poniedziałek, 13 lipca 2026

Leon XIV i Msza trydencka. Papież ma dwie drogi, ale zdecydować może... polityka

 

Leon XIV i Msza trydencka. Papież ma dwie drogi, ale zdecydować może... polityka

leon-blogosl.jpg
Źródło: YouTube/Vatican News

Leon XIV jest jak Herkules na rozstajach. Musi podjąć niezwykle brzemienną w skutki decyzję. O swobodę dla Mszy trydenckiej prosi go rosnąca liczba kardynałów i biskupów. Z drugiej strony progresiści wzywają go, by ostatecznie zakazał tradycyjnej liturgii.

Kiedy umarł papież Franciszek, dla wszystkich zainteresowanych Kościołem było jasne: jego następca będzie musiał coś zrobić w sprawie Mszy trydenckiej.

Spór w tej kwestii trwa od 1970 roku, czyli od wprowadzenia nowego rytu Mszy świętej. Najpierw były zakazy, później nieco poluzowania, wreszcie czasy swobody za Benedykta XVI. 7 lipca 2007 roku papież Ratzinger ogłosił „Summorum pontificum” i pozwolił na odprawianie Mszy trydenckiej każdemu kapłanowi. Wydawało się, że to już koniec tej historii, ale wtedy pojawił się Franciszek. Papież z Argentyny nadstawił ucha na głosy, które wydobywały się z prestiżowej rzymskiej uczelni Anselmianum. Papieski Uniwersytet św. Anzelma to kuźnia liturgicznych ekspertów – ale w duchu Annibale Bugniniego, czyli gorących zwolenników reformy rytu mszalnego i nowoczesnej teologii, otwartej na dialog i „wymianę darów” ze współczesnością. Z jakiegoś powodu Franciszek postanowił zrobić to, co zaproponował najważniejszy przedstawiciel tego środowiska, profesor Andrea Grillo. Człowiek pod wieloma względami wybitny: kościelny erudyta, obdarzony niezwykle ostrym piórem i żywym temperamentem, pracowity i głęboko oddany ideom, o które walczy. Problem tylko w tym, że te idee wiążą się z jednym hasłem:


zerwaniem ciągłości w Kościele.

Wielkie zerwanie

Dla Grilla i jemu podobnych, II Sobór Watykański stanowi totalną cezurę. Od tego momentu, a zwłaszcza od reformy liturgicznej, miał rozpocząć się upadek „modelu trydenckiego” funkcjonowania Kościoła katolickiego. Koniec z piramidalną strukturą hierarchiczną; koniec ze sztywną moralnością seksualną; koniec z bogactwem liturgicznym… Nadszedł jakoby czas „prostego Kościoła ducha”, pozbawionego „barokowej” i „patriarchalnej” ornamentyki oraz analogicznej teologii.

Dla takich ludzi Msza trydencka stanowi w Kościele katolickim ciało obce. Fakt, że była sprawowana przez długie wieki i prowadziła do uświęcenia niezliczonej rzeszy ludzi, nie ma żadnego znaczenia: to już przeszłość, to się skończyło. Uważają, że Msza trydencka jest martwa, bo martwa jest teologia, którą wyrażała. Nie chodzi o to, że jest nieprawdziwa albo błędna (choć to także), ale o to, że nie zachowuje adekwatności z naszymi czasami. Kiedy zwolennicy tego światopoglądu widzą, że do Mszy trydenckiej garną się młodzi ludzie, mogą powiedzieć tylko jedno: to prawicowa manipulacja, to łabędzi śpiew reakcji przeciwko nowoczesności, to przedśmiertne drgawki ultramontańskiego upiora kontrrewolucji. Boją się – naprawdę się boją! – że w Kościele ta reakcja mogłaby zwyciężyć. Uważają, że Kościół, który będzie kontynuować trydencko-barokowo-patriarchalno-ultramontańską linię – że taki Kościół stanie się bezsilny, zostanie zapędzony na margines społeczny, po prostu straci jakąkolwiek moc oddziaływania. Dlatego z nim walczą – niekiedy z wielkim ferworem, jak czyni to Andrea Grillo.

Najważniejszy element zakazu Franciszka

Grillo zatem powiedział, a Franciszek wykonał: ogłosił „Traditionis custodes”. Wielu wydaje się, że najważniejszym elementem  tego dokumentu są zakazy, które ogłosił papież. To prawda na poziomie pragmatycznym: jeżeli „Traditionis custodes” ma jakieś znaczenie dla życia ludzi, to właśnie poprzez to, że prowadzi do zamykania miejsc kultu i odmowy udzielania sakramentów w tradycyjnym rycie.

