wtorek, 30 stycznia 2018

Skąd się wziął "Dzień judaizmu"? Skąd pochodzą "starsi bracia"?

DrukujEmail
Wpisał: Dr Paweł Zahradnik   
30.01.2018.

Skąd się wziął "Dzień judaizmu"?

Skąd pochodzą "starsi bracia"?

2018-01-29 http://www.bibula.com/?p=99462


Żeby ułatwić odpowiedź na to pytanie – która zarazem jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego mnożą się dziś z różnych stron, także ze strony izraelskiej, absurdalne oskarżenia Polaków o współudz
iał w Holokauście – publikuję poniżej fragment szkicu czeskiego autora, dr Pavla Zahradnika o genezie dziwacznego zjawiska traktowania żydów jako „starszych braci w wierze”.
Dokąd nie zrozumiemy, jako ludzie wierzący w Chrystusa, że jest kompletnym nieporozumieniem mówienie o religijnym „dialogu z judaizmem”, zamiast nawracania żydów, dotąd będziemy także – jako państwo – brnąć w niekończące się spory polityczne (dla niepoznaki zwane historycznymi) z państwami (nie chodzi tylko o Izrael), które jako swój cel uznają wyłącznie doczesność i materialny sukces. I dlatego osiągnięcie hegemonii, polityczne i gospodarcze podporządkowanie sobie innych państw traktują jako swój obowiązek, swój modus vivendi . W tej konkurencji niestety najgenialniejsza nawet strategia polityczna nie zdaje egzaminu.
Faktyczne współistnienie międzynarodowe oparte może być tylko i wyłącznie na uznaniu prawdy filozoficznej i religijnej. Nie ma dwóch prawd. Tak jak nie ma dwóch Bogów. Jest tylko jeden Bóg – Trójca Święta.
Dla narodu żydowskiego jest tylko jedna droga – nawrócenie. Postulat „jednoczenia się ludzkości” wokół idei  „światowego pokoju”, „miłości do człowieka” jest bzdurą i oszustwem. Tym groźniejszym, że angażuję się weń ludzie Kościoła. Wielu żydów współczesnych bardzo dobrze ten absurd rozumie. Najwyższa pora, by pojęli to obecni hierarchowie Kościoła katolickiego, zwłaszcza w naszym kraju. I w ten sposób pomogli społeczeństwu polskiemu i jego politycznym władzom toczyć dziś bój o prawdę. O pamięć o naszych bohaterskich przodkach i o honor naszej ojczyzny. Prawda historyczna nie istnieje bez prawdy religijnej.
[Ewa Polak-Pałkiewicz]

Skąd się wzięli «starsi bracia»?

