czas podpowiedzią powinna być
właśnie maryjność? Pobożność maryjna i wychowywanie w niej również
chłopców? W świecie, w którym czyha na nich tak wiele zagrożeń
duchowych, intelektualnych, ideowych?
KS.PIOTR: Wspominaliśmy, że obraz ojca
kształtuje nam autorytet boski, matki – nasze odniesienie do
Najświętszej Maryi Panny. Ale mimo wszystko pragnę podkreślić, że to
jednak ojciec ma największy wpływ na religijność dziecka. Nasz stosunek
do Najświętszej Maryi Panny będziemy również czerpać przede wszystkim od
ojca. Z tego, jaki ojciec ma stosunek do matki, do kobiet w szerszym
kontekście. To ojciec kształtuje postawę nie tylko religijną, ale też
społeczną. Buduje zasady, pewną hierarchię, którą później się kierujemy.
W zależności od tego, jaki jest stosunek ojca do matki, taki w dziecku
ukształtuje się stosunek do Najświętszej Maryi Panny. Mało tego: dziecko
widzi, jaki ojciec ma stosunek do Najświętszej Maryi Panny, czy się
modli do Niej i jak. Przykład życia ojca oddziałuje mocniej, niż
przykład życia matki.
O.JAN: Wydaje się, że taka zdrowa maryjność na
gruncie katolickim historycznie została ukształtowana przez mężczyzn. I
dzisiaj jesteśmy świadkami, jak ten mechanizm na naszych oczach się
odradza. Przecież topos rycerski zrodził się z kultu Najświętszej Maryi
Panny. Rycerz ślubował Najświętszej Maryi Panience wierność, dla Niej
walczył, dla Niej się starał, Ona była pierwszą Panią jego serca. I w
dalszej kolejności przekładało się to na odniesienie do kobiet – stąd
powstał etos rycerski w miłości do wybranki, miłości której dowodem
miały być cnoty wierności i męstwa, czystości, szlachetności, prawości.
Patrzący powierzchownie formułują zarzut, że pobożność maryjna wśród
mężczyzn może prowadzić do ich zniewieścienia. Być może dzieje się tak w
pewnych przypadkach, gdy mamy do czynienia z charakterem słabym,
niewłaściwie ukształtowanym w dzieciństwie, ale istotnie prawdziwa
maryjność nie jest wyizolowana. Poznajemy Maryję poprzez Jej relację do
Syna, poprzez relacje naszych ojców do Maryi, a zatem poprzez relację
męskości do kobiecości. Arcybiskup Fulton Sheen powiedział kiedyś, że
poziom mężczyzn – a w konsekwencji poziom naszych społeczeństw – zależy
od tego, jaki będzie poziom kobiet, bo mężczyzna jest dla kobiety. I w
sferze religijnej jest podobnie. Spójrzmy choćby na ruch Wojowników
Maryi, nie wiedzieć czemu w niektórych kręgach krytykowany, proszę
zwrócić uwagę, że to są mężczyźni, którzy bardzo tęsknią za męstwem i
bardzo sobie je cenią ze względu na Maryję. Maryja jest naszą obroną,
Ona jest naszą tarczą i inspiracją, jest Tą, dla której walczymy.
Równocześnie – co dla nas, mężczyzn, jest bardzo ważne – Maryja stanowi
wzór męstwa, ponieważ pokazuje, że cnota ta niekoniecznie musi być
bezpośrednio związana tylko i wyłącznie z dziką agresją. Ona jest
najdelikatniejszą ze wszystkich stworzeń – a jednocześnie swą drobną
stópką miażdży łeb szatanowi, który jest największym przeciwnikiem
człowieka. Potrafi to zrobić. Dzięki Niej my uczymy się prawdziwego
męstwa. Tego, że być męskim to niekoniecznie znaczy uderzyć pięścią w
stół. Być męskim znaczy być mocnym względem tego, co nam zagraża, w
sytuacji kryzysowej zachować spokój, zapanować nad sobą, aby móc panować
nad sytuacją.
REDAKTOR: Jeden z księży mówi często, że ojciec powinien być jak kaloryfer – twardy i ciepły.