Jednak najważniejszym punktem „Traditionis custodes” jest coś innego, a mianowicie artykuł 1. „Księgi liturgiczne promulgowane przez świętych papieży Pawła VI i Jana Pawła II, zgodnie z dekretami Soboru Watykańskiego II, są jedynym wyrazem lex orandi Rytu Rzymskiego”. Skoro Novus Ordo Missae jako jedyny wyraża ryt rzymski, to znaczy, że Vetus Ordo Missae „niczego nie wyraża”, jest więc bytem „historycznym”. Toleruje się jego sprawowanie, ale to – podkreślam – byt historyczny.

Dlatego w liście do biskupów, który Franciszek dołączył do „Traditionis custodes”, zapisano, że pasterze mają doprowadzać wiernych do uczestnictwa w Novus Ordo Missae. Innymi słowy, chodziło o uzgodnienie rzeczywistości w świecie z rzeczywistością zadekretowaną prawnie: Vetus Ordo Missae jest historyczny i jako taki, nie powinien być już w ogóle sprawowany.

Rewizja wydarzenia soborowego

Konstrukcja rzeczywistości przy biurku jest trudna, dlatego Franciszkowi się nie udała. Pomimo „Traditionis cutodes” wierni dalej garnęli się do tradycyjnej liturgii, bo uważali, że tylko tam otrzymują bezpieczeństwo doktrynalno-moralne. Im więcej było w Kościele przyzwolenia na sodomizację, tym większa była popularność rzekomo „historycznego” rytu.

Leon XIV może uznać, że cała ta narracja o zerwaniu i nowym Kościele jest jakąś ideologiczną bzdurą.

Ostatecznie Benedykt XVI w „Summorum pontificum” orzekł, że tradycyjna liturgia musi zostać zachowana. Dlaczego? Intencją Benedykta nie była tylko jakaś archaiczna miłość do starych obrzędów. Nie było nawet przekonanie o tym, że Vetus Ordo Missae zawiera jakieś kluczowe prawdy, których pozbawiony jest Novus Ordo Missae (choć to także). Przede wszystkim, Benedykt kategorycznie oponował ideologii wielkiego zerwania. Nie chciał zgodzić się na to, by dzielić Kościół na przed- i posoborowy. Uważał – całkiem słusznie – że wyrzucenie z Kościoła Mszy trydenckiej jest znakiem triumfu ideologicznego tych, którzy w imię progresizmu chcą ogłosić nowy katolicyzm. Dlatego zarządził utrzymywanie w Kościele obu porządków mszalnych, starego i nowego – by podkreślić jedność wiary Kościoła na przestrzeni wieków.

To bardzo trzeźwe spojrzenie. Papież Franciszek zgodził się na propozycje Andrei Grillo, bo teoria wielkiego zerwania była dla niego ciekawa. Przecież wielokrotnie głosił, że Kościół katolicki musi nadrobić przepaść, jaka miałaby dzielić go od nowoczesności. Msza trydencka stała się w jego oczach wyrazem „reakcji antynowoczesnej”. Mamy prawo sądzić, że Franciszek zupełnie szczerze upatrywał w tym zagrożenia dla tego, co rozumiał jako misję Kościoła katolickiego w XXI wieku. Dlatego walczył z Mszą trydencką – bo chciał ocalić wyobrażoną adekwatność Kościoła katolickiego i naszych czasów.

Leon chce iść „naprzód”

Leon XIV jest przekonany, że Kościół katolicki postępuje naprzód w czasie prowadzony przez Ducha Świętego. Mówił o tym w swoim cyklu katechez poświęconych II Soborowi Watykańskiemu. Dla Leona ten sobór jest „gwiazdą polarną” Kościoła w XXI wieku. To samo dotyczy reformy liturgicznej: papież ani słowem i nigdy jej nie skrytykował, piętnując tylko „nadużycia” liturgiczne. Kiedy został zapytany w wywiadzie w 2025 roku, co sądzi o postulatach liturgicznych tradycjonalistów, wyraził się dobitnie: powinna im wystarczyć celebracja Novus Ordo Missae po łacinie. Wydaje się, że dla Leona kwestia rytu liturgicznego jest kwestią czysto estetyczną: papież całkowicie odrzuca możliwość powrotu do „teologii”, która wiąże się z Mszą trydencką w sensie jej przeciwstawiania ekumenizmowi, synodalizmowi czy dialogizmowi Kościoła po Soborze Watykańskim II.

To chyba wszystko, czego można spodziewać się po papieżu Leonie: uznania, że Mszę trydencką można tolerować, ale tylko o tyle, o ile nie wiąże się z kontestacją kursu teologicznego i duszpasterskiego Kościoła.