Dr Pavel Zahradnik:
„Wśród wielu popularnych frazesów przedziwnej formacji religijnej, którą nazywamy «katolicyzmem posoborowym», ważne miejsce zajmuje ten, który współczesnych wyznawców judaizmu talmudycznego określa «starszymi (?!) braćmi» chrześcijan.
Nie chcemy tu polemi­zować z dziwacznym konceptem, który ewidentnie talmudyczny judaizm [to wyznanie bez świątyni, bez kapłanów i bez ofiary, powstałe — tak samo jak islam — w reakcji na chrześcijaństwo], zamie­nia miejscami ze staroza­konnym żydostwem; jego nonsensowność jest oczywi­sta dla każdego katolika.
Możemy tylko pokrótce odwołać się do trafnych słów szwajcarskiego teolo­ga Karola Journeta, wybit­nego dwudziestowiecznego tomisty, później mianowa­nego kardynałem, który pisał: „Żydowski błąd jest pomyłką łodygi, która w chwili, gdy zakwitnie, nie poznaje samej siebie, skon­sternowana odrzuca kwiat i zwraca się ku korzeniom. Oto powstaje nowa formacja reli­gijna. Jest nią obecne żydo­stwo. Ma dwa tysiące lat”‘. 1Journet dodaje dalej, że judaizm wraz z islamem to dwaj skłóceni bracia, nawzajem do siebie podobni, którzy „wza­jemnie głoszą Bożą transcen­dencję, wykluczając Trójcę i Wcielenie” i którzy „Bożemu objawieniu o duchowym zbawieniu świata stawiają na drodze doczesne losy wła­snego narodu”2.
Spróbujmy teraz prześle­dzić powstanie inkrymino­wanego powiedzenia. Pierw­szym człowiekiem, który w czasach nam współcze­snych wypowiedział się o talmudycznych żydach jako o „starszych braciach” chrześcijan, był Jan Paweł II. Stało się to 13 kwietnia 1986 r. podczas papieskiej wizyty w synagodze rzym­skiej, w której papieża przy­jął ówczesny naczelny rabin Rzymu Eliasz Toaff. Dosłow­na wypowiedź papieża brzmiała: „Siete i nostri fra­telli prediletti e, in un certo modo, si potrebbe dire, i nostri fratelli maggiori“3,zatem: „Jesteście naszymi szczególnie umiłowanymi brać­mi i w pewnym sensie, jeśli można tak powiedzieć, naszy­mi starszymi braćmi”. Bliższe­go uzasadnienia tego zaskaku­jącego sformułowania, które możemy eufemistycznie nazwać niefortunnym, już w papieskim przemówieniu nie znajdujemy.
Przyjrzyjmy się wszakże bli­żej papieskim słowom. Wiado­mo, że sposób mówienia Jana Pawła II często obfitował w nie­jednoznaczności i że odległa mu była scholastyczna klarow­ność; w swej niepewności papież opatrywał potem często własne słowa cudzysłowami czy nawet jakimiś usprawiedli­wiającymi „słownymi podpór­kami”, którymi osłabiał czy wręcz kwestionował pewne stwierdzenia w tym samym momencie, w którym je wypo­wiadał.
O wyjątkowo wysokim stopniu niepewności, którą papież czuł, gdy wygłaszał sen­tencję o „starszych braciach”, świadczy to, że stosunkowo krótkie zdanie opatrzył zaraz dwiema swoistymi podpórka­mi, mianowicie wyrażeniami „in un certo modo” (`w pewnym sensie’) oraz „si potrebbe dire” (jeśli można tak powiedzieć; że tak powiem’); jego niepewność była ewidentnie tak wielka, że niebezpiecznie zbliżała się do przekonania, iż dopuszcza się czegoś niewłaściwego.
Wszak­że nie oparł się pokusie i coś go skłoniło do tego [czerwień – MD] , że osta­tecznie zdanie o „starszych bra­ciach” rzeczywiście wypowie­dział — trudno orzec, czy było to jego znane upodobanie do szokujących wystąpień, czy też inne, raczej polityczne powody; nie sposób przy tym nie zauwa­żyć, że sentencja ta jest cał­kiem zgodna z o wiele szerszą „posoborową” praktyką, która zuchwale ignoruje tradycyjne nauczanie Kościoła o stosunku chrześcijaństwa do żydostwa.
Wypowiedź papieża natural­nie wzbudziła niezwykły entu­zjazm wszystkich wrogów reli­gii katolickiej, którzy aż do dziś dnia nieustannie tłuką nią zawstydzonych katolików po głowach. Sam papież, pobudzo­ny aplauzem mediów, pozbył się początkowego zażenowania i gdy później wprost nawiązy­wał do własnej wypowiedzi, czynił to już w przerobionej postaci, zatem bez tych uspra­wiedliwiających słówek, który­mi przedtem ją opatrzył. Pod­czas wizyty w Ziemi Świętej w marcu 2000 r. (tak, chodzi o tę słynną wizytę w Jerozoli­mie, gdy Jan Paweł II z drże­niem wtykał kartki w szczeliny ściany świątyni Heroda…), podczas spotkania z naczelnym rabinem Izraela, które odbyło się 23 marca 2000 r., już niezu­pełnie w zgodzie z prawdą stwierdził, że wówczas, do żydów zgromadzonych w rzym­skiej synagodze, powiedział jednoznacznie: „Siete i nostri fratelli maggiori“4.
Skąd jednak Jan Paweł II wziął to wyrażenie? Starali się to od pierwszej chwili ustalić komentatorzy papieskiego wystąpienia w rzymskiej syna­godze; poprawnie przy tym przeczuwali, że istniało nie­wielkie prawdopodobieństwo, by to sformułowanie pochodzi­ło od jakiegoś ortodoksyjnego teologa katolickiego, dlatego szukali w źródłach niekatolic­kich. Początkowo wyrażano opinię, że praprzyczyny należy szukać u żydowskiego filozofa Marcina Bubera, który w Chry­stusie widział swego „wielkie­go brata”5. Jest jednak oczywi­ste, że w tym przypadku cho­dziło tylko o powierzchowne skojarzenie wywołane słowem „brat” — od Chrystusa jako „wielkiego brata” żydowskiego myśliciela do talmudycznego żyda jako „starszego brata” katolicyzmu wiedzie doprawdy bardzo daleka droga.
Dopiero młoda polska histo­ryczka literatury Agnieszka Zielińska6 zwróciła uwagę na rzeczywiste źródło, z którego czerpał Jan Paweł II — miano­wicie na heterodoksyjne nurty w polskim romantyzmie, z któ­rym przyszły papież zapoznał się bliżej w młodości jako stu­dent polonistyki w Krakowie. „Starszego brata Izraela” spo­tykamy u Adama Mickiewicza w jego Składzie zasad z roku 1848, piętnasto-punktowym programie, którym miała kie­rować się najpierw Mickiewi­czowska legia włoska, ale póź­niej także życie w oswobodzo­nej Polsce. W punkcie dziesią­tym czytamy: „Izraelowi, bratu starszemu, uszanowanie, bra­terstwo i pomoc na drodze ku jego dobru wiecznemu i docze­snemu”. Mickiewicz nie był jed­nakże inicjatorem tego zwrotu — przejął go bowiem od swego „Mistrza” i duchowego wodza, Andrzeja Towiańskiego.
Andrzej Towiański (1799 -­ 1878)7 był postacią dosyć zagadkową, o której do dziś panują rozmaite opinie — nie­którzy uznają go za wizjonera, inni za oszusta, a są też tacy, którzy uważają, że pozostawał na usługach polityki rosyjskiej, starając się spowodować ide­owy rozkład polskiej emigracji.
Bezsporne jest jednak to, że chodzi o postać, która miała znaczny wpływ na duchową historię emigracji polskiej po nieudanym powstaniu listopa­dowym roku 1831. Drobny szlachcic z Litwy, poddany cara rosyjskiego, opuścił swoją ojczyznę w 1840 r., a w lipcu 1841 r. osiadł w Paryżu, cen­trum polskiej emigracji, gdzie głosił, że otrzymał specjalne objawienie.Bardzo szybko sku­pił wokół siebie krąg zwolenni­ków; pomogła mu w tym zapewne okoliczność, że od samego początku wśród jego stronników znalazł się także powszechnie szanowany Adam Mickiewicz, którego małżonkę Towiański rzekomo uzdrowił ze sporadycznych zaburzeń psychicznych.
„Koło”, jak nazywała się gru­pa czcicieli Towiańskiego, mia­ło wszelkie zewnętrzne oznaki sekty - były tu histeryczne kobiety, ale też nie mniej histe­ryczni mężczyźni (w okresie romantyzmu nie było to niczym niezwykłym), nie brakowało całowania stóp „Mistrza”, „sióstr” donoszących na „braci” czy nawet pewnego elementu erotycznego, jaki do zgroma­dzenia wniosła młoda i powab­na Ksawera Deybel, „księżnicz­ka Nowego Jeruzalem”, którą „Mistrz” przywiózł sobie z domu. Najbardziej egzaltowa­ni spośród zwolenników Towiańskiego prowadzili cał­kiem poważnie dyskusje na temat, czy „Mistrz” jest Duchem Świętym, Chrystusem Pocieszycielem, drugim wciele­niem Słowa czy też raczej jakimś sakramentem.
Nauczanie Towiańskiego, które pozostawało pod wpły­wem Swedenborga, Saint­-Martina oraz innych współcze­snych mu pseudo-mistyków i teozofów, najwyraźniej wywo­dziło się w znacznej mierze z Kabały. Świat był według nie­go przeniknięty eonami, ducha­mi pośredniczącymi między Bogiem a stworzeniem; czło­wiek winien więc doskonalić się przy pomocy duchów jasnych i w stałej walce z duchami ciemnymi, z który­mi mógł się kontaktować według własnej woli. Bóstwu Chrystusa „Mistrz” ewidentnie zaprzeczał - Chrystus był dla niego jakimś „najwyższym Bożym urzędnikiem” czy „naj­wyższym ministrem” - tym samym więc nie wierzył bynaj­mniej w Jego zmartwychwsta­nie.
W nauce Towiańskiego nie brak nawet wędrówki dusz. Nic zatem dziwnego, że wielki przeciwnik towianizmu, ks. Piotr Semenenko, uważał ten system za „kompletne zaprze­czenie” chrześcijaństwa. Nauka Towiańskiego nie jest jednak całkiem jednoznaczna; „Mistrz” nieraz wygłaszał wzajemnie sprzeczne poglądy, ponadto z biegiem czasu zmienił swoje nauczanie, a jego ezoteryczną część powierzał tylko wybra­nym studentom.
Towiański twierdził sam o sobie, że jego misją jest odno­wienie Kościoła chrześcijań­skiego, bo Kościół współczesny jest tylko „martwym drzewem” czy „grobem pobielanym”; natomiast on sam jest pierw­szym z siedmiu wysłanników, którzy zainaugurują siedem epok rozwoju ludzkości. Kiedy indziej jednak, jak się zdaje, za pierwszego wysłannika uważał Chrystusa, za drugiego ­Napoleona (pierwszy cesarz Francuzów w ogóle był przez członków „Koła” otoczony nad­zwyczajnym kultem religij­nym), a siebie — aż za trzecie­go. Podobnie jak średniowiecz­ni joachimici, także Towiański głosił nadejście „trzeciego pię­tra Kościoła”, które nastąpi po piętrze pierwszym (żydostwie starozakonnym) i drugim (chrześcijaństwie); miała je zapoczątkować nowa rewolucja chrześcijańska, na czele której powinni stać papież i naczelny rabin.
Do tych reform próbował Towiański zjednać papieża Grzegorza XVI, ale też barona Rothschilda czy cara Mikoła­ja I. Z usiłowań o zjednanie po swojej stronie papiestwa nie zrezygnował zresztą aż do śmierci; w tym też celu stop­niowo łagodził (przynajmniej pozornie) niektóre szczególnie ekscentryczne strony swego nauczania. Naturalnie jego sta­rania zakończyły się niepowo­dzeniem i książki Towiańskie­go znalazły się na indeksie (znaczna część z nich została jednak wydana dopiero po jego śmierci). Wielkie zasługi dla umysłowego pokonania heterodoksyjnego nauczania Towiańskiego — pod którego wpływ tak łatwo dostawali się nieszczęśni polscy emigranci, pozbawieni odpowiedniej edu­kacji religijnej — mieli człon­kowie nowo powstałego wów­czas polskiego zakonu zmar­twychwstańców, na czele ze swym długoletnim przełożo­nym generalnym ks. Piotrem Semenenką.
Zmartwychwstańcy obawiali się, że w osobie Towiańskiego wystąpił „nowy Luter”, nieba­wem okazało się jednak, że przeceniali zagrożenie — pod­czas gdy Luter odwiódł od Chrystusa i Jego Kościoła miliony wierzących, sekta Towiańskiego liczyła swoich wiernych tylko na setki, a po śmierci założyciela stopniowo zanikła.
Gdyby nie zdarzyło się, że do zwolenników „Mistrza” należeli przez jakiś czas także dwaj najwięksi poeci polskiego romantyzmu, Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki (obaj jednak ostatecznie roze­szli się z Towiańskim), dziś o Towiańskim nawet w Polsce wiedziałaby tylko garstka spe­cjalistów. Indywidualnych sym­patyków Towiańskiego nie brak jednak także w dzisiej­szych czasach. Należy do nich również wspomniana Agniesz­ka Zielińska, która jest wielką wielbicielką nie tylko Towiań­skiego, ale także II Soboru Watykańskiego i Jana Pawła II, samego Towiańskiego zaś uwa­ża za prekursora soboru (ewo­lucjonistyczne elementy w jego nauczaniu mogą zresztą przy­pominać Teilharda de Chardin) i szuka tajemniczych paralel między jego życiem a życiem polskiego papieża…
Jaki był stosunek Towiań­skiego do żydostwa? Towiań­ski uznawał trzy wielkie naro­dy Bożego ludu, wypełniające stopniowo zadania, które zosta­ły im powierzone. Pierwszym z tych narodów byli Żydzi, dru­gim Francuzi, a trzecim Polacy, tzn. Słowdianie (w swoim Wiel­kim Periodzie Towiański uży­wał sformułowań „Izrael Żyd”, „Izrael Francuz” i „Izrael Sło­wianin”), którzy mieli odgry­wać wiodącą rolę w owym „trzecim piętrze Kościoła”, naprawiając nieustannie poprzednie dwa piętra. Żydom jako „starszym braciom”, „duchowo najstarszym wie­kiem”, których zadaniem było „prowadzenie młodszych braci na Bożej drodze”, poświęcał wszakże Towiański coraz wię­cej uwagi: starał się nawracać ich na chrześcijaństwo i, oczy­wiście, również na towianizm.
Pierwszym Żydem, którego udało mu się pozyskać, był Gerson Ram, syn żydowskiego kupca z Litwy, który potem działał misyjnie wśród innych Żydów; Rama posyłał też Towiański jako swego wysłan­nika do Rothschilda, ale i do Grzegorza XVI. Jeśli jednak przyjrzymy się bliżej termino­logii Towiańskiego, jego sło­wom o „braterstwie Izraela z młodszymi braćmi”, „człowie­ku późniejszym”, „nowych narodach”, a także innym podobnym wypowiedziom, oka­że się, że terminu „starsi bra­cia” nie odnosił Towiański do religii judaistycznej, a raczej do narodu żydowskiego, zatem do narodu, który naprawdę jest starszy niż Francuzi, Polacy czy inne narody chrześcijań­skie. Towiańskiego pojmowa­nie Żydów jako „starszych bra­ci” Francuzów czy Polaków nie powinno zatem być, jak się wydaje, wrogie dla katolickie­go chrześcijanina; wszelako absolutnie wrogie pozostaje znamiennie bulwersujące poj­mowanie tego zwrotu, z któ­rym spotykamy się w obecnych czasach, począwszy od 13 kwietnia 1986 r.
Zapoznanie się z dziełem Andrzeja Towiańskiego daje nam zatem możliwość stwier­dzić, z jak mętnego źródła zaczerpnął Jan Paweł II swoją sentencję, wypowiedzianą po raz pierwszy w obecności naczelnego rabina Rzymu i potem kilkakrotnie powtórzo­ną. Pozostańmy jednak jeszcze przez chwilę przy tej papieskiej wizycie w synagodze rzymskiej i spróbujmy odgadnąć sens całej tej akcji, rzeczywiście sta­rannie zorganizowanej i od tej pory wielokrotnie przypomina­nej i medialnie opiewanej.
Chy­ba nie pomylimy się, wyrażając domniemanie, że przynajmniej jednym z celów, do których dążyli organizatorzy tej papieskiej drogi do Canossy, była próba stłumienia wspomnień katolików o innym papieżu i o innym naczelnym rabinie Rzymu.
Było to ponad 40 lat przed niefortunnym wydarze­niem z kwietnia 1986 r. ­w październiku 1944 r., w świę­to Jom Kippur, kiedy naczelne­mu rabinowi Rzymu, Izraelowi Zollemu, również w synagodze rzymskiej objawił się Jezus Chrystus; rabin Zolli przyjął chrzest 13 lutego 1945 r., przy czym jako wyraz wdzięczności za to, co papież Pius XII zdzia­łał dla ludności żydowskiej w latach II wojny światowej, przyjął chrzestne imię Euge­niusz, a więc chrzestne imię Piusa XII8.
Rabina Zollego już od wielu lat wiązała z Piusem XII przyjaźń, która po chrzcie rabina zyskała jeszcze na sile; obu ich od tej pory łączył już nie tylko subtelny zmysł sztu­ki, podziw dla poezji Rilkego czy Wagnerowskiego Parsifala, ale wpierwszym rzędzie wspól­na wiara. Nawrócenie rabina spotkało się oczywiście z ogromną niechęcią czoło­wych przedstawicieli judaizmu włoskiego i światowego. Zapewne jednym z powodów ogólnoświatowej kampanii roz­pętanej o wiele później prze­ciwko osobie Piusa XII był wpływ papieża na konwersję Zollego. (…)”
Dr Paweł Zahradnik (Skąd się wzięli „starsi bracia?”)