KS.PIOTR: O, to bardzo ładne. Twardy i ciepły zarazem.
***
KS.PIOTR: Teraz postępuje kryzys w Kościele
polskim i ewidentnie jest on związany z osłabieniem duchowości maryjnej.
A jednak mimo wszystko w naszym kraju jest ona jeszcze obecna w
rodzinach i formacji seminaryjnej. W tym miejscu muszę dodać jeszcze
jedno. W okresie, gdy ja byłem w seminarium, mocno podkreślano, że z
maryjnością można przesadzić. Zwracano nam uwagę, że wśród ludzi
świeckich występuje zjawisko przejaskrawienia tej pobożności. I dlatego
ją hamowałem, żeby nie przekroczyć pewnej granicy. Nie tak dawno
czytałem na temat pewnego księdza, że jest „maksymalistą
mariologicznym”. W kontekście mojego życia i doświadczenia kapłańskiego,
wiem, że to określenie jest niewłaściwe. Zwłaszcza, że w tekście tym
odnoszono się między innymi do Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny świętego
Ludwika Marii Grignion de Montfort, twierdząc, że to przesada i nie
można dziś takiej duchowości rozwijać. Ja się z tym, oczywiście, nie
zgadzam, ponieważ odkryłem głębię tego, kim jest Najświętsza Maryja
Panna i zrozumiałem, jakie powinno być nasze nabożeństwo do Niej. W
każdym razie, pobożność maryjna w seminarium zza moich czasów była i
temu zawdzięczam pewien rozwój w tym kierunku – aczkolwiek wprowadzano
też pewne hamulce. Teraz obserwuję duże, coraz większe zubożenie w tym
zakresie, niestety.
REDAKTOR: Dziękuję. Ojcze, a jak to przebiegało w formacji cysterskiej?
O.JAN: U nas wszystko wygląda inaczej, bo to jest zakon maryjny. Maryja jest dla nas obecna i niezbędna jak powietrze.
REDAKTOR: Czy z tego właśnie powodu wybrał Ojciec ten zakon?
O.JAN: Nie, to nie był mój wybór, aczkolwiek
okazał się najlepszym, jaki mógł być mi dany. Tak to widzę. Byłem w
seminarium franciszkańskim w Katowicach Panewnikach. Tam się uczyłem,
tam studiowałem. I z tego, co pamiętam, jeżeli chodzi o pobożność
maryjną, tam też była obecna. Jako klerycy odmawialiśmy razem Różaniec i
to było coś oczywistego. Spotykaliśmy się w swoich celach, żeby się
pomodlić wspólnie. To było tak jasne, że nawet nikt tego nie nazywał
pobożnością maryjną. Po prostu modliliśmy się razem z Maryją, przez Jej
wstawiennictwo. Nikt nigdy zarzutu nie wystosował, że ktoś tam za dużo
tajemnic różańcowych odmawia. Natomiast jeżeli chodzi o formację
intelektualną, studium teologiczne, to szczerze mówiąc, nie pamiętam,
żeby mnie w seminarium mariologia zachwyciła. Raczej była
marginalizowana i, niestety, wydaje mi się to zjawiskiem dość częstym.
Raczej nie kładzie się dużego nacisku na mariologię, jest ona traktowana
jako historyczna ciekawostka i nic poza tym. A to jest niesamowicie,
szalenie głęboka duchowość. Teraz to ja wykładam w tym seminarium. Jest
tam dwóch dogmatyków. Mój kolega i współbrat wykłada w pierwszym
semestrze, ja w drugim. Pamiętam jedną bardzo smutną sytuację, o której
muszę tu wspomnieć, chociaż jesteśmy współbraćmi, dogmatykami i często
rozmawiamy bardzo owocnie. To było kilka lat temu, na pierwszym
wykładzie drugiego semestru spytałem kleryków, jaki traktat studiowali w
pierwszym semestrze z moim kolegą. Odpowiedzieli, że mariologię.
Świetnie, i co zapamiętali? Aby nie oddawać przesadnej czci Maryi, jak
to ujęli. Stwierdziłem, że to bardzo interesujący i osobliwy wniosek.