Leon nie jest Benedyktem XVI, który nie był w pełni zadowolony z tego kursu i uważał, że już w samym Soborze Watykańskim II dały o sobie znać negatywne tendencje. Benedykt nie odrzucał nigdy żadnych tekstów czy nawet wyrażeń soborowych; jednak jako aktywny uczestnik tego zgromadzenia dobrze wiedział, jakie towarzyszyły mu dyskusje i intencje. Dlatego w swojej refleksji eklezjologiczno-historycznej nie podchodził do „wydarzenia” Vaticanum II zupełnie bezkrytycznie. Leon XIV nie ma tego doświadczenia. Dla niego sobór to po prostu „gwiazda polarna”. W taką stronę będzie prowadzić Kościół.

Papież jest dziś wzywany przez wielu kardynałów i biskupów do tego, by odwołać „Traditionis custodes” Franciszka i przywrócić „Summorum pontificum” papieża Benedykta. Gdyby się na to zdecydował, opowiedziałby się za obcą sobie wizją eklezjologiczną. Nie sądzę, by to zrobił. Mogę się mylić, ale stanowisko, które zajmuje Leon, zdecydowanie bardziej skłania do innej prognozy: utrzymywać w mocy „Traditionis custodes” jako ostateczne rozstrzygnięcie kwestii liturgicznej. To, co możliwe, to większy zakres tolerancji dla „historycznego” rytu, za jaki został uznany Vetus Ordo Missae.

Rozwiązanie polityczne

W tym świetle wydaj się oczywiste, że jeżeli ruch na rzecz tradycyjnej liturgii stałby się „adogmatyczny”, byłby akceptowany. Innymi słowy, musiałby pójść drogą „estetyzacji” – przedstawiać się w perspektywie egzystencjalnej wartości. Akcentować kwestie estetyczne Mszy trydenckiej, jako stwarzające unikalną przestrzeń doświadczenia transcendentalnego dla wiernych – abstrahując od fundamentalnych zagadnień teologicznych.

Problem w tym, że zwolennicy Mszy trydenckiej nie będą chcieli iść taką drogą. Tacy ludzie jak Andrea Grillo mają przecież w jednym rację: Msza trydencka rzeczywiście wiąże się z inną teologią, niż ich wyimaginowany synodalny katolicyzm „czystego ducha”. Wprawdzie wśród zwolenników Mszy trydenckiej są tacy, którzy wyznają bardziej progresywną teologię, ale to zdecydowana mniejszość. Większość kocha Mszę trydencką także dlatego, że wiąże ją z bezpieczną doktryną i moralnością, pozbawioną skłonności do „wymiany darów” ze współczesnością. Jeżeli mieliby chodzić na Mszę trydencką, ale jednocześnie głosić afirmację „Fiducia supplicans”, nie zgodzą się.

Dlatego sytuacja wydaje się dość patowa: ruch tradycjonalistyczny zyskuje popularność, ale ta popularność karmi się odrzuceniem głównego kursu „soborowego”. Oczekiwać, że reprezentanci kursu „soborowego” – nawet umiarkowanego – będą wzmacniać ruch tradycjonalistyczny, który jest w nich wymierzony, to absurd. Nie wydaje mi się, żeby było widoczne jakieś trwałe rozwiązanie.

To, co możliwe, to raczej przeciąganie liny w ramach istniejącego status quo: można negocjować zakres tolerancji, bo ten zakres zależy również od siły, jaka stoi za konkretnymi środowiskami. Jeżeli zachodni katolicyzm będzie stawać się coraz bardziej prawicowy i stąd będzie nabierać skłonności do Mszy trydenckiej, od strony pragmatycznej po prostu nie da się tego ignorować. Niewykluczone zatem, że – choć może to brzmieć dla katolickiego ucha nieco chropawo – o bezpośredniej przyszłości Mszy trydenckiej nie zadecyduje wcale teologia, ale polityka.

To sytuacja paradoksalna: polityzacja Mszy świętej jest czymś, co należy odrzucić. Z drugiej strony, to właśnie prawicowe ruchy polityczne są faktycznie jedynym wsparciem i zapleczem społecznym dla kościelnego ruchu trydenckiego - bo ich ideologia polityczna, która ceni autorytet, tożsamość i tradycję, jest zbieżna z teologicznymi wartościami, które wyrażają się poprzez liturgiczny ruch tradycjonalistyczny. 

Innymi słowy, nasz papieski Herkules nie pójdzie wcale tam, gdzie sam chce – ale tam, gdzie zostanie pociągnięty. 

Paweł Chmielewski

źródło:Pch24

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

s. Łucja:"Ojcze, Matka Boża jest bardzo niezadowolona, ponieważ ludzie nie wzięli sobie do serca Jej orędzia z 1917 roku."

  s. Łucja:"Ojcze, Matka Boża jest bardzo niezadowolona, ponieważ ludzie nie wzięli sobie do serca Jej orędzia z 1917 roku." ...