Dr Paweł Zahradnik stale współpra­cuje z czeskim pismem tradycyjnych katolików „Te Deum”.
Z języka czeskie­go przełożyła Krystyna Grań.
PRZYPISY
1 K. Journet, Promluvy o milosti („Rozmowy o łasce”). Krystal OP, Pra­ga 2006, s. 98.
2 Ibid., s. 99. Całkiem na margine­sie zauważmy, że czeski przekład tej książki był opatrzony przedmową Tomasza Machuli; zaskoczony czytel­nik dowiaduje się z niej, że praca Journeta, z której „problematyczne­go” wydania Machula się usprawiedli­wia, ma niewiele do powiedzenia „współczesnemu czytelnikowi” i zasłu­guje na odrzucenie ewentualnie wyśmianie (patrz: krytyka Machuli żartująca z „przesadnego” ujęcia tytu­łu maryjnego „Pośredniczka wszel­kich łask”); pozostaje w takim razie absolutną zagadką, dlaczego w ogóle wydawnictwo Krystal OP książkę tę wydało.
3 http://www.nostreradici.it/papa_sinagoga. Htm
5 Marcin Buber, Werke, t. I. Mona­chium — Heidelberg 1962, s. 657.
6 http://generationjp2.com/pol/modules/smartsection/item.php?ite­mid= 140 (Agnieszka Zielińska, „Star­si bracia” Towiańskiego).
7 Teksty Towiańskiego w trzech tomach wydali w 1882 r. w Turynie jego wielbiciele; łatwiej dostępne są dwa wybory jego tekstów, które na początku lat dwudziestych XX w. opracowali Andrzej Boleski i Stani­sław Pigoń. Przez długi czas jego dziełu poświęcał się prof. Stanisław Pigoń, który był nauczycielem akade­mickim młodego Karola Wojtyły.
8 W języku czeskim mamy do dys­pozycji biografię E. Zollego: Judyta Cabaud, Rabin, kterśho piśmohl Kri­stus. Pilbśh Eugenia Zolli, hlavniho ilmskśho rabina za druhś svśtoyś va.1- ky (Rabin, którego pokonał Chrystus. Opowieść Eugenia Zollego, głównego rabina Rzymu podczas drugiej wojny światowej”), Wydawnictwo Paulinka, Praga 2003. Autobiografia Zollego Before the Dawn w języku czeskim nie została jeszcze wydana (w języku pol­skim książka E. Zollego została wyda­na dwukrotnie: Przed świtem. Naczel­ny Rabin Rzymu: dlaczego zostałem katolikiem?, Fronda, 1999; Byłem rabinem Rzymu, Salwator, 2007 ­przyp. tł. i red. ZAWSZE WIERNI.
Za: „Zawsze wierni” 12/2009 (127)

piątek, 26 stycznia 2018

Kościół i islam: dialog czy anty-miłosierdzie?

Kościół i islam: dialog czy anty-miłosierdzie?


Strona główna   >   Opinie

Kościół i islam: dialog czy anty-miłosierdzie?
Fot. Lukasz Dejnarowicz / FORUM

Tak, to wydarzy się znowu. Już po raz osiemnasty polscy katolicy zostaną zaproszeni do wzięcia udziału w obchodach Dnia Islamu w Kościele. Odbędzie się on tym razem w piątek 26 stycznia, pod tyleż w naszych warunkach zagadkowym, co niepokojącym hasłem: „Chrześcijanie i muzułmanie: troska o wspólny dom”.

„Jest to bodaj najistotniejsza zmiana, do jakiej doszło w systemie katolickim od Soboru Watykańskiego II. Tu bowiem jak w soczewce skupiły się wszystkie motywy leżące u podstaw dążenia do gruntownych przeobrażeń. A chodzi w nich o to, aby wszystko, co dla religii ważne, wyzuć z istoty (czy też, jak kto woli, doprowadzić do zmiany natury tych rzeczy”) – czytając te zdania wyrwane z kontekstu, nie wiedząc, że zostały napisane trzy dekady temu, moglibyśmy dłuższą chwilę zgadywać, czego dotyczą. Liturgia? Spowiedź? Sakrament małżeństwa? Właściwie każda z tych fundamentalnych dla Kościoła kwestii dzisiaj pasowałaby do powyższej diagnozy Romana Amerio, zawartej w dziele „Iota Unum. Analiza zmian w Kościele katolickim”.