Zapytałem, co to znaczy, bo ja nie rozumiem. Mianowicie, zostałem
poinstruowany, iż trzeba pamiętać, że Maryja nie jest Bogiem i nie
traktować Jej jak Boga. I ja wtedy zadałem pytanie braciom: „A znacie
chociaż jedną osobę, która Maryję traktuje jak Boga? Ale tak zupełnie
szczerze”. Zastanowili się i uczciwie przyznali, że nie. „To kto wam
wkłada taką perspektywę do głów?” – zapytałem. Bo to jest, oczywiście,
perspektywa protestancka, swoisty mit na temat kultu katolickiego, że my
traktujemy Maryję jak Boga. Wprawdzie są obecne te wątki, zwłaszcza
może w pobożności prostej, ludowej: „Kiedy Ojciec zagniewany siecze,
szczęśliwy, kto się do Matki uciecze” – ale chyba każdy wie, jak
rozumieć nawet te pieśni, które nie są „superortodoksyjne”. Każdy wie,
że to jest pewna analogia, że to nie musi oznaczać, że Bóg jest groźny.
Aczkolwiek On może być groźny dla tego, kto jest Jego przeciwnikiem.
Kościół naucza, że Bóg jest miłosierny i sprawiedliwy, a w przymiotach
tych nie ma wewnętrznej sprzeczności. Mówi też, że spodobało się Bogu
objawić swą miłość matczyną względem nas w Maryi i uczynić Ją
Pośredniczką łask, które wysłużył dla nas Jezus Chrystus umierając na
krzyżu. Maryja nie podważa w niczym wyroków boskich, Ona nigdy nie
uczyni nic, co byłoby niezgodne z wolą Jej Syna, ponieważ jest z Nim
całkowicie i doskonale zjednoczona – nie ma zatem mowy o jakimś
„dodatkowym” usprawiedliwieniu, które można byłoby otrzymać od Maryi bez
Chrystusa. W każdym razie, wracając do mojej opowieści, byłem bardzo
mocno rozczarowany i zasmucony, gdy usłyszałem, że tylko tyle
zapamiętali seminarzyści z całego semestru mariologii. Niedobrze się
dzieje…
REDAKTOR: No cóż, tym bardziej cieszymy się, że Ojciec ma czynny udział w formowaniu młodego pokolenia.
O.JAN: Nie jest jednak też tak, że ze względu na
słaby wykład mariologii nasza formacja była zupełnie okaleczona.
Zdarzało się, że braki w tym wykładzie uzupełniali swoją maryjnością
inni profesorowie. Mieliśmy profesora, dziś już świętej pamięci, ojca
Jozafata, który miał duży wpływ na rozwój naszej maryjności. To był
człowiek związany z Radiem Maryja, franciszkanin. Pamiętam taką
sytuację, nawet troszeczkę zabawną… Jego współbrat mianowicie napisał
habilitację na temat teologii religii, a on był recenzentem. Największy
zarzut, jaki padł w jego recenzji odnośnie do tej habilitacji, brzmiał:
„Praca ma pięćset stron i ani razu nie pada w niej imię Niepokalanej. Co
to za teologia?”.
REDAKTOR: Proszę, można i tak. No i tego się trzymajmy.
KS.PIOTR: Imię Jozafat jest rzadkie i sądzę, że
prawdopodobnie mowa o tym samym zakonniku, o którym kiedyś opowiadała mi
znajoma karmelitanka Dzieciątka Jezus. Słuchała jego konferencji i
zapamiętała, jak powiedział, że utrata nabożeństwa do Matki Bożej przez
kapłanów to proces prowadzący do utraty ich kapłaństwa, porzucenia stanu
kapłańskiego.
REDAKTOR: Mocne…
Tekst pochodzi z książki „W Sercu Matki”, Wydawnictwo Rosa Mystica
Liczba stron: 216, Format: 140×200, Oprawa: miękka ze skrzydełkami
WSTĘP
Dzięki uprzejmości fundacji Rosa Mystica miałem przyjemność
przeprowadzić rozmowy z sześcioma pobożnymi polskimi kapłanami.
