
Dziś 17 rocznica święceń kapłańskich Dominika Chmielewskiego🌹
"Całe moje życie związane było ze sztukami walki - to był priorytet
mojego życia. Medytowałem po dwie godziny dziennie zen, jogę - ćwicząc
trzy razy dziennie mentalnie i fizycznie karate. W wieku 21 zostałem
dyrektorem ds. karate w Polskim Związku Sztuk Walki w Bydgoszczy i mając
stopień 3 dan szkoliłem ludzi w bojowej odmianie karate. Studiując
wtedy teologię i filozofię napisałem pracę licencjacką nt. możliwości
synkretyzmu filozofii Dalekiego Wschodu z chrześcijaństwem, za którą
otrzymałem stopień bardzo dobry. Był to czas, kiedy religia dopiero
wchodziła do szkół i poproszono mnie, abym wykładał w jednej z nich
religię. Zgodziłem się. Prowadziłem już wtedy szkolenia w dwóch
prywatnych szkołach walki, które jak na tamte czasy dawały mi duże
możliwości finansowe. To niesamowicie ładowało moje ego. Na imprezach,
na dyskotekach, gdzie się zjawiałem, mówili za mną: "Patrz, to jest ten
karateka, który strasznie napie......". Z perspektywy czasu widzę, że
było to żenujące, ale wtedy "jarało" mnie to strasznie... I w tamtym
czasie zacząłem wchodzić w bardzo konkretną decyzję poświęcenia się na
całe życie wschodnim sztukom walki. Chciałem wyjechać na Okinawę i
trenować przez całe życie pod okiem wielkich okinawańskich mistrzów.
Wiedziałem, że wyjazd ten będzie łączył się z bardzo konkretną inicjacją
w sztukach walki, którą można porównać do chrztu w chrześcijaństwie.
Polega ona na oddaniu swojego całego umysłu i ciała duchowi karate na
całe życie, a jest to duch buddyzmu, duch walczącej agresji, mimo całego
nacisku na obronę w technikach walki...
Moja rodzina jest
bardzo wierząca. Mieliśmy taki zwyczaj codziennego wspólnego odmawiania
dziesiątki różańca. Ja sam nie zauważałem jeszcze wtedy pewnej
zdumiewającej rzeczy - było mi coraz trudniej skupić się na modlitwie.
Chodziłem co niedzielę na Mszę Świętą, ale mój umysł zupełnie nie był w
stanie skupić się na Eucharystii. Z drugiej strony mogłem np. przez
godzinę bez trudu medytować zen w zupełnym odprężeniu i ciszy, skupiając
się na energiach, które krążyły w moim ciele. Dopiero potem, gdy
doświadczyłem Ducha Świętego, zrozumiałem, że są to dwie zupełnie różne
moce, które w nas działają. Nie jest prawdą, że Bóg Jedyny i Prawdziwy
jest wierzchołkiem góry i różne ścieżki duchowe do Niego prowadzą. Ale
trzeba samemu tego doświadczyć.
W tym czasie działałem także w
odnowie charyzmatycznej jako animator muzyczny. Pewien znajomy ksiądz
zaprosił mnie do Medjugorie. Mówił, że są tam jakieś objawienia Matki
Bożej i tak dalej... Zaraz do tego wrócę, muszę Wam się jednak najpierw
do czegoś przyznać. Miałem wielkie problemy, aby przyjść na ten świat -
by się urodzić. Moja mama poroniła pierwsze dziecko i gdy była ze mną w
stanie błogosławionym, bardzo przeżywała to, czy się urodzę. W którymś
miesiącu ciąży okazało się na podglądzie, że jestem owinięty pępowiną w
taki sposób, że jeśli będę chciał wyjść z łona mamy, to się uduszę.
Lekarze byli bezradni i nie wiedzieli, co zrobić. Wtedy moja mama bardzo
gorąco zaczęła modlić się do Matki Bożej i powiedziała Jej z całą
świadomością, że oddaje mnie Jej na własność, że Maryja może zrobić ze
mną co chce, bylebym tylko się urodził. Jak się wkrótce okazało,
pępowina "nie wiedzieć czemu" cudownie pękła - ku zdziwieniu lekarzom...
a ja przepięknie urodziłem się - tak, że nie tylko się nie udusiłem,
ale urodziłem się cały i zdrowy.