A jednak autor pisał o ekumenizmie, który – obok kwestii imigrantów, globalnego ocieplenia i ochrony środowiska – zdaje się być dla Stolicy Apostolskiej jednym z najpilniejszych teraźniejszych wyzwań. Zarówno stosunek Kościoła do protestantyzmu czy prawosławia, jak i (w rozszerzonej formule) do wyznań niechrześcijańskich, w ostatnim półwieczu uległ radykalnej modyfikacji. Jakie owoce przynoszą kolejne wspólne inicjatywy podejmowane przez katolików, zwłaszcza duchownych, z luteranami, wiernymi cerkwii, żydami, wreszcie muzułmanami? Czy zapoczątkowane deklaracją Nostra Aetate „nowe otwarcie” przyczynia się do przyciągnięcia większej liczby dusz do Kościoła – jedynej pewnej drogi do zbawienia? Mamy wszak „głosić Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16, 15).

Wypatrując dobrych owoców dialogu międzyreligijnego z islamem nie będzie od rzeczy przypomnieć sobie, jak Kościół katolicki określał swój stosunek do innych wyznań zanim nastąpiła opisywana przez Amerio post-soborowa rewolucja, mająca za cel zmodyfikowanie – drobnymi krokami – wszystkiego, co istotne w Kościele katolickim. Warto też przypomnieć sobie, czym w istocie jest wyznanie, do dialogu z którym zachęcają nas księża biskupi, honorujący islam specjalnym dniem w kalendarzu polskiego Kościoła.

Posoborowa zmiana
„Kościół katolicki posiada pełnię Chrystusa i nie potrzebuje dopełniać jej poprzez przyswajanie sobie jakichkolwiek elementów pochodzących z innych wyznań” – głosi Instrukcja w sprawie ruchu ekumenicznego, wydana przez Święte Oficjum w grudniu 1949 roku. „Nie należy dążyć do jedności na zasadzie stopniowego upodabniania poszczególnych wyznań bądź na zasadzie dostosowywania dogmatów katolickich do nauczania innych wyznań” – czytamy dalej. „Prawdziwa jedność Kościołów możliwa jest nie inaczej niż poprzez powrót braci odłączonych na łono prawdziwego Bożego Kościoła” – napisał urząd będący w strukturze Stolicy Apostolskiej poprzednikiem Kongregacji Nauki Wiary.

Gdy szukamy śladów tradycyjnej nauki Kościoła o islamie, na rodzimym gruncie sięgnąć warto do słów świętego biskupa Józefa Sebastiana Pelczara. Na kartach „Obrony religii katolickiej” (wyd. Prohibita 2016 na podstawie edycji z 1920 roku) postawił on islam na najniższym szczeblu pośród wyznań monoteistycznych. Autor tak pisał o jego genezie i o samym Mahomecie: „Wmówiwszy sobie i innym powołanie prorocze i częste rozmowy z archaniołem Gabrielem, postanowił na tle monoteizmu, czyli wiary w jednego Boga, religię Arabów, hołdującą bałwochwalstwu, pogodzić z mozaizmem i z religią chrześcijańską, którą poznał z nieczystych źródeł, bo z opowiadań sekciarzy; i rzeczywiście utworzył potworną mieszaninę, mającą za podstawę rzekome objawienia Boże, później spisane w świętej księdze Al-Koran”.

Omawiając założenia tego wyznania, święty biskup stwierdził: „Oceniając islam krytycznie, dochodzimy do tego przekonania, że nie jest on religią we właściwym tego słowa znaczeniu, ale raczej suchym i jałowym deizmem. Brak mu bowiem osobnego kapłaństwa (tzw. imami nie tworzą kasty kapłańskiej), brak najwyższej powagi nauczycielskiej, brak ofiar i publicznej służby bożej, prócz wspólnej modlitwy i czytania Koranu”.

Tymczasem deklaracja soborowa Nostra Aetate z 28 października 1965 roku pisze o religiach, także niechrześcijańskich w ten sposób: „(…) nierzadko jednak odbijają promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi” – czytamy w paragrafie 2 dokumentu. Wprawdzie tuż potem znajduje się wezwanie do chrześcijańskiego świadectwa („[Kościół] Głosi zaś i obowiązany jest głosić bez przerwy Chrystusa, który jest Drogą, Prawdą i Życiem (J 14,6), w którym ludzie znajdują pełnię życia religijnego i w którym Bóg wszystko z sobą pojednał”), jednak już w punkcie następnym następuje prawdziwa apologia islamu. Warto tu przytoczyć jej obszerny fragment:

„Kościół spogląda z szacunkiem również na mahometan, oddających cześć jedynemu Bogu, żywemu i samoistnemu, miłosiernemu i wszechmocnemu, Stwórcy nieba i ziemi, Temu, który przemówił do ludzi; Jego nawet zakrytym postanowieniom całym sercem usiłują się podporządkować, tak jak podporządkował się Bogu Abraham, do którego wiara islamu chętnie nawiązuje. Jezusowi, którego nie uznają wprawdzie za Boga, oddają cześć jako prorokowi i czczą dziewiczą Jego Matkę Maryję, a nieraz pobożnie Ją nawet wzywają. Ponadto oczekują dnia sądu, w którym Bóg będzie wymierzał sprawiedliwość wszystkim ludziom wskrzeszonym z martwych. Z tego powodu cenią życie moralne i oddają Bogu cześć głównie przez modlitwę, jałmużny i post.

Jeżeli więc w ciągu wieków wiele powstawało sporów i wrogości między chrześcijanami i mahometanami, święty Sobór wzywa wszystkich, aby wymazując z pamięci przeszłość szczerze pracowali nad zrozumieniem wzajemnym i w interesie całej ludzkości wspólnie strzegli i rozwijali sprawiedliwość społeczną, dobra moralne oraz pokój i wolność” – czytamy w paragrafie 3.

„Najbardziej skorzystał z deklaracji Nostra Aetate nie judaizm, lecz islam, który po raz pierwszy stał się przedmiotem rozważań łączących go z chrześcijaństwem” – ocenił prof. Roberto de Mattei w książce „Sobór Watykański II, historia dotąd nieopowiedziana”.

To właśnie Nostra Aetate leży u podstaw zmiany stosunku Kościoła do fałszywej religii mahometańskiej. Na ten dokument powołał się też rzecznik Konferencji Episkopatu Polski, gdy przed dwoma laty spytaliśmy go o potrzebę organizacji Dnia Islamu, zwłaszcza w kontekście narastających prześladowań wyznawców Chrystusa przez wyznawców Allacha. Od tego czasu wzrosła jeszcze – drastycznie – liczba chrześcijańskich ofiar „dialogu” prowadzonego na wzór Mahometa, a Watykan wciąż nawołuje do przyjmowania na Stary Kontynent muzułmańskich rzesz. Rzec można – Dzień Islamu trwa przez cały rok…

Jednostronny dialog?
– Istniejący od kilkudziesięciu lat dialog międzyreligijny (…) został wyraźnie zerwany przez stronę islamską – powiedział ks. prof. Paweł Bortkiewicz, wybitny teolog-moralista w referacie pt. „Specyfika etyki islamskiej” (czerwiec 2017 roku, Sejm RP). – Dialog ten miał swoją dramaturgię, która zaczęła się od deklaracji soborowej Nostra Aetate.

Ksiądz profesor przypomniał w tym miejscu o licznych wypowiedziach i gestach papieża Jana Pawła II „wskazujących na pewną próbę odnajdywania elementów wspólnych, zbliżających nasze religie”. Ten sam zwierzchnik Kościoła jednak w książce-wywiadzie „Przekroczyć próg nadziei” wskazał na dokonującą się w islamie wyraźną redukcję Bożego objawienia.

Ogromne różnice pomiędzy chrześcijaństwem i islamem – tak w sferze teologicznej, jak i antropologicznej – wypunktował w swym słynnym ratyzbońskim wykładzie Ojciec Święty Benedykt XVI (wrzesień 2006). Jeden z głównych autorów Nostra Aetate mówił wówczas między innymi o tym, że muzułmanie wierzą w boga istniejącego poza rozumem: „Mógłby on nakazać nam wierzyć w kłamstwa, zaprzeczać sam sobie. Nie jest związany nawet swoim własnym słowem i nic nie byłoby w stanie zmusi go do objawienia nam prawdy”.