Zaproponowana tematyka spotkań sprawiła mi ogromną radość –
rozmawialiśmy bowiem o Tej, której zarówno fundacja Rosa Mystica (Róża
Duchowna), jak i kierowany przeze mnie portal PCh24.pl, są szczególnie
oddani – Najświętszej Maryi Pannie. O Matce kapłanów, o Tej, która
wspiera księży w ich powołaniu, a która jest przecież Matką Najwyższego i
Wiecznego Kapłana.
Rozmawialiśmy w specyficznych czasach. Światem i Kościołem
miotają ogromne kryzysy, które Ona sama w licznych objawieniach
przepowiadała, chociażby w Fatimie i Akicie. I to właśnie Matka Boża
dała nam również wskazówki, jak sobie z tymi kryzysami radzić. Jestem
głęboko poruszony tym, że rola Maryi i pobożności maryjnej w naszych
czasach gwałtownie wzrasta, i żywię nadzieję, że duchowość ta będzie
ochoczo wspierana przez biskupów.
Pozostaję również pod wrażeniem treści rozmów z kapłanami
zapisanych w niniejszej książce. To niezwykła publikacja nie tylko ze
względu na poruszony temat, ale jeszcze przynajmniej z dwóch powodów. Po
pierwsze, każdą z rozmów przeprowadzałem nie z jednym, ale z dwoma
kapłanami na raz. Pragnąłem poznać różne punkty widzenia, czasem je
konfrontując, czasem natomiast przysłuchując się, jak świadectwa się
uzupełniały. Po drugie zaś, każdy z kapłanów zaproszonych do tych
spotkań prezentuje nieco inną wrażliwość, inny charyzmat, a z całą
pewnością ma różne doświadczenia kapłańskiego życia.
Niektórzy z nich odprawiają wyłącznie Mszę Świętą w nadzwyczajnej
formie rytu rzymskiego, jest wśród nich jednak także kapłan wywodzący
się z neokatechumenatu, jest mnich, ale i ksiądz-obieżyświat. Są wśród
nich naukowcy, ale także kapłan prowadzący wspólnotę dzieci i dorosłych.
Są ci, którzy Matkę Bożą nosili w sercu od małego dziecka, i tacy,
którzy moc jej wstawiennictwa poznali dopiero w znacznie dojrzalszym
wieku. Są tacy, którzy w swej posłudze kierują się wyłącznie odwołaniem
do Tradycji, ale i tacy, których serca poruszają objawienia ostatnich
lat, niezbadane jeszcze przez Kościół. Bez względu na to jednak, jak ci
kapłani różnią się między sobą, warto zauważyć, że łączy ich wielka
miłość do Chrystusa i Jego Kościoła oraz pokorne uznanie Jego
Najświętszej Matki także za ich własną Matkę. Za Matkę kapłanów.
Kościół w Polsce stoi dziś przed niezwykłym wyzwaniem. Znajduje
się u progu jeszcze większego kryzysu, którego symptomy są już aż nadto
widoczne. Odpowiedź na nadchodzącą falę laicyzacji i bezbożności może
być tylko jedna – trwanie tych, którzy nie poddadzą się nowym modom, w
pobożności maryjnej i w miłości do duchownych. To bowiem właśnie
pobożność maryjna i szacunek dla kapłanów nadal jakoś wyróżniają Polaków
na duchowej mapie świata. W końcu nie każdy naród doznał takiego
zaszczytu jak Polacy, których Królową Maryja zechciała sama się nazwać.
Czy jednak w dobie wielkich kryzysów będziemy potrafili przy Niej
wytrwać? Jedno jest pewne – Ona swych wiernych dzieci nigdy nie opuści.
Te zagadnienia, między innymi, poruszamy w tych dość intymnych
rozmowach, w których księża zdecydowali się więcej niż kiedykolwiek
wcześniej opowiedzieć o sobie i swojej duchowości, powołaniu, drodze
kapłańskiej i miłości do Matki. Szczerze dziękując im za otwartość, i
zaufanie, wyrażam nadzieję, że niniejsza książka stanie się dla
Czytelników źródłem duchowej inspiracji i wzmocni wiarę w nadzwyczajną
rolę Matki Bożej w życiu katolików.
Serdecznie polecam!
Krystian Kratiuk