Wracając do Medjugorie. Kiedy
tam przyjechaliśmy - ja i moich dwóch kolegów, z którymi przyjechałem,
też związanych ze sztukami walki, przeraziliśmy się intensywnością
programu. W domu miałem problemy z odmówieniem jednej dziesiątki, a tam
miałem odmawiać całe 3 części różańca! A dodatkowo jeszcze Msza Święta,
modlitwa o uzdrowienie, modlitwa o uwolnienie... No ale, jak już
jesteśmy - pomyślałem - to idziemy... Rzeczą, która najbardziej zdumiała
mnie na początku było to, że w Medjugorie te modlitwy, które mówisz w
domu i ciebie nudzą, tam odmawiasz z lekkością, z radością, z życiem.
Postanowiłem jednak być człowiekiem bardzo chłodnym i analitycznym w
odbieraniu tego miejsca. Nie chciałem poddać się sugestiom innych ludzi
dotyczących dziejących się tam nadprzyrodzonych wydarzeń.
Na
drugi dzień okazało się, że jesteśmy zaproszeni na górę Podbrdo, na
objawienie się Matki Bożej. Przybyło nas tam ze 2 tys. osób. Dopchałem
się z kolegami do krzyża, przy którym objawia się Maryja, by być jak
najbliżej tego niezwykłego wydarzenia. Była godz. 21:30, cudowny klimat,
ludzie rozmodleni, śpiewy uwielbiające Jezusa... Nagle zorientowałem
się, że stoję blisko Iwana - jednego z widzących. Jeszcze pamiętam, jak
odezwałem się wtedy do kolegów: "Patrzcie, to jest doskonały zen. Tak
powinniśmy medytować, w takim skupieniu, jak ten koleś tutaj...".
Około godz. 22:30 stało się… Ivan nagle zerwał się, klęknął, podniósł
głowę i zaczął z kimś rozmawiać. Wszedł w ekstazę. Kapłan, który był
przy nim, wziął mikrofon i powiedział, że właśnie Matka Boża przyszła i
jest już wśród nas. Wszyscy uklęknęli, ja miałem przed tym opory i nie
chciałem uklęknąć, starałem się to wszystko analizować bardzo
sceptycznie i na spokojnie. I w pewnym momencie coś się stało. Przyszła
do mnie niesamowita fala takiej czułości i takiego szczęścia, że moje
ciało, moje emocje, wszystko zaczęło się we mnie totalnie wywracać.
Zacząłem płakać jak dziecko. To doświadczenie mocy było zupełnie inne od
tego, które uzyskiwałem przez medytację po 15 latach treningu. Była to
odczucie... najbardziej niezwykłej kobiety. Bardzo delikatna, bardzo
subtelna i łagodna moc płynąca od Najpiękniejszej Dziewczyny we
Wszechświecie. Rozwaliło mnie to zupełnie. Czułem, jakby mnie Ktoś
przytulał, modlił się nade mną i szeptał prosto do serca, jak bardzo
jestem kochany… Trwało to około 15 minut, po czym widzący wstał, wziął
mikrofon i zaczął opowiadać o tym, co Matka Boża mówiła, jak
wyglądała...
Wtedy runął mi zupełnie obraz Maryi, który miałem
wcześniej. Wcześniej wyobrażałem Ją sobie siedzącą na tronie, z berłem i
Dzieciątkiem na ręku, patrzącą gdzieś z daleka na ten świat, jako kogoś
bardzo dalekiego ode mnie. Mówiło się zdrowaśki do Matki Bożej, ale tak
naprawdę zupełnie Jej nie odczuwałem. A tu słyszę, że Maryja wygląda
mniej więcej na 17-18 lat, ma około 164 cm wzrostu, niebieskie oczy,
kruczoczarne włosy, jest niezwykle delikatna, ale moc, która płynie z
Niej, z Jej spojrzenia jest niesamowita. Szczególnie Jej oczy są
niesamowite. Widzący nie wpadają w ekstazę z faktu, że widzą Matkę Bożą,
tylko z olbrzymiego przeżycia w zobaczeniu, jak Ona wygląda. Ivan mówi,
że nazywa Ją piękną, ale to słowo w stosunku do Niej nic nie znaczy.
Trzeba Ją zobaczyć, by zrozumieć. Jej piękno nie jest stąd, nie jest z
tego świata! Mówi, że nigdy nie widział piękniejszej Dziewczyny. Ona
jest taka delikatna i taka piękna! Inna z widzących mówiła to samo, że
nie może znaleźć słów, by opisać Jej piękno, gdyż nie ma takiego piękna
na ziemi. Nie ma żadnej osoby, która by Ją przypominała. Ona jest
zawsze piękniejsza. Gdy jest się przy Niej, ma się chęć tylko płakać ze
szczęścia...