– W obu tych przypadkach etyka nakazuje postępowanie zgodne z wolą Bożą. Nakazuje dostosowanie się człowieka do planów Boga. Z tym, że te plany (…) są, oczywiście w obu tych religiach radykalnie różne. Bóg chrześcijan jest racjonalny (…) – podkreślał ks. profesor Bortkiewicz podczas sejmowej konferencji. – Koncepcja chrześcijańska nie dopuszcza wewnętrznych sprzeczności w Bogu. Nie dopuszcza też sprzeczności w działaniu człowieka, który rzeczywiście, w sposób konsekwentny pragnie realizować wolę Bożą.

W islamie nie mamy już więc do czynienia z racjonalizmem, lecz woluntaryzmem, opartym na irracjonalnej, wewnętrznie sprzecznej woli boga.

– Te koncepcje są radykalnie opozycyjne – podsumował prelegent. Wspomniał on także o wpisanych w etykę islamu strategiach okłamywania „niewiernych”, nazywanych takija i ketman.

Gdzie tu więc pole do dialogu? W jednym ze swych porywających kazań ojciec Augustyn Pelanowski OSPPE przywołuje w kontekście islamskiej inwazji na Europę słowa świętego Pawła: „Nie wprzęgajcie się z niewierzącymi w jedno jarzmo. Cóż bowiem na wspólnego sprawiedliwość z niesprawiedliwością? Albo cóż ma wspólnego światło z ciemnością? Albo jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem lub wierzącego z niewiernym? Co wreszcie łączy świątynię Boga z bożkami? Bo my jesteśmy świątynią Boga żywego – według tego, co mówi Bóg” (2 Kor 6 14-16).

Im bardziej jednak doszukujemy się stycznych punktów mających łączyć nasze wyznania, tym wyraźniej znika z pola widzenia w epoce posoborowej Chrystusowe wezwanie do misji pośród niewierzących. Znajduje to wyraz po Vaticanum II w wielu dokumentach i wystąpieniach katolickich duchownych. Dzisiaj nawracanie nawet w języku Kościoła zyskuje często pejoratywny wydźwięk, kryjący się za pojęciem prozelityzmu.

Dialog czy anty-miłosierdzie?
Ksiądz biskup Atanazy Schneider, zapytany o powody, dla których – biorąc pod uwagę postępującą islamizację Europy Zachodniej – Kościół nie robi zbyt wiele dla nawracania muzułmanów, stwierdził:

– Myślę, że jest to konsekwencja trwającego w Kościele już od 50 lat relatywizmu, odnoszącego się do pierwszego Przykazania: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”, czyli przed Trójcą Świętą.

Niemiecki hierarcha w wystąpieniu skierowanym do uczestników ubiegłorocznej edycji Akademii Letniej TFP ubolewał, że Stolica Apostolska, a w ślad za nią większość biskupów, począwszy od II soboru watykańskiego (co bardzo istotne: duszpasterskiego, nie dogmatycznego!) propaguje fałszywy ekumenizm, u podstaw którego stoi koncepcja głosząca, że wszystkie religie prowadzą do zbawienia. Znalazło to wyraz, jak zauważył bp Schneider, w Konstytucji Lumen Gentium [cytującej Nostra Aetate – aut.]: („(…) plan zbawienia obejmuje także i tych, którzy uznają Stworzyciela, wśród nich zaś w pierwszym rzędzie muzułmanów, oni bowiem wyznając, iż zachowują wiarę Abrahama, czczą wraz z nami Boga jedynego i miłosiernego, który sądzić będzie ludzi w dzień ostateczny” – LG 16). – Soborowy tekst mówi, że adorujemy wraz z muzułmanami tego samego Boga. A skoro tak, to nie musimy ich nawracać – wykazuje biskup z Astany logikę nowego „ekumenizmu”.

Mówca zwrócił uwagę na pozorny punkt wspólny, na który powołują się zwolennicy „dialogu” z wyznawcami Allacha. Chodzi o jednego Boga, w którego wierzyć mają zarówno muzułmanie, jak i katolicy. – Nie, to nasz Bóg jest jedynym prawdziwym Bogiem: Ojciec, Syn i Duch Święty! To jest Bóg. Nie wystarczy stwierdzenie, że jest jeden Bóg – mówił biskup Schneider. – My Go znamy a muzułmanie odrzucają: Ojca, Syna i Ducha Świętego. I dlatego to jest fałszywa religia – podkreślał.

W przekonaniu prelegenta, prezentowana nawet przez wysokich rangą duchownych katolickich postawa utwierdzająca muzułmanów w przekonaniu, że znajdują się na właściwej drodze do zbawienia, jest niczym innym jak zdradą Chrystusa.

– Według mnie, jest to wielki akt anty-miłosierdzia wobec mojego bliźniego – muzułmanina. Im trzeba powiedzieć o szczęściu, jakie daje znajomość Chrystusa. Zatem jeśli jako katolik, ksiądz, biskup, a nawet papież, nie działam czynnie – oczywiście z poszanowaniem dla nich, z miłosierdziem, tak jak apostołowie, proponując wiarę a nie zmuszając ich – to jest to konsekwencja relatywizmu, który majaczył w Kościele już wcześniej niż 50 lat temu, ale [na dobre] zaczął się wraz soborem – podsumował niezłomny obrońca wiary Chrystusowej.

Roman Motoła



DATA: 2018-01-26 12:04
AUTOR: ROMAN MOTOŁA
 


Read more: http://www.pch24.pl/kosciol-i-islam--dialog-czy-anty-milosierdzie-,57797,i.html#ixzz55JvCqZd5

środa, 24 stycznia 2018

POLSKO! NIE BICZUJ JEZUSA RAZEM Z POGANAMI!!!

Ks. Adam Skwarczyński: Polsko! Nie biczuj Jezusa razem z poganami!

POLSKO! NIE BICZUJ JEZUSA RAZEM Z POGANAMI!!!
       Gdybym pracował w Radiu Maryja, zamiast emitować codziennie w „Aktualnościach dnia” pieśń ze słowami: „Powstań z kolan, Polsko ma…” – grzmiałbym: na kolana, Polsko ma, czyń wielką pokutę! Gdybym był Jonaszem, szedłbym przez Polskę i wołał: jeszcze ileś dni, a Polska-Niniwa zostanie zburzona! Gdybym był żoną Lota, już teraz zamieniłbym się w słup soli na samą myśl o grozie kary, która czeka polską Sodomę! Za co – zapytacie…? Za tak okrutne biczowanie Jezusa-Króla Polski i za każdy cios, wymierzony tym samym naszej Najczystszej Królowej!
       Cała armia duchów nieczystości szaleje i zwycięża. Zaczyna od domów rodzinnych, w których brak wspólnej modlitwy, a dzieci, ranione kłótniami i rozwodem rodziców (albo przynajmniej jego groźbą), są wychowywane przez coraz bardziej plugawe „bajki” satanistycznej wytwórni Disneya (dla przykładu: myszka Miki jest już tylko samicą, o którą walczą samce, a ona sama żyje wyłącznie ideą zdobycia sobie partnera!). Piekło wdziera się do przedszkoli poprzez gorszycieli, a czym żyją dzieci i młodzież w szkołach?! Spokojni, czyści i wstydliwi uchodzą za nienormalnych! Nawet ministranci i dziewczęta ze scholi nie potrafią wytrwać w zasadach wyniesionych z domu i parafii, lecz zanurzają się szybko w bagnie, by się nie wyróżniać. Potem życie w akademikach i na stancjach odbiera Bogu jakże liczne Jego dzieci, a rzuca je w objęcia szatana. Odbiera ich także rodzicom, od których się izolują jako od „nie rozumiejących ducha czasu”. To samo dzieje się na zabawach czy prywatkach. Nawet jeśli cieszy nas rozwój „Ruchu Czystych Serc”, na skalę Kraju jest to zjawisko marginesowe, a poza tym są to już często poranione serca, które z ogromnym wysiłkiem muszą wracać na dobrą drogę. Piekielnym smrodem zionie z ust jakże wielu Polaków – i poprzez słowa rynsztokowe na każdym kroku, i poprzez nieczyste żarty, opowiadane w miejscach pracy, a często sprawiające wielki ból ludziom dobrym, nie mogącym zatkać uszu. O środkach masowego ogłupiania – zwłaszcza wpływie seriali telewizyjnych oraz internetu na życie rodzin – chyba wspominać nie trzeba. Duch nieczystości opanował także niektóre plebanie, seminaria duchowne, a nawet klasztory, w których mieszkają osoby składające ślub czystości! Jakie są naprawdę rozmiary polskiego szamba, wraz z jego sklepami dla zboczeńców, z całą siecią prostytycji (i to coraz bardziej wynaturzonej), ze zwierzętami domowymi, używanymi do wiadomych celów…? Dobrzy Aniołowie ze zgrozą i obrzydzeniem uciekają z tych (coraz liczniejszych) skażonych miejsc, a aniołowie upadli – świętują swój tryumf!!!
         Tak wielkie zło – tutaj zaledwie wspomniane, ale tak naprawdę trudne do objęcia, a niemożliwe do opisania – jest niezwykle okrutnym znęcaniem się Polaków nad swoim Panem i Królem, za co cały Naród będzie musiał przed Nim odpowiedzieć; jest biczowaniem! Trudno dokładnie wyobrazić sobie straszliwą scenę biczowania Chrystusa, wszyscy jednak popełniający grzechy nieczyste powinni zapisać ją sobie na zawsze w pamięci. Dobrze by było, gdyby próbowali zobaczyć siebie samych jako katów, zresztą zgodnie z prawdą. Szukajmy więc pomocy w Poemacie Boga-Człowieka Marii Valtorty (wyd. Vox Domini).
       „Na wysokości około trzech metrów ponad posadzką [kolumna] ma wystający żelazny drążek o długości około jednego metra, zakończony kółkiem. Do tego kółka przywiązano Jezusa za ręce wyciągnięte nad głową. Rozebrano Go. Został tylko w krótkich płóciennych spodenkach i w sandałach na nogach. Ręce związane w nadgarstku podciągnięte były do kółka w ten sposób, że choć był wysoki, opierał się o posadzkę tylko palcami stóp. Przed Jezusem i za Nim stanęło dwóch katów o twarzach wyraźnie żydowskich. Zaopatrzeni byli w bicze zrobione z siedmiu pasków skórzanych, zakończonych ołowianymi młoteczkami, a ujętych w rękojeść. Zaczęli bić rytmicznie, jakby na jakimś ćwiczeniu: jeden z przodu, drugi z tyłu – tak, że cały tułów Jezusa był celem ich biczów. Głosy grających w kości żołnierzy łączyły sią z odgłosem biczów, które syczały jak żmije, a potem dudniły jak kamienie rzucane na napiętą skórą bębna, gdy uderzały to biedne ciało tak wychudłe i białe, pokrywające się smugami coraz to czerwieńszymi, potem sinymi, wreszcie nabrzmiałymi ciemną krwią. Krew płynęła obficie z rozdarć i ran, których najwięcej było na tułowiu i na brzuchu, choć nie brakowało ich na rękach i nogach, a nawet na głowie. Nie było miejsca bez bólu.
       Cierpiał bez skargi… Upadłby, gdyby nie trzymał Go sznur. Ale nie upadł i nie jęczał. Tylko po tylu uderzeniach głowa opadła Mu na piersi jak w omdleniu.
       – Ej, wy! Zatrzymajcie się! Przecież muszę zabić żywego! – krzyknął, żartując, jeden z żołnierzy. […] Aleście pracowali… Wygląda jak mozaika! Rozwiążmy Go teraz.
       Odwiązali Go i Jezus padł na posadzkę jak martwy. Zostawiono Go tak, trącając co jakiś czas nogą, by zobaczyć, czy wyda jęk. Lecz Jezus milczał.
       – Czyżby umarł? Czy to możliwe? Przecież młody i rzemieślnik, jak o Nim mówią, a okazuje się, że delikatny jak panienka…
       – Zajmę się Nim – mówi jeden z żołnierzy. Sadza Jezusa, opiera plecami o kolumnę, na której zostają ślady krwi… Potem idzie do fontanny, nabiera w kubek wody i wylewa ją na Omdlałego ze słowami: «Kwiatom woda dobrze robi».
       Jezus westchnął głęboko i chce wstać, ale jeszcze nie otwiera oczu i tak pozostaje. – O, dobrze. No, przystojniaczku! Żeby cię panienka zobaczyła!
       Ale Jezus na próżno opiera się rękami o posadzkę i walczy ze sobą, próbując wstać. – No prędzej! Jesteś słaby? Zaraz ci pomogę! – woła inny żołnierz i drzewcem halabardy zaczyna uderzać Jezusa w twarz, trafiając między kość prawego policzka i nos. Z nosa płynie krew. Jezus otwiera oczy. Poruszył się. Spojrzenie ma zamglone. Ociera krew ręką i z wielkim wysiłkiem wstaje”.
       Pomińmy następujący teraz opis okrutnej zabawy, tak upokarzającej dla Ubiczowanego, a poprzedzającej jeszcze bardziej okrutną i bolesną: ukoronowanie cierniem, a potem wyszydzenie (i przez żołnierzy Piłata, i przez cały tłum Żydów). Zabawa ta polegała na przerzucaniu ubrania w coraz to inne miejsce, by Jezus musiał się po nie czołgać…
       Trzeba chyba mieć serce z kamienia, by nie wzruszyć się tym opisem męki! Jednak od tego wzruszenia do uświadomienia sobie, że tym biczującym jest każdy grzesznik – może ja właśnie? – droga może być daleka! Abyśmy ją mogli łatwiej przebyć, przychodzi nam z pomocą inna mistyczka, święta Faustyna Kowalska. Oto dwa fragmenty z jej Dzienniczka.
{188} «W ostatnie dni karnawału, kiedy odprawiłam godzinę świętą, ujrzałam Pana Jezusa, jak cierpiał biczowanie. O, niepojęta to katusza! Jak strasznie Jezus cierpiał przy biczowaniu. O biedni grzesznicy, jak wy się spotkacie w dzień sądu z tym Jezusem, którego teraz tak katujecie? Krew Jego płynęła na ziemię, a w niektórych miejscach ciało zaczęło odpadać. I widziałam na plecach parę kości Jego obnażonych z ciała… Jezus cichy wydawał jęk i westchnienie».
{445} «Czwartek. Adoracja nocna.
       Kiedy przyszłam na adorację, zaraz mnie ogarnęło wewnętrzne skupienie i ujrzałam Pana Jezusa przywiązanego do słupa, z szat obnażonego, i zaraz nastąpiło biczowanie. Ujrzałam czterech mężczyzn, którzy na zmianę dyscyplinami siekli Pana. Serce mi ustawało patrząc na te boleści; wtem rzekł mi Pan te słowa: Cierpię jeszcze większą boleść od tej, którą widzisz. I dał mi Jezus poznać, za jakie grzechy poddał się biczowaniu, są to grzechy nieczyste. O, jak strasznie Jezus cierpiał moralnie, kiedy się poddał biczowaniu! – Wtem rzekł mi Jezus: Patrz i zobacz rodzaj ludzki w obecnym stanie. I w jednej chwili ujrzałam rzeczy straszne: odstąpili kaci od Pana Jezusa, a przystąpili do biczowania inni ludzie, którzy chwycili za bicze i siekli bez miłosierdzia Pana. Byli nimi kapłani, zakonnicy i zakonnice, i najwyżsi dostojnicy Kościoła, co mnie bardzo zdziwiło, byli ludzie świeccy różnego wieku i stanu – wszyscy wywierali swą złość na niewinnym Jezusie. Widząc to, serce moje popadło w rodzaj konania; i kiedy Go biczowali kaci, milczał Jezus i patrzył się w dal, ale kiedy Go biczowały te dusze, o których wspomniałam wyżej, to Jezus zamknął oczy i cicho, ale strasznie bolesny wyrwał się jęk z Jego Serca. I dał mi Pan poznać szczegółowo ciężkość złości tych niewdzięcznych dusz: Widzisz, oto jest męka większa nad śmierć moją. Wtenczas zamilkły usta moje i zaczęłam odczuwać na sobie konanie, i czułam, że nikt mnie nie pocieszy ani nie wyrwie z tego stanu, tylko Ten, który mnie w niego wprowadził».
       Stajemy wobec  pytania: jak to jest, że ogromne tłumy tych, którzy nazywają siebie uczniami Jezusa, biorą dzisiaj udział w biczowaniu swego Pana – tak okrutnym, a jednak wywołującym u nich coraz mniejsze wyrzuty sumienia? Czyżby to nie Jezus, lecz demon nieczystości był ich nauczycielem, a przez to i panem? Prześledźmy niektóre z tych demonicznych argumentów!