Napisałem później pracę licencjacką o objawieniach
Matki Bożej w chrześcijaństwie. Okazało się, że w ciągu tych 2000 lat
wszyscy widzący Maryję widzieli praktycznie to samo - najpiękniejszą
nastolatkę świata o urodzie i piękności takiej, że niemożliwe jest
opisanie Jej opisanie. Patrząc na Maryję człowiek całkowicie wymięka.
Kto odkrył Maryję naprawdę, ten odkrył promieniowanie Jej niesamowitej
czułości i miłości, delikatności połączonej z niesamowitą mocą i wolą
walki z szatanem. Taka jest Maryja z Nazaretu, Największa Wojowniczka
Boga. Gdziekolwiek Ona się pojawi, szatan jest miażdżony.
Po tym
objawieniu ludzie padali sobie w ramiona. Zapanowała wielka radość i
pokój. W tym stanie uniesienia ludzie zaczęli wracać do swoich kwater, a
ja, wstrząśnięty, postanowiłem sobie usiąść jeszcze przy tym kamieniu,
pod krzyżem. Tam powiedziałem Maryi:
"Jeśli to wszystko, co tutaj
się dzieje, jest prawdą, a nie tylko moim emocjonalnym rozchwianiem, to
proszę Cię, Maryjo, abyś jeszcze raz przyszła i została tutaj ze mną, bo
muszę coś bardzo ważnego w życiu zrobić i muszę Ci o tym powiedzieć."
Siadłem sobie na kamieniu i powtórnie otrzymałem dar bardzo silnego
odczucia Jej obecności… Siedziałem na tym kamieniu, Ona siedziała obok
mnie i opowiadałem Jej o wszystkim, o całym moim życiu, o przyszłości...
Co to było za odczucie… nie zapomnę tego do końca życia!
W
końcu kumpel mówi: "Dominik, idziemy już na kwatery! Zobacz jak długo tu
siedzimy...". Ja mówię: "Stary, daj spokój, jeszcze pół godziny." A on
na to: "Zobacz, która jest godzina." Ja patrzę na zegarek: 01:30 w nocy.
Zdumiony nie wierzyłem, że siedziałem tam tak długo… czas po prostu
przestał dla mnie istnieć.
W końcu wróciliśmy na kwatery, a ja
nie mogłem zasnąć. Cały czas, niesamowicie wzruszony postanowiłem to
wszystko co odczuwałem przelać na papier. Napisałem list do Maryi, w
którym oddałem Jej całe moje życie - swoją dziewczynę, sztuki walki,
moich przyjaciół, całą moja przyszłość, wszystkie plany na życie, które
miałem. Schowałem ten list do kieszeni i dopiero wtedy usnąłem.
Na drugi dzień poszliśmy do jednej z widzących - Vicki. Ta opowiadała
nam przepięknie o Matce Bożej, o przesłaniach Maryi do świata i
zakończyła niespodziewanie słowami:
"Jeśli ktoś chce coś
szczególnego powiedzieć Matce Bożej, to dzisiaj wieczorem, kiedy Ona
przyjdzie do mnie, dam Jej tę informację od was. Dlatego, jeśli ktoś
chce, to niech coś napisze i da mi, a ja Jej to przekażę."
Szybko sięgnąłem do kieszeni i pierwszy przekazałem Vicce mój list.
Wróciłem do domu, do Polskim w stanie niezwykłego duchowego
przebudzenia. Nie rozstawałem się z różańcem, zacząłem pościć o chlebie i
wodzie, wyłączyłem telewizor, muzykę… Moi rodzice byli wtedy na
rekolekcjach Oazy Rodzin. Zadzwonili do mnie z pytaniem, jak tam było.
Powiedziałem, że nie jestem w stanie tego opisać. Zaproponowali więc,
abym do nich przyjechał i wszystko im opowiedział...