  1. „Nie przejmuj się tym w tej chwili, bo dopiero za… (tydzień, miesiąc…) pójdziesz do spowiedzi, więc możesz teraz jeszcze pogrzeszyć, gdyż i tak jesteś „brudny”; wtedy pójdziesz i za jednym zamachem wszystko wyznasz. Inaczej, obrazowo: konfesjonał jest jak miska z wodą, więc gdy już porządnie zabrudzisz sobie ręce, pójdziesz je umyć i znów poczujesz się dobrze…” * Czyż pójście za tym głosem to nie szczyt egoizmu, a nawet „bestialstwa”?! W języku MĘKI wygląda to tak: raz uderzyłeś Chrystusa biczem, więc już teraz możesz bić Go do woli, a dopiero za… (tydzień, miesiąc…) powiesz Mu „przepraszam” za wszystko razem i poczujesz się dobrze… Jest to jedna z najstraszliwszych i najczęstszych, choć wyglądających niewinnie, pokus! Kto jej ulega, nie poprawia się, choć uważa się za dobrego, „praktykującego”, katolika. Co on jednak „praktykuje”…?
  2. „Spróbuj znaleźć się powtórnie w tamtej (dawniej prowadzącej do grzechu) sytuacji, przekonaj się, że już teraz nie upadniesz…” * Uleganie tej pokusie często kończy się tragicznie, gdyż obowiązkiem grzesznika jest unikanie okazji do grzechu, zgodnie z zasadą: wszystko jest złe, co do zła prowadzi. Powrót do sytuacji, w której dawniej się grzeszyło, jest przysłowiowym „igraniem z ogniem”, jest zły sam w sobie. Przykład: powrót do oglądania filmów pornograficznych („tylko ten jeden raz – podpowie szatan – zresztą sprawdź, że jesteś już odporny i w każdej chwili możesz wyłączyć!”).
  3. „To przecież natura – tak cię Bóg stworzył, więc nie może mieć do ciebie pretensji o to, że ulegasz; spokojnie na to patrz, nie próbuj od samego siebie uciekać, bo to tylko pogorszy twój „stres”…” * Argument łatwy do obalenia! Stworzył nas Bóg „na swój obraz i podobieństwo”, a nie jako podobnych do zwierząt! Podobieństwo do nich jest powierzchowne, ogrom różnic mówi sam za siebie. Przede wszystkim istnieje u nas konieczność zapanowania rozumem i wolą – nie mają ich zwierzęta – nad trzema sferami własnej osobowości: duchem, duszą i ciałem. To jest nasza „natura”!
  4. „To natura, to przyniosłeś ze sobą na świat… to odziedziczyłeś po rodzicach, a może po dziadkach – takie skłonności „nieco odmienne niż u większości”… to silniejsze od ciebie, nic na to nie poradzisz, więc i Bóg cię sądzić nie będzie…” * Tym argumentem piekło chce usprawiedliwić nawet najbardziej ohydne zboczenia seksualne: od homoseksualizmu czyli pociągu do tej samej płci począwszy, aż do łączenia się ludzi ze zwierzętami! A przecież nie tylko zboczenie homoseksualne, lecz nawet samogwałt nie jest dla człowieka „naturalny”, choć szatani wmawiają to już dzieciom i młodzieży na każdym kroku! Ewa w raju najpierw sama „spróbowała zakazanego owocu” i „poznała, że jest naga”. Czy to Bóg tego chciał i ją „do tego stworzył”…? Za co więc ludzkość poniosła tak surową karę?
       Argument diabelski, podchwycony przez psychiatrów, jakoby skłonność do zboczeń „przynosiło się ze sobą na świat”, nie wytrzymuje krytyki: w każdym z przypadków było to przez kogoś sprowokowane – musiał być ten „pierwszy raz”, który otworzył drogę tak właśnie, a nie inaczej, ukierunkowanej niepohamowanej pożądliwości. Przy współpracy z Łaską możliwe jest przezwyciężenie tej pożądliwości, więc człowiek jest odpowiedzialny za powstanie z grzesznego nałogu. Diabeł natomiast wmawia mu, że „musi”, i to „właśnie tak”, postępować. Cóż więc robi? Zamyka duszę przed dostępem Łaski!
  1. „Przez tyle czasu udało ci się wytrwać bez grzechu, a dzisiaj znów ogarnęła cię pożądliwość nie do pokonania… Widzisz, kim ty naprawdę jesteś? Szmatą! Nawet to ci dobrze zrobi, jeśli dzisiaj choć raz ulegniesz, bo to utrzyma cię w pokorze, w prawdzie o tobie samym…” * Argument jak straszliwy miecz obosieczny! Używa go diabeł także w zniewalaniu przy użyciu alkoholu, wmawiając otoczeniu alkoholika, że ten musi znaleźć się „na dnie” (własnego upodlenia), by się aż tak źle poczuć, że się od tego „dna” odbije… Aż do czasu tego „odbicia” powinno się, jak twierdzą „znawcy zagadnienia”, nie pomagać mu w niczym. Przy grzechach nieczystych ostrze tego argumentu tnie jeszcze mocniej.
  2. „Zdawało ci się, że wspiąłeś się już wysoko po drabinie, a teraz patrz: dzisiaj zgrzeszyłeś, wszystko na nic, spadłeś na sam dół i leżysz w błocie!” * Argument całkowicie nieprawdziwy, choć bardzo przygnębia i „podcina skrzydła”. Gdy ktoś ma za sobą już wiele „szczebli drabiny do nieba” czyli zwycięstw nad sobą – można powiedzieć, że jest już zdobywcą cnoty czystości! Jeśli nawet w danym momencie upadł, to najwyżej na niższy szczebel, ale w żadnym wypadku na sam dół! Dobrą bronią przeciwko demonowi używającemu tego argumentu jest modlitwa uwielbienia Boga za ogrom Jego łask, przy pomocy których możliwe było odniesienie dotychczasowych zwycięstw.
  3. „Kochasz go (ją), więc tam, gdzie jest miłość, jest Bóg, zaś wasza miłość musi być „pełna”, bo przecież macie ciało… Nie powinniście więc mieć wyrzutów sumienia z tego powodu”. * Piekielny przeciwnik usypia tym argumentem sumienie, co wiąże się ze strasznym niebezpieczeństwem. Działa przeciwnie niż Bóg: popełnianie grzechów uspokaja, zaś myśl o nawróceniu budzi niepokój. Stąd już tylko krok do spokojnego przyjmowania Komunii świętokradzko! A gdyby tak Pan Bóg powiedział: „Dosyć! Kogo wybraliście (zamiast Mnie), tego sobie miejcie!” – gdyby obaj grzesznicy (różnej lub tej samej płci – to tu może nie mieć znaczenia) nagle umarli, co by się stało? I gdyby zamiast być w Niebie z Bogiem, musieli wiecznie sami przeżywać to, co na ziemi nazywali „miłością”…? Czy nie byłoby to najobrzydliwsze piekło? Czy człowiek może człowiekowi zastąpić Boga?
  4. „Ty się takimi grzechami przejmujesz? Przecież wszyscy tak postępują! Poczytaj sobie Stary Testament i zobacz, ile np. żon miał Dawid, a ile Salomon! A to przecież jest Słowo Boże, ci ludzie zaś – to Boży wybrańcy. Zresztą czy tak daleko musisz szukać? A ksiądz X? A słyszałeś o księdzu Y…? I przy tym biskup wcale go nie karze, pozwala spowiadać ludzi, odprawiać Mszę!” * Co do Starego Testamentu, Chrystus wypowiedział się o jego niedoskonałości, a swoim uczniom postawił o wiele wyższe wymagania: nawet zażądał od Apostołów, by zostawili swoje domy i rodziny „na łasce Opatrzności” i poszli w świat. Co zaś do wmawiania ludziom, że „wszyscy grzeszą, więc nie ma się czym przejmować” – stosuje to piekło codziennie na całym świecie, chociażby przez odpowiedni dobór wiadomości radiowych i telewizyjnych: pomija się w nich wielkie dobro, a wypunktowuje zło. Im bardziej brutalnie to zło wciska się do wyobraźni, tym lepiej, więc trzeba szukać takich „rodzynków” specjalnie na antenę… Niech się ludzie przyzwyczajają!
  5. Piekielny oszust używa różnych argumentów i obrazów, żeby ukazać przyjemność seksualną w tak atrakcyjnych barwach i w tak pociągający sposób, żeby z niej uczynić bożka i od niej uzależnić człowieka. Postępuje jak rybak, który rzuca do wody zanętę, by przyciągnąć ryby. „Rozładowanie popędu da ci odprężenie i odpoczynek, uspokoi ciebie i twoje myśli, po nim łatwiej zaśniesz i dobrze się wyśpisz, zresztą… cóż przyjemniejszego…? A to przecież nic takiego – natura, „zwykły skurcz mięśni”, więc o co tyle szumu? Czyż najcenniejsze ze wszystkiego na świecie nie są genitalia i przyjemność, jaką mogą ci dać?!” * Jakże trudno wywikłać się z sieci diabelskich argumentów i myśleć logicznie, gdy ciało „wyje”! Jakże trudno wtedy oprzeć się na „haśle” wielu świętych: wolę umrzeć niż zgrzeszyć!; wolę doświadczyć jakiejś pustki, niezaspokojenia, a nawet bólu, niż ból zadać Jezusowi!
  6. Pozostaje „żelazny temat” wielu rozmów, prowadzonych przez ludzi, służących (nie zawsze świadomie) duchowi nieczystości: osądzanie i obmawianie duchownych. Z pewnością trafiają się wśród nich wielcy grzesznicy, jednak szatan chce doprowadzić do oplucia i podważenia autorytetu wszystkich! Jakie bywają tego skutki, wiadomo: słabnie wiara ludzi, zanika modlitwa i udział w sakramentach świętych. Słudzy ołtarza ukazywani są teraz dzieciom jako dla nich „niebezpieczni”, podczas gdy jeszcze tak niedawno na widok sutanny zbliżały się do nich z ufnością i radością. Co zaś do prawdziwości owych „wiadomości z księżowskiego podwórka” – mogłem przekonać się na własnej skórze jako proboszcz wiejskiej parafii, jak są nieprawdziwe i krzywdzące. Potwierdza się tu powiedzenie, że „dla czystych wszystko jest czyste”, a dla brudnych… wiadomo. Jak zresztą może być inaczej, skoro patrzą także na czystych przez zabrudzone diabelskie okulary, szukając usprawiedliwienia dla swego brudu…?
       Niech tych dziesięć przykładów – diabelskiego arsenału nikt nie wyczerpie – uświadomi wszystkim, jaką drogę i jaką walkę mają przed sobą. Bóg liczy na powrót grzeszników, wspieranych przez Najświętszą Maryję Dziewicę, aniołów i świętych, a szatan – na to, że będą oni od Boga uciekać… wprost w jego objęcia, a tym samym w kierunku bramy piekielnej. Na swoją wieczną zgubę i nieszczęście. I to najlepiej wraz z tymi, do których niemoralności się przyczynili, stając się apostołami pysznego buntownika.
       Polsko, Ojczyzno moja, matko tak wielu świętych, dokąd obecnie idziesz? Zamiast przyświecać poganom swoją wiernością Bogu, Jego przykazaniom i Ewangelii, razem z nimi toniesz w bagnie nieczystości???!!!
ks. Adam SkwarczyńskiR, w dniu świętej Agnieszki, dziewicy i męczennicy, 2018 roku.
Pobierz PDF: Ks. Adam Skwarczyński: Polsko! Nie biczuj Jezusa razem z poganami!
Reklamy

Jezus dał mi poznać, jak Mu jest miła modlitwa wynagradzająca. – Mówi mi: Modlitwa duszy pokornej i miłującej rozbraja zagniewanie Ojca Mojego i ściąga błogosławieństw morze

Cytat z „Dzienniczka” nr 320 św.Faustyna
Jezus dał mi poznać, jak Mu jest miła modlitwa wynagradzająca. – Mówi mi: Modlitwa duszy pokornej i miłującej rozbraja zagniewanie Ojca Mojego i ściąga błogosławieństw morze. Po skończonej adoracji, w połowie drogi do celi obstąpiło mnie mnóstwo psów czarnych, wielkich, skacząc i wyjąc, chcąc mnie poszarpać w kawałki. Spostrzegłam, że nie są to psy, ale szatani. Jeden z nich przemówił ze złością: Za to, żeś nam odebrała tej nocy tyle dusz, to my cię poszarpiemy w kawałki. – Odpowiedziałam, że jeżeli taka jest wola Boga najmiłosierniejszego, to szarpcie mnie w kawałki, bo na to słusznie zasłużyłam, bo jestem najnędzniejsza z grzeszników, a Bóg jest zawsze święty, sprawiedliwy i nieskończenie miłosierny. – Na te słowa odpowiedzieli wszyscy razem szatani: Uciekajmy, bo nie jest sama, ale jest z nią Wszechmocny. I znikły jako pył, jako szum z drogi, a ja spokojnie, kończąc Te Deum, szłam do celi rozważając nieskończone i niezgłębione miłosierdzie Boże.

wtorek, 23 stycznia 2018

„Zawsze Mnie pocieszasz, kiedy się modlisz za grzeszników. Najmilsza Mi jest modlitwa – to modlitwa o nawrócenie dusz grzesznych; … ta modlitwa jest zawsze wysłuchana”


„Zawsze Mnie pocieszasz, kiedy się modlisz za grzeszników. Najmilsza Mi jest modlitwa – to modlitwa o nawrócenie dusz grzesznych; … ta modlitwa jest zawsze wysłuchana”


Cytaty z Dzienniczka św. s. Faustyny:
„Zawsze Mnie pocieszasz, kiedy się modlisz za grzeszników. Najmilsza Mi jest modlitwa – to modlitwa o nawrócenie dusz grzesznych; … ta modlitwa jest zawsze wysłuchana” (Dz 1397).
„Powiedz duszom, gdzie mają szukać pociech, to jest w trybunale miłosierdzia, tam sąnajwiększe cuda, które się nieustannie powtarzają. Aby zyskać ten cud, nie trzeba odprawiać dalekiej pielgrzymki ani też składać jakichś zewnętrznych obrzędów, ale wystarczy przystąpić do stóp zastępcy Mojego z wiarą i powiedzieć mu nędzę swoją, a cud miłosierdzia Bożego okaże się w całej pełni. Choćby dusza była jak trup rozkładająca się i choćby po ludzku nie było wskrzeszenia, i wszystko już stracone – nie tak jest po Bożemu, cud miłosierdzia Bożego wskrzesza tę duszę w całej pełni” (Dz 1448);

Kard. Robert Sarah: Zachód umiera - ratujcie się!

,,Nie rodzą się dzieci. A wy przeżywacie teraz inwazję innych kultur, innych ludów, które stopniowo was zdominują pod względem liczebnym i całkowicie zmienią waszą kulturę, wasze przekonania i wartości'' - ostrzegał przed rokiem ks. kardynał Robert Sarah. Przypominamy dziś jego słowa.
Obawiam się, że Zachód umiera – wyznał kard. Robert Sarah, prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego. W ostatnich dniach przebywał on we Francji. W jednym z udzielonych z tej okazji wywiadów przyznał się do swych obaw o losy cywilizacji zachodniej. Jego zdaniem wiele rzeczy wskazuje na jej obumieranie. „Nie rodzą się dzieci. A wy przeżywacie teraz inwazję innych kultur, innych ludów, które stopniowo was zdominują pod względem liczebnym i całkowicie zmienią waszą kulturę, wasze przekonania i wartości” – powiedział szef watykańskiej dykasterii.
Jego zdaniem dla Europejczyków liczą się dziś tylko pieniądze i technika. „Najbardziej niepokoi mnie to, że Europa nie uświadamia już sobie skąd pochodzi. Straciła własne korzenie, a drzewo bez korzeni obumiera” – powiedział kard. Sarah. Przyznał też, że zależy mu na umocnieniu i konsolidacji wiary w ludziach. Bo dzięki wierze odnajduje się Boga, a wraz z Nim pewną orientację w życiu, pewne prawa i chrześcijańskie wartości.
Zapewnił On, że Bóg bynajmniej nie milczy, lecz na swój sposób jest obecny w świecie. To my nie chcemy Go słuchać i dostrzec. Kard. Sarah ponownie wskazał na potrzebę odkrycia wartości ciszy, w której człowiek odkrywa samego siebie i Boga.
mod/Radio Watykańskie

Prezydent codziennie modli się na różańcu i prosi, bym to mówił ludziom" | ks. Jarosław Wąsowicz.

  Chaplain to President Karol Nawrocki #shorts odbudowani Prezydent codziennie modli się na różańcu i prosi, bym to mówił ludziom" | k...