Na miejscu
było około 60 osób - rodzin z małymi dziećmi i dwóch kapłanów. Kiedy
zacząłem opowiadać o Medjugorie, było około godziny 22:00. Skończyłem
opowiadać gdzieś koło północy. Rodzice patrzyli na mnie takimi oczami,
jakby zobaczyli ducha. Obecni tam księża, którzy mnie znali, byli w
niezłym szoku. Na końcu powiedziałem im, że tam - w Medjugorie -
otrzymaliśmy specjalne błogosławieństwo od Matki Bożej, które mamy
przekazywać wszystkim innym, w celu nawracania ich i przyjęcia
błogosławieństwa Bożego. I jeśli chcą, to mogę im to błogosławieństwo
przekazać. Księża patrzą na mnie... - wyobraźcie sobie: koleś przyjeżdża
nie wiadomo skąd i jakieś błogosławieństwo chce przekazywać... Rodzice
też za bardzo nie wiedzieli co się dzieje. Było tam kilkanaście
małżeństw, które przy kawce słuchały tego wszystkiego... I nagle zrobił
się niesamowity harmider. Tamci pobiegli po inne małżeństwa, zaczęli
budzić dzieciaki o 24:00, schodzić się całymi rodzinami. Ja kładłem na
nich ręce, błogosławiłem... co się tam działo...tyle pokoju i radości w
sercach tylu ludzi…
Kiedy wróciłem do domu kręciłem okrążenia na
różańczyku, jedno okrążenie za drugim, nie nudząc się, nie mogąc się
nasycić modlitwą odczuwając niesamowitą radość, szczęście i pokój serca.
Szczególnie niezwykłe było doświadczenie pokoju serca, daru Ducha
Świętego od Maryi Królowej Pokoju. Zobaczyłem, że wyciszenie zmysłów,
które uzyskiwałem w czasie medytacji zen, to zupełnie inne doświadczenie
niż pokój serca, dar Ducha Świętego. Po dwóch dniach zadzwonił do mnie
przyjaciel znad morza i mówi: "Słuchaj, od trzech dni trwa zgrupowanie
karate, które miałeś prowadzić. Gdzie ty jesteś?"
Rzeczywiście,
zupełnie o tym zapomniałem. Zapakowałem kimono do plecaka i pojechałem.
Na treningu wszyscy spojrzeli na mnie zdumieni, ponieważ do czarnego
pasa przy kimonie przywiązałem różaniec. Nic nie powiedzieli z szacunku,
a może i ze strachu, że dostaną bęcki za głupie uśmieszki, ale
spojrzenia mieli przedziwne. Poprowadziłem trening jak zawsze, czyli
pokazywałem im, jak na pięćdziesiąt różnych sposobów można kogoś zabić, a
potem wyjąłem swój różaniec i powiedziałem, że dzisiaj nie będzie
medytacji, tylko opowiem im o miłości Pana Boga do każdego z nich i
opowiem, kim jest Matka Boża... I najciekawsze było to, że tak słuchali
mnie przez dwie godziny, a na końcu wszyscy chcieli przyjąć
błogosławieństwo Matki Bożej. Tak więc kładłem na nich ręce i
przekazywałem je modląc się nad nimi.
Dużo by jeszcze
opowiadać... Ponieważ byłem dosyć znany w środowisku młodzieżowym w
Bydgoszczy, zaczęto mnie zapraszać na różne rekolekcje. Głosiłem Słowo,
mówiłem o Medjugorie, o Maryi. Bardzo dużo osób się nawracało, do tego
stopnia, że zaczęliśmy organizować pielgrzymki do Medjugorie - tylko dla
młodzieży. Utworzyliśmy grupy medjugorskie Matki Bożej, gdzie młodzież
modliła się trzema częściami różańca dziennie i pościła o chlebie i
wodzie w środy i piątki. Działy się wielkie rzeczy, znaki i cuda
nawróceń wręcz zdumiewających!
Kilka miesięcy później, będąc w
Dębkach niedaleko Żarnowca, ćwicząc intensywnie na treningu karate,
zacząłem odczuwać, że wykonując techniki karate, przenika mnie złowrogi
niepokój, nie wiadomo skąd. Trening, który kiedyś przynosił mi ogromną
radość, teraz nie wiedzieć czemu stał się odczuwaniem
niewytłumaczalnego lęku i niepokoju. Straciłem cały pokój serca i
radość, który miałem dzięki modlitwie. Nie mogłem sobie z tym poradzić.
Wiedziałem, że niedaleko mieścił się klasztor benedyktynek i pewnego
dnia poszedłem tam. Na furcie powiedziałem, ze chciałbym porozmawiać z
jakąś mądrą siostrą. Po chwili wyszła do mnie jedna z sióstr, która tak
na mnie popatrzyła, uśmiechnęła się i powiedziała: "Czekałam na ciebie."
Usiedliśmy sobie w pokoju i zaczęliśmy rozmawiać tak, jakbyśmy się
znali od zawsze. Na końcu powiedziała mi: "Słuchaj, Matka Boża ma dla
ciebie wspaniały plan, ale tym, co cię od Niej odgradza jest sztuka
walki, którą trenujesz. Wybór należy do ciebie."
Byłem zdumiony…
Myślałem, że będę przyprowadzał do Matki Bożej chłopaków, którzy sami
od siebie nigdy do kościoła nie przyjdą i to będzie taka fajna forma
ewangelizacji, by poprzez sztuki walki doprowadzić ich do
chrześcijaństwa. Ale ona kręciła tylko głową i mówiła:
"Nie, to są
dwa różne źródła mocy, nie można tego łączyć. Nie można być jednocześnie
chrześcijaninem i buddystą. Nie można trenować kogoś w bardzo
brutalnych technikach walki, a jednocześnie otwierać się na Moc Ducha
Świętego, który jest Pokojem, Czułością, Łagodnością całkowicie
pozbawioną agresji…".
Tak więc z ciężkim sercem, ale za wielką
łaską Bożą podjąłem decyzję, że rezygnuję ze sztuk walki. Przyjechałem
do Bydgoszczy, zrobiłem walne zebranie związku i złożyłem rezygnację ze
stanowiska dyrektora technicznego ds. karate. Nie wiedziałem, co będzie
dalej, ale moja decyzja była nieodwołalna.
Od tamtego czasu
minęło przeszło 15 lat. Nadal przyjaźnię się z wieloma znajomymi z
tamtego środowiska sztuk walk. Cały czas trzymamy się razem. Moi
najbliżsi przyjaciele, z którymi trenowałem przez wiele lat, są dzisiaj
ewangelizatorami w Bydgoszczy; jeden w środowisku biznesmenów, drugi już
nie trenuje sztuk walki – zrezygnował z nich na rzecz sportów walki.
Ma bardzo mocną sieć klubów taekwondo w Bydgoszczy i tam również
propaguje drogę życia chrześcijańskiego wśród młodzieży.
Kończąc
moje opowiadanie, Matka Boża coraz głośniej wołała mnie, abym się Jej
oddał. To było z miesiąca na miesiąc coraz mocniejsze, coraz silniejsze,
ale tak jak zawsze, było to: "Jeśli chcesz. Nie musisz, tylko jeśli
chcesz." Bardzo delikatnie, cichutko, aby nie przestraszyć, aby nie
naruszyć wolnej woli, pytała:
"Czy chcesz być mój na zawsze, tylko
dla mnie? Jeśli tego nie chcesz, będę cię kochać, będę cię błogosławić,
dam ci szczęśliwą rodzinę. Ale jeśli chcesz zostać moim ukochanym
kapłanem, to będziesz najbardziej szczęśliwy."
No i tak się stało. Rok później wstąpiłem do zgromadzenia salezjańskiego...
I tak, w wielkim skrócie, opowiedziałem Wam historię swojego
powołania. Po wielu latach prowadzenia przez Maryję w życiu zakonnym,
doświadczałem wielkich walk z szatanem, ale na Niej nigdy się nie
zawiodłem. Ona zawsze była, jest i będzie przy mnie i przyjdzie po mnie w
chwili śmierci, aby mnie przyprowadzić do Ojca Niebieskiego, tak jak to
czyni każdego dnia już tu na ziemi - na modlitwie. Jej moc nad szatanem
jest druzgocząca, Ona ma całą moc Boga, aby zmiażdżyć szatana. Tak
bardzo to widzę w posłudze uwalniania i egzorcyzmach. W posłudze
uzdrawiania widzę, że najpiękniejsze uzdrowienia dzieją się wtedy, gdy
Ona prosi o nie Jezusa i Jezus dokonuje ich składając nas w Jej
ramionach. A jednocześnie widzę jak szatan przeraźliwie Jej się boi i
zrobi wszystko, żeby wyeliminować Ją z życia i z serca każdego dziecka
Bożego. Widzę, że - tak jak w życiu ziemskim - relacje w rodzinie są
wtedy najpiękniejsze, gdy dziecko ma kochąjącą mamę i tatę... tak w
życiu duchowym dziecko najpiękniej się rozwija, gdy ma kochającego Ojca
Niebieskiego i Najwspanialszą Mamę Maryję! Wtedy jest
najbezpieczniejsze.
Ze str. Zapach Nieba - Anna Musiał
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz