wtorek, 5 listopada 2019

Mistyk czyścowy - Stanisław Papczyński

Mistyk czyścowy - Stanisław Papczyński (1631–1701)
Zacznijmy od tego: jego życie w zdumiewający sposób zostało nasycone znakami i cudami, od znaków ewangelicznych przez teologiczne po odwołania w przyszłość! Rzadko który ze świętych, mistyków czy ascetów ma taki symboliczny życiorys. Co też nie jest częstym zjawiskiem, został on wyniesiony na ołtarze trzy wieki po śmierci. Więcej – to jeden z tych rzadkich przypadków, że ktoś po tak długim okresie wyczekiwania na beatyfikację już kilka lat później został ogłoszony także świętym! Czyżby miał coś ważnego do powiedzenia współczesnemu światu?
Rozpocznijmy jednak od początku. Najpierw, a trwa to kilkanaście lat, przyszły św. Stanisław Papczyński jest „Janem”. To jego imię chrzcielne, nadane mu przez rodziców – prostych chłopów z Podegrodzia, wioski leżącej w dolinie Dunajca, usytuowanej niecałe cztery kilometry od Starego Sącza. Tam przenieśli się, by być bliżej ukochanej św. Kingi, której relikwie znajdowały się właśnie w Starym Sączu. Podporządkować swej pobożności nawet miejsce zamieszkania – to zakrawa na religijne szaleństwo albo… jest znakiem czegoś niezwykłego… To jeden ze znaków, że lista tego, co ważne było w tym chłopskim domu, jest zupełnie inna niż „na tym świecie”.
Coś było już w genach naszego wielkiego mistyka i świętego. Jego dziadek musiał mieć duszę niespokojną i ciekawą świata, skoro dwukrotnie odwiedził Rzym, a widok Wiecznego Miasta, przede wszystkim zaś ujrzenie papieża, odcisnęło się na nim jak wielka pieczęć. Nieustannie o tym opowiadał, czyniąc z Rzymu punkt odniesienia do wszystkiego, co znał. W konsekwencji zaczęto nazywać go (z lekko kpiącym uśmieszkiem) „papieżem” lub „papką” i niebawem ten wyróżnik stał się jego nazwiskiem. Jego syn, Tomasz, był już synem „Papki”, tak samo jak urodzony w kolejnym pokoleniu Jan.
Ojcem Jana jest pracowity, znający swój fach kowal. To człowiek solidny i prawy, szanowany tak bardzo, że powierzono mu nawet obowiązki sołtysa i zarządcy dóbr parafialnych. I tu ujawnia się jedna z cech, którą odziedziczy przyszły święty. Kiedy proboszcz usiłuje przywłaszczyć sobie kościelne pieniądze, ojciec Jana publicznie mu się sprzeciwia. Umie odróżnić to, co sakramentalne i święte w Kościele, od tego, co ludzkie i wodzone na pokuszenie przez tysiące diabłów. Broni pierwszego, walczy z drugim. Taki właśnie okaże się niebawem jego syn. Chłopiec widzi i pamięta: kiedy Tomasza oskarżono o naruszenie przepisów prawa, nie waha się bronić swej niewinności przed sądem. Tu pojawia się pierwsze „dziwne zdarzenie”: oskarżyciele nie zdołali stawić się przed sądem, bo… wszyscy zmarli. Papczyński też będzie miał władzę nad życiem i śmiercią. Jak Tomasz Papka okaże się człowiekiem niebezpiecznym dla wrogów. Obracając się wśród hrabiów i książąt, zwróci kiedyś uwagę jednej z panien, że nie wolno jej kochać swego pieska bardziej niż tych, którzy mają duszę nieśmiertelną. Widząc zacięty opór hrabiny, spogląda na zwierzę trzymane przez nią w ramionach i wypowiada tylko dwa słowa: „Zdechnij, piesku”. W tym momencie zwierzęciu przestaje bić serce…
Tomasz, zelżony przez sąsiada, broni swego dobrego imienia przed sądem, ale nie walczy z przeciwnikiem. Gdy na mocy wyroku sąsiad ma zapłacić Papce wysoką sumę jako zadośćuczynienie, ten karę mu po prostu daruje. To samo zrobi później jego małżonka. Kiedy sąsiad imieniem Andrzej ciężko ją znieważy i pobije, najzwyczajniej w świecie daruje mu winę. Tu właśnie po raz pierwszy pojawia się na scenie nasz Jan: chłopiec dowiaduje się o tym, co się stało i zamierza stanąć w obronie honoru rodzicielki, matka jednak mu na to nie pozwala. Tego, co niedobre, nie uleczy się innym „niedobrem”. Lekarstwem jest tylko dobro. Ale nie, znamy jeszcze wcześniejszy epizod rodzinny związany z przyszłym mistykiem. Może najważniejszy… Jego matka Zofia tuż przed wydaniem syna na świat przepływała łodzią przez wody Dunajca. Kiedy nagle zerwała się burza, rzeka momentalnie wezbrała i oszalały żywioł stał się niebezpieczny. Nagle duża fala, jakby pędzona przez zastęp diabłów, uderza w łódź z taką siłą, że Zofia wpada do wody i zaczyna tonąć. Ocaleje cudem. Wie, że Bóg uratował ją ze względu na jej syna. Bo w niebezpieczeństwie śmierci matka nie myślała o sobie, ale o swym nienarodzonym dziecku. Coś kazało jej przeczuwać, że atak żywiołu był wymierzony w mające przyjść na świat maleństwo. „Kim ono będzie?” – przemknęła myśl. „Ono nie może zginąć”. W tej samej chwili wielkim aktem woli i miłości rzuciła w niebo słowa ofiarowania dziecka Najświętszej Matce. Skoro ziemska nie może go ocalić, niech zatroszczy się o nie Matka Niebieska. I wtedy… nieoczekiwanie podniosła się wysoka fala i wyrzuciła ją na brzeg rozgniewanej rzeki. Była bezpieczna. Niedługo urodzi zdrowego syna. I nazwie go Jan, bo ten najmłodszy z apostołów, jak jej najmłodszy syn, został powierzony opiece Maryi. Tamten Jan odwzajemnił się, jak głosi tradycja, opieką i obroną Jej czci. To miał w życiu robić także Jan z ziemi sądeckiej – jak tamten oddany Matce Jezusa i jak tamten oddający Jej swe życie.
Zaczynają pojawiać się więcej niż symboliczne daty. Chłopiec rodzi się w sobotę, 18 maja 1631 roku. Przychodzi na świat w „dniu Matki” – dniu, kiedy Kościół pochyla się z zachwytem nad wiarą Maryi… Papczyński był przeznaczony na szczególnego Jej czciciela. Jego powołanie zostało potwierdzone chrztem – narodzinami jego duszy dla nieba – który miał miejsce rankiem następnego dnia – w niedzielę. Jan jest „dzieckiem sobotnim”, nic więc dziwnego, że od wczesnego dzieciństwa przyjmuje zwyczaj postu w sobotę – na cześć Maryi Matki.
Czy to przypadek, że w dniu jego narodzin Kościół obchodzi w maryjnym kalendarzu wspomnienie Matki Bożej z Bonport, jednego z najstarszych opactw cysterskich? Powstało ono na skutek wydarzenia analogicznego do opisanego wyżej. Oto nowo koronowany Ryszard Lwie Serce, przeprawiając się konno przez Sekwanę, podobnie jak matka przyszłego mistyka i świętego zostaje porwany przez nurt rzeki i zaczyna tonąć. Wzywa wówczas na pomoc niebo, ślubując uroczyście, że tam, gdzie jego koń postawi nogę na suchej ziemi, zbuduje dla Maryi wielkie opactwo.
Matka Boża z Bonport doskonale pasuje do naszego Stanisława Papczyńskiego, który… Nie, na brzegu Dunajca nie powstanie maryjna świątynia. Ale uratowany przyszły święty jest autorem niezwykłej, nowatorskiej w tamtych czasach księgi: Templum Dei misticum – opowiadającej o „mistycznej świątyni Boga”, którą jest każdy człowiek. Sam stał się świątynią pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny i zachęcał innych, żeby również stali się żywą świątynią Boga.
Jan musi być do czegoś Stwórcy potrzebny, skoro niebo czujnie się nim opiekuje – w dzieciństwie pięciokrotnie w sposób cudowny zachowuje życie. Wychowywany jest jak w świętym domu w Nazarecie, poznaje, czym jest miłość i prawda, uczy się Bożej mądrości. Jego życiorys wygląda jak grubo lukrowane ciastko. A nas niemal mdli.
I nagle… zgrzyt. Cudowne i pobożne dziecko okazuje się mało pojętne. Jan nie ma siedmiu lat, gdy zostaje posłany do miejscowej szkoły i tam ujawnia nieciekawą prawdę o sobie:
wykazuje brak jakichkolwiek zdolności. Nie jest w stanie nauczyć się czegokolwiek, nawet alfabetu. Rodziców ogarnia święta rezygnacja: decydują o zaprzestaniu jego edukacji i posyłają go na pastwiska. Trudno, będzie pasterzem – wzdychają. Tymczasem Jan zaczyna ujawniać dziwny upór, który jest inspirowany wewnętrznym, nieodpartym głosem. Nie mija wiele czasu, kiedy z pomocą parobka potajemnie wraca do szkoły i tam już pierwszego dnia ujawnia nieoczekiwane talenty: od razu uczy się na pamięć całego alfabetu, rozumie wszystko, z usłyszanych wiadomości wyciąga nowe wnioski. Jest najlepszym uczniem! Niebawem wychodzi na jaw przyczyna tej cudownej zmiany. Tępy Jan staje się w jednej chwili geniuszem, bo tak zarządziła jego Matka Niebieska. Wypasając stado owiec na okolicznych łąkach, klęka wśród traw i woła do Niej, błagając o pomoc. Woła i wierzy, że będzie wysłuchany. I Maryja słucha, i odpowiada… Wie, że został wysłuchany, czuje jakby Matka Najświętsza „zamieniła mu głowę”. To dlatego organizuje „ucieczkę” do szkoły – przecież tam jest jego miejsce.

Dalsza nauka znowu jest pełna symbolicznych wydarzeń. Jan uczęszcza teraz do szkoły w Nowym Sączu. Przenosinom towarzyszą „biblijne” okoliczności. Rodzice zabierają dwunastoletniego Jana do Nowego Sącza na jarmark, a on gubi im się w tłumie. Stroskani szukają syna wśród krewnych i przyjaciół, a nie znalazłszy go, wracają do domu. Czy nie jest to scena z Łukaszowej Ewangelii opowiadająca o tzw. znalezieniu Jezusa w świątyni? Nasz chłopiec nie trafia jednak do kościoła… Długo błądzi po nowosądeckich ulicach i placach, aż napotyka jednego ze swoich krewnych. Dziwne, ale nie prosi go o odprowadzenie do rodziców. Domaga się zapisania go zaraz następnego dnia wczesnym rankiem do tamtejszej szkoły. Nie wiedzieć czemu, ale krewny, widząc zdecydowanie chłopca, spełnia jego życzenie. Jan pozostaje w Nowym Sączu.
Szkoła jest dobra, w sam raz dla zdolnego ucznia, ale niebawem okazuje się, że znajduje się w niej diabelska pułapka. Jeden z nauczycieli molestuje chłopców i nie trzeba długo czekać, by zaczął krążyć wokół Jana. Gdy pewnego dnia nauczyciel znajduje okazję, by go pochwycić, chłopiec nie zastanawia się ani chwili: rzuca się do ucieczki, a ponieważ chce być bezpieczny, postanawia uciec za rzekę. Jan dobiega do brzegu… Dunajec jest wezbrany… nie ma przewoźnika. Chłopiec wchodzi do łodzi, sam chwyta długi drąg zastępujący wiosło, woła z całej siły do nieba aktem strzelistym: „Niech będzie pochwalony Przenajświętszy Sakrament!” i… szczęśliwie przepływa na drugi brzeg. Zaryzykował życiem, by zachować niewinność. Wie, że znowu pomogła mu Matka Najświętsza. Od tamtego dnia jest Jej „niewolnikiem”.
Wybrany, ocalony, obdarowany… Różne zdarzenia, także wspomniane przed chwilą, każą mu rozważać wejście na drogę życia całkowicie poświęconego Bogu. W wieku 23 lat Jan Papczyński jest młodym, wykształconym człowiekiem ze wspaniałymi perspektywami na przyszłość. Wszystko zdaje się układać: rodzice znajdują mu nawet piękną i bogatą kandydatkę na żonę. On ma jednak inne plany. W lipcu 1654 roku opuszcza dom rodzinny i wyrusza do klasztoru ojców pijarów, by prosić o przyjęcie do zakonu. Ciekawe, że z domu zabiera trzy książki: dzieła Wergiliusza i Klaudianusza (poety późnorzymskiego, przyrównywanego do Homera) oraz egzemplarz O naśladowaniu Chrystusa Tomasza à Kempis. Ten ostatni wybór pokazuje, jak ważne jest dla niego życie duchowe i jakie jest gotów stawiać sobie wymagania w drodze do świętości. Tymczasem dwa pierwsze ukazują człowieka zachwycającego się pięknem świeckiego słowa. Jest przekonany, że rzeczy świeckie wcale nie kłócą się z wyrzeczeniem i ascezą.
Jest drugi rok nowicjatu, który Jan odbywa w Warszawie, studiując jednocześnie teologię. To czasy szwedzkiego potopu, kiedy pod znakiem zapytania staje nie tylko polskość, ale też katolickość naszych ziemi. Właśnie w tym okresie ma miejsce pewne zdarzenie, do którego Papczyński powraca w swoim testamencie – musiało być dla niego bardzo ważnym znakiem:
Wyznaję, że schodzę z tego świata w wierze rzymskokatolickiej, za którą byłem gotowy przelać krew w czasie wojny szwedzkiej. Gdy wychodziłem wraz z kolegą ze Starego Miasta, koło ojców dominikanów napadł na nas z mieczem żołnierz heretycki. Mój kolega, chociaż był Niemcem, uciekł, a ja, uklęknąwszy nadstawiłem głowę do ścięcia. Dzięki Bożej Opatrzności nie otrzymałem żadnej rany, chociaż byłem trzykrotnie mocno uderzony. Jednak odczuwałem silny ból przez półtorej godziny.
Papczyński ośmiela się przeciwstawić protestantowi szydzącemu z godności Maryi. Jest gotów zginąć w obronie dobrego imienia Matki Najświętszej, bo już wcześniej złożył „ślub krwi”, na mocy którego zobowiązał się raczej umrzeć niż pozwolić na to, by ktoś szydził z godności Maryi Niepokalanej.
W kilka miesięcy po historycznych ślubowaniach Jana Kazimierza, 22 lipca 1656 roku składa śluby zakonne. Jest pierwszym Polakiem – pijarem. W zakonie zadomawia się szybko. Teraz jest już Stanisławem od Jezusa i Maryi. Zdolny i pobożny za chwilę okazuje się świetnym mówcą i znawcą dusz. Najsłynniejszymi z jego penitentów będą nuncjusz apostolski Antoni Pignatelli, późniejszy papież Innocenty XII, i król Jan III Sobieski, któremu zresztą przepowiada wiktorię wiedeńską. Jest doceniany przez przełożonych, współbracia wieszczą mu wielką karierę w zakonie pijarów… Rzeczywiście wszystko na to wskazuje… do czasu, kiedy – jak dawniej jego ojciec – przeciwstawia się złu ubranemu z kościelne szaty. Publicznie upomina samego prowincjała za czyny niezgodne z Bożym prawem! Odpowiedzią jest prześladowanie, a nawet próba zlikwidowania świadka mrocznych tajemnic zakonu. To ostatnie dzieje się w styczniu 1670 roku.
Opatrznościowo w tym właśnie roku Stolica Apostolska zmienia konstytucje pijarów i każdy, kto nie chce żyć według nowej reguły (nie chce zamienić ślubów prostych na uroczyste), może opuścić zakon. Papczyński z tego korzysta. Nie ucieka jednak do świata. Korzysta z okazji, by nie tylko uciec od zepsutego środowiska, ale i od kariery znanego duchownego, i od kościelnej sławy. Przywdziewa biały habit mający symbolizować nieskalaną czystość Matki Bożej i zaczyna nowe życie. Po wielu trudnościach gromadzi wokół siebie wspólnotę poświęconą czci Maryi Panny Niepokalanej. Zaprasza do niej – jest to wyjątek w całym ówczesnym świecie – nie tylko i nie tyle ludzi szlachetnie urodzonych i wnoszących posag do zakonu, ale biednych ludzi najniższego pochodzenia. Ludzi jak on sam.
Najpierw są nimi nie do końca podporządkowani regule Ewangelii pustelnicy w Puszczy Korabiewskiej (nie jest mu łatwo być ich przełożonym), potem pojawia się pierwsza wspólnota, która zamieszkuje przy peryferyjnej stacji wielkiej drogi krzyżowej zbudowanej przez biskupa Wierzbowskiego w Nowej Jerozolimie (dziś Góra Kalwaria). Klasztor i kaplica – tzw. Wieczernik – znajdują się na bagnistych terenach, a jedynym wsparciem, jakie Papczyński otrzymuje od umierającego biskupa, jest Boża Opatrzność.
Papczyński ma dwa cele. Pierwszym jest szerzenie czci Niepokalanego Poczęcia Maryi, drugi jest związany… z jego mistycznymi przeżyciami.
Minęło sześć lat od opuszczenia pijarów. W małej celi zakonnej klasztoru filipinów w Studziannie, gdzie znajduje się cudowny wizerunek Świętej Rodziny, Papczyński leży na wpół umarły, zupełnie bez sił. Wtedy w ekstazie poznaje tajemnicę cierpień dusz czyśćcowych. Widzi, jak Najświętsza Maryja Dziewica wraz z duszami zbawionych proszą Boga o jego powrót do pełni zdrowia – jego, nic dziś nie znaczącego ojca Stanisława! – by mógł wspomagać zmarłych przebywających w czyśćcu. Od tego dnia wszystkie swe choroby, cierpienia i trudy, prześladowania, posty, umartwienia, pokuty, dobre uczynki i zasługi ofiarowuje z miłości za nich. Nieustannie żyje słowami modlitwy:
O Boże nieskończonego miłosierdzia, przymnóż mi cierpień, a im racz zmniejszyć karę”.
Stanisław Papczyński wielokrotnie doświadcza męki konających i cierpień dusz czyśćcowych. Próbuje innym przybliżyć tę chwilę:
W wyobraźni przedstaw sobie jakiegoś człowieka, a nawet samego siebie znajdującego się już w chwili ostatecznego zmagania u kresu życia. W takim momencie złe duchy atakują duszę i chcą albo przez przypominanie zasług pobudzić ją do zarozumiałości, albo też przez wyolbrzymianie grzechów wtrącić ją w rozpacz. […] O, jak straszne jest konanie, gdy potężna moc choroby będzie usiłowała wyprzeć duszę z ciała, ona zaś będzie się sprzeciwiać, ociągać i opierać, nie chcąc opuścić swego nieodłącznego towarzysza, zwłaszcza gdy będzie świadoma złych uczynków, które w nim popełniła. […] Nic ci nie będzie mogło pomóc, jak tylko świadomość spełnionych dobrych uczynków, rzetelnie opartych na zasługach Chrystusa. […] Zobacz więc, jak bardzo winieneś czcić wielu świętych, a wśród nich szczególnie Najświętszą Dziewicę, Matkę umierających, i wiernego ci podczas życia Anioła Stróża. Obyś wtedy doznał ich pomocy, gdy sam sobie w żaden sposób nie będziesz mógł poradzić.
Ale – dodaje – nie wolno myśleć tylko o sobie:
Mówisz, że ty zajmujesz się swoim zbawieniem. Jednakże, o najlepszy obrońco swojego zbawienia, powinieneś wiedzieć, że kiedy dbasz o bliźniego, jednocześnie troszczysz się o samego siebie. Kiedy zaś myślisz tylko o samym sobie, należy obawiać się, żebyś siebie nie zgubił. Albowiem im więcej prac wykonujesz w Pańskiej winnicy, tym pewniejszy jesteś wiecznego zbawienia i nieśmiertelnej nagrody. Zbieraj więc zawsze ułomki, jakie ci pozostają: czas, który ci pozostaje, obróć dla zbawienia bliźniego, nadprzyrodzone moce łaski, których masz w nadmiarze, skieruj i poświęć, troszcząc się o tegoż samego bliźniego.
Całą swoją nadzieję na obronę czci Maryi Niepokalanej i pomoc duszom czyśćcowym wiąże pokornie z powstającym zakonem ojców marianów. Zabiega o jego zatwierdzenie i w 1699 roku otrzymuje dla swej wspólnoty regułę zakonną opartą na Regule dziesięciu cnót Najświętszej Maryi Panny. W 1701 roku Papczyński składa na ręce nuncjusza apostolskiego uroczyste śluby, a miesiąc później przyjmuje je od swoich współbraci. Mijają kolejne dwa miesiące, a jego misja się wypełnia. Nie jest już potrzebny… Umiera.
* * *
Święty Stanisławie, spraw, bym zawsze czcił i kochał Maryję Niepokalaną, i pragnął jak Ona żyć bez grzechu. Niech uciekam się pod Jej opiekę. Obudź też we mnie szczególną miłość bliźniego – pamięć
o duszach w czyśćcu cierpiących, które same nie mogą sobie pomóc. Niech – kiedy stanę przed bramą nieba – pomogą mi one wejść do Bożego królestwa.



W swojej najnowszej książce „Boży Szaleńcy. Niezwykłe losy polskich mistyków” Wincenty Łaszewski przedstawia historie życia i drogi do świętości 26 polskich mistyków.
Autor opisuje zarówno osoby powszechnie znane i cenione jak Jan Paweł II czy Prymas August Hlond, ale też postacie zupełnie anonimowe, których zwyczajne życie wypełnione było modlitwą i ciężką pracą, jak Helenę Majewską czy Anielę Salwę. Wincenty Łaszewski przybliża niewielkie, choć w jakimś sensie reprezentatywne grono - wybrane postacie spośród wielkiej rzeszy mistyków. Wśród opisanych znajdują się kapłani, siostry zakonne oraz osoby świeckie. Mistycy propagujący kult Bożego Miłosierdzia, ale też heroldowie Chrystusa Króla. Są również nauczyciele ciszy, ukrycia i cichej wierności Bogu. Pierwszą grupą opisaną przez autora są święci i błogosławieni, których wiara i objawienia miały ogromy wpływ na życie Kościoła. W tym miejscu warto zwrócić uwagę m.in. na postać średniowiecznego kartuza - Dominika z Gdańska.
Niepozorny zakonnik reformuje sposób odmawiania modlitwy Różańcowej. Jako pierwszy dodaje rozważania przy odmawianiu poszczególnych tajemnic. Medytacje różańcowe przygotowuje w postaci spisanych klauzul. Dominik, jak każdy kandydat do zakonu, przechodzi czas próby. Trafia pod opiekę świętego opata, mistrza Adolfa von Essen, który poleca mu ćwiczyć się w skupieniu przez odmawianie pięćdziesiąt razy Zdrowaś Maryjo. Młody zakonnik zaczyna tę praktykę, ale szybko przekonuje się, że jest to zajęcie nudne i bezsensowne: odmawiane zdrowaśki wcale nie prowadzą go do spotkania Boga. Wyznaje swe trudności mistrzowi, a ten zamiast przekonywać poleca mu inną metodę modlitwy. Dominik ma rozważać życie Jezusa i Jego Matki. Niebawem nowy kartuski nowicjusz wpada na pomysł tak prosty, że potem dziwiono się, że trzeba było czekać na jego odkrycie do dnia, kiedy w trewirskim klasztorze pojawi się student z Krakowa. Dominik nie porzuca zdrowasiek – przecież ma maryjną duszę! – ale przy każdym Zdrowaś Maryjo po słowie „Jezus” zatrzymuje czas i zaczyna rozważać któreś z wydarzeń z życia Zbawiciela. Do każdej z pięćdziesięciu zdrowasiek pisze tematy rozmyślań. Tak powstają słynne „klauzule”.
Drugą znaczącą grupą są mało znani mistycy polscy. Niektórzy z nich, w tak obszerny, porządkujący sposób, zostali opisani po raz pierwszy. Częstokroć do momentu ich śmierci, przesłania, które otrzymali od Boga, znane były tylko spowiednikom i kierownikom duchowym. Czy polscy mistycy są jakoś inni? O, z pewnością. Fenomen polski polega na innym rodzaju ducha. Mistycy polscy siedzą okrakiem na miedzy - między Wschodem a Zachodem. To mistyka zachodnia w tonacji Wschodu. – pisze we wstępie autor. Trzecią grupą są mistycy, których obdarzono przesłaniami dotyczącymi Polski. Wielokrotnie objawienia te podtrzymywały Polaków na duchu w czasach upadku Rzeczpospolitej. Szczególnie ciekawą postacią jest Wanda Malczewska, która miała wizje odnoszące się do losów Polski, w tym niepodległości naszego kraju. Kiedy Wanda jest świadkiem ukrzyżowania Chrystusa - widzi, jak Jezus oddaje swoją Matkę w opiekę św. Janowi, i słyszy: „Im więcej który naród ukocha Ją, tym więcej ode Mnie łask otrzyma i choćby przez wrogów skazany był na zagładę, nie zginie, ale odradzać się będzie”.
Ukazuje się jej też Matka Najświętsza, która mówi do Wandy: Tak, Polska niegdyś wyróżniała się nabożeństwem do Mnie – to też serdecznie ją kocham. Pod moją opieką wzrastała. Nieprzyjaciół, nawet silniejszych, zwyciężała. Jej oręż wsławił się wobec całego chrześcijaństwa, gdy szła do boju pod moim hasłem. Skoro otrzyma niepodległość, to niedługo powstaną przeciwko niej dawni gnębiciele, aby ją zdusić. Ale moja młoda armia, w imię moje walcząca, pokona ich i odpędzi daleko, i zmusi do zawarcia pokoju. Ja jej dopomogę. W ten sposób zapowiada odzyskanie przez Polskę niepodległości i mający miejsce dwa lata później Cud nad Wisłą. Mówi jeszcze: Dostaliście się do niewoli wskutek niezgody wewnętrznej i sprzedajności wielu waszych rodaków. Rozebrali was na kawałki, ale Pan Bóg na moją prośbę [Matki Bożej] tego rozbioru nie zatwierdził. Zbliża się czas, że sprawiedliwość Boska upokorzy chciwość zaborców waszych, tępicieli wiary katolickiej i nabożeństwa do Serca mojego Syna. Oni upadną, a Polska na moją prośbę będzie wskrzeszoną i wszystkie jej części będą złączone.
Ale... niech strzeże wiary i nie dopuszcza niedowiarstwa... zdrady... niezgody i lenistwa, bo te wady mogą ją na powrót zgubić i to... na zawsze! Niezwykle zaskakująca, w zestawieniu przygotowanym przez autora publikacji, jest obecność osób właściwie współcześnie nam żyjących, jak Anatol Kaszczuk, który zmarł w 2005, czy Zofia Nosko, której ziemska wędrówka zakończyła się w 1996 roku. W książce można znaleźć nie tylko świętych, ale osoby dopiero wędrujące na ołtarze. Są wśród nich ludzie zapomniani oraz tacy, którzy wzbudzali mnóstwo kontrowersji jeszcze za życia. Wśród wymienionych przez autora postaci są również ci, których utajona świętość dała o sobie znać dopiero po ich śmierci poprzez spektakularne cuda. Niektórzy z opisanych przez autora mistyków pozostawili po sobie notatki i dzienniczki duchowe.
Wincenty Łaszewski przedstawia cichych i tajnych współpracowników Pana Boga. Mistyków, którzy zmienili i nadal zmieniają bieg historii.
Wśród opisanych postaci znajdują się: (poniżej tytuł rozdziału i postać mistyka) Nałożone życiorysy - (Juta z Chełmży) Zamurowana - (Dorota z Mątowów) Brama różańcowa - (Dominik z Gdańska) „Jezu Nazareński!” - (bł. Władysław z Gielniowa) Nieużywane klucze - (Mikołaj z Mościsk) Mistrz świętego Ludwika - (Kasper Drużbicki) Złote jabłko - (Wojciech Męciński) Wielka panna z wielkim skarbem - (Marianna Marchocka) Fruwający kamień - (Chryzostom Stefan Dobrosielski) Mistyk czyśćcowy - (Stanisław Papczyński) Widząca Polskę - (Wanda Malczewska) W bieli za Krzyżem - (Celina Borzęcka) Cherubiczność - (Cecylia Działyńska) Mistyka Eucharystii - (Ludwika Morawska) Kontemplacja za pomocą szczotki - (Aniela Salawa) Niezakrzywiony horyzont - (August Hlond) Niepokalana z koronami - (Maksymilan Maria Kolbe) W odorze chorób wenerycznych - (Rozalia Celakówna) Krawiec szat Bożych - (Jan Tyranowski) Pierwszosobotnia rozmówczyni - (Barbara Kloss) Boże niemowlęctwo - (Leonia Nastał) Sekretarka Miłosierdzia Pańskiego - (Faustyna Kowalska) Apostołka Bożego Miłosierdzia w Wilnie - (Helena Majewska) Przyjaciel aniołów - (Anatol Kaszczuk) Pospolity polny kwiat - (Zofia Nosko) Totus Tuus - (Karol Wojtyła)
Zapraszamy do lektury.

Nieśmiertelna dusza istnieje

W czasach ZSRR sowieccy ateiści kpili sobie z ludzi wierzących w istnienie nieśmiertelnej ludzkiej duszy, twierdząc, że jej nie ma, bo nie widać jej na prześwietleniu. Inni byli przekonani, że dusza ludzka jest materialną energią i da się ją badać, ale są i tacy ateiści, dla których dusza to tylko produkt ludzkiego mózgu lub zwykłe złudzenie.
     Ci wszyscy, którzy nie wierzą w Boga oraz w istnienie nieśmiertelnych ludzkich dusz, powinni uświadomić sobie prosty fakt, że duchowy wymiar rzeczywistości jest niedostępny poznaniu zmysłowemu, a jego istnienie można odkryć tylko na drodze uczciwego i konsekwentnego poszukiwania prawdy, która nieskończenie przekracza świat doświadczalny naszymi zmysłami. I tak na przykład byłoby szczytem braku zdrowego rozsądku szukać mądrości i wiedzy u człowieka, badając jego mózg rezonansem magnetycznym. O istnieniu duchowego wymiaru naszego człowieczeństwa, czyli o istnieniu nieśmiertelnej duszy, świadczą takie przejawy jej działania, jak myślenie, miłość, dobroć, zmysł moralny, sumienie, samoświadomość itd.
     Trzeba z pokorą wsłuchiwać się w orędzie tych ludzi nauki, którzy szczerze szukają prawdy i nie są zniewoleni ideologicznymi uprzedzeniami. Jednym z takich naukowców jest laureat Nagrody Nobla neurofizjolog J. C. Eccles (zob. poprzedni artykuł), który opierając się na badaniach ludzkiego mózgu, doszedł do wniosku, że tylko niematerialny podmiot może wytwarzać myśli i zjawiska psychiczne, a świadomość nie może być produktem materii. Idąc tym tropem, prof. Eccles wywnioskował, że istnieje duchowa ludzka dusza - niematerialny umysł, który posługuje się materialnym mózgiem i działa poprzez niego.
     Przejawy istnienia duchowej duszy
     Jest prawdą wiary, że w momencie zapłodnienia, to znaczy połączenia się komórek męskiej i żeńskiej, Bóg stwarza indywidualną, nieśmiertelną duszę, która nie ginie po oddzieleniu jej od ciała w chwili śmierci. To dzięki niej człowiek nosi w sobie Boży obraz i Boże podobieństwo, zalążek wieczności, który "nie może być sprowadzany do samej tylko materii" (Gaudium et spes, 18; por. 14).
     Kiedy mówimy o nieśmiertelnej ludzkiej duszy, to powinniśmy pamiętać, że dotykamy tajemnicy ludzkiego ja z jego samoświadomością, wolnością, myśleniem, miłością, wyobraźnią, kreatywnością. Spośród wszystkich stworzeń tylko człowiek ma rozum, wolną wolę, samoświadomość, możliwość refleksji nad sobą samym. Swoimi myślami może wnikać duchowo w makro- i mikrokosmos i je poznawać, a także tworzyć naukę, rozumować, osądzać, wartościować, tworzyć pojęcia abstrakcyjne. Oczywistym znakiem istnienia pierwiastka duchowego w człowieku jest również nasza zdolność komunikacji za pomocą języka, z gramatyką i logiką myślenia (czego w ogóle nie ma w świecie zwierząt). Co więcej, człowiek nieustannie czyni postęp w nauce, w rozwoju cywilizacji (od liczydła do komputera, od łuku po statki kosmiczne itd.), natomiast zwierzęta zawsze czynią to samo i w taki sam sposób.
     To dzięki duchowej duszy człowiek jest istotą rozumną i wolną, ma samoświadomość, jest otwarty na prawdę, miłość, dobro i piękno, ma sumienie i zmysł moralny, dzięki któremu może odróżniać dobro od zła, wierzyć lub nie wierzyć w Boga. Te wszystkie przejawy życia duchowego są nieobecne w życiu zwierząt z tej prostej przyczyny, że nie mają one duchowej duszy. I tu sam zdrowy rozsądek podpowiada, że wiara w reinkarnację świadczy o wyjątkowej naiwności jej wyznawców i o braku zdroworozsądkowego myślenia u nich.
     Harmonijny rozwój człowieka od momentu poczęcia jest zaprogramowany przez "informację" (kod genetyczny) znajdującą się w każdej komórce ludzkiego organizmu. To właśnie ta zakodowana genialna "informacja" organizuje rozwój ciała, zarządza nim i nadaje mu kierunek. Jest ona znakiem istnienia i działania indywidualnej ludzkiej duszy, która tak jednoczy, ożywia i kształtuje materię, że staje się ona ciałem konkretnego człowieka. Dusza objawia się w ludzkim ciele i jako duchowa rzeczywistość osobowego ja jest obecna w każdej komórce ludzkiego organizmu.
     Fakty bilokacji
     Jednym z argumentów wskazujących na istnienie duchowej duszy w człowieku są liczne udokumentowane fakty bilokacji w życiu świętych. Dzięki specjalnemu darowi otrzymanemu od Boga święci mogli się przemieszczać swoim duchem w miejsca odległe nieraz o tysiące kilometrów, aby przychodzić z pomocą potrzebującym. Ich ciało pozostawało w miejscu zamieszkania, natomiast dusza była równocześnie obecna w innym miejscu, aby nieść konkretną pomoc. Pomimo tego, że to była duchowa obecność, inni ludzie mogli ich widzieć i rozmawiać z nimi.
     Ukazywanie się dusz czyśćcowych
     Fakt ukazywania się dusz w czyśćcu cierpiących ludziom żyjącym na ziemi, aby prosić ich o modlitwę w swojej intencji, świadczy o istnieniu ludzkiej duszy i o dalszym jej życiu po śmierci ciała. Mamy liczne świadectwa świętych, których Bóg obdarzył specjalnym charyzmatem spotykania się z duszami cierpiącymi w czyśćcu, przychodzącymi z prośbą o modlitwę i ekspiację za swoje grzechy. Trzeba tu mocno podkreślić, że możliwość spotykania się z duszami czyśćcowymi jest specjalnym darem Boga. Natomiast każda próba wywoływania dusz zmarłych i kontaktu z nimi w seansach spirytystycznych jest otwieraniem się na działanie złych duchów, które doskonale potrafią się kamuflować i podszywać pod osoby zmarłe - dlatego takie praktyki są zawsze grzechem ciężkim.
     Doświadczenia z granicy śmierci
     O istnieniu i życiu po śmierci duszy ludzkiej mówią doświadczenia ludzi, którzy w śmierci klinicznej zbliżyli się do granicy prawdziwej śmierci. W książce Immortality, the Other Side ofDeath jej autorzy: Gary R. Habermas i J.P. Moreland, udokumentowali wiele przypadków osób, w tym również niewidomych, które doświadczyły śmierci klinicznej. Jeden z niewidomych, który w tragicznym wypadku doznał śmierci klinicznej, po odzyskaniu przytomności w najdrobniejszych szczegółach opisał akcję reanimacyjną służby medycznej, którą obserwował "oczami" swojej duszy. Również inni niewidomi od urodzenia opisywali przebieg swej reanimacji z takimi detalami, jak kolor ubioru czy rodzaj biżuterii personelu medycznego.
     Stwierdzenie zaniku fal mózgowych przez dłuższy czas jest obecnie najważniejszą definicją naturalnej śmierci. Zostały zbadane przypadki osób, u których badania encefalograflczne wykazały, że nastąpił u nich całkowity zanik fal mózgowych, czyli że ustała praca ich mózgu. Istnieją udokumentowane fakty, iż podczas śmierci klinicznej, kiedy mózg tych osób w ogóle nie pracował, pamiętały one, po powrocie do życia, najmniejsze szczegóły wydarzeń właśnie z tego okresu zaniku pracy mózgu. Jest to oczywisty znak, że ludzka świadomość jest niezależna od mózgu i istnieje po śmierci ciała.
     Gary R. Habermas i J.P. Moreland opisują przypadek kobiety, u której badania encefalograflczne wykazały śmierć mózgu - i dlatego została ona uznana za zmarłą. Jednak po trzech i pół godzinach od stwierdzenia zgonu, gdy jej ciało wieziono do kostnicy, kobieta owa nagle odzyskała świadomość i podniosła prześcieradło, które zakrywało jej twarz. Później opowiadała, że podczas zabiegów reanimacyjnych znajdowała się ponad swoim ciałem i wszystko dokładnie widziała i słyszała. Precyzyjnie opisała najdrobniejsze detale tego, co się wtedy wydarzyło. Wszystko pamiętała z okresu, gdy jej mózg był w stanie śmierci. Przypadek ten - został szczegółowo zbadany przez lekarzy, którzy ze zdumieniem stwierdzili, że relacja pacjentki jest całkowicie zgodna z prawdą.
     Jedność duszy i ciała
     Człowiek jest jednością cielesno - duchową. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: "Jedność ciała i duszy jest tak głęboka, że można uważać duszę za «formę» ciała; oznacza to, że dzięki duszy duchowej ciało utworzone z materii jest ciałem żywym i ludzkim; duch i materia w człowieku nie są dwiema połączonymi naturami, ale ich zjednoczenie tworzy jedną naturę" (365).
     Ojciec Święty Jan Paweł II przypomina nauczanie Kościoła o jedności ludzkiej istoty, "której rozumna dusza jest per se et essentialiter formą ciała. Dusza duchowa i nieśmiertelna jest zasadą jedności człowieka, jest tym, dzięki czemu istnieje on jako całość - ťcorpore et anima unusŤ - jako osoba. Powyższe definicje oznaczają nie tylko to, że również ciało, któremu przyrzeczone zostało zmartwychwstanie, będzie miało udział w chwale; przypominają także o więzi łączącej rozum i wolną wolę z wszystkimi władzami cielesnymi i zmysłowymi. Cała osoba, włącznie z ciałem, zostaje powierzona samej sobie i' właśnie w jedności duszy i ciała jest podmiotem własnych aktów moralnych" (Veritatis splendor, 48).
     Współczesna nauka mówi nam, że co 7 - 9 lat następuje całkowita wymiana, na poziomie atomów, całej materii w ludzkim ciele, w tym także w mózgu. Pomimo tego nie stajemy się co 7 - 9 lat nowymi osobami. Tym, co sprawia, że pomimo upływu czasu człowiek pozostaje jeden i ten sam, jest duchowa dusza, będąca zasadą jedności. Człowiek jest jednością duszy i ciała. Nie jestem w stanie myśleć o sobie w oderwaniu od swego ciała i nie mogę go traktować jako niepotrzebnego balastu. Teologia współczesna wyjaśnia, że ciało jest symbolem duszy i jest ukształtowane jako autorealizacja duszy. Dusza ludzka ma nieustanne odniesienie do materialnego ciała, także po jego śmierci, żyjąc w Chrystusie, "oczekuje" jego zmartwychwstania. W tym kontekście jasno widać, że reinkarnacja jest całkowitym zaprzeczeniem prawdy o człowieku, którą objawił Chrystus. Pismo św. wyraźnie mówi: "(...) postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd" (Hbr 9, 27); "(...) po śmierci nie ma powrotu" (Syr 38, 21).
     Reinkarnacja sankcjonuje rasistowską ideologię kastowości w hinduizmie i kwestionuje niepowtarzalność życia człowieka na ziemi, podczas którego decyduje się jego wieczność - zbawienie albo potępienie. Kto wierzy w reinkarnację, odrzuca Chrystusa i oddaje się pod panowanie sił zła. Dusza, będąc duchową rzeczywistością, przekracza świat materii i ze swej natury jest nieśmiertelna, ponieważ Bóg nieustannie utrzymuje ją w istnieniu. Bóg wzywa każdego człowieka do miłości, czyli do bezinteresownego daru z siebie, do wspólnoty ze sobą przez Chrystusa w Duchu Świętym. Według kard. Ratzingera posiadanie duszy oznacza, że człowiek jest chciany, znany i kochany przez Boga; oznacza bycie stworzeniem wezwanym przez Boga do wiecznego dialogu miłości z Nim. Jeżeli jednak człowiek całkowicie odrzuca to wezwanie, uporczywie trwa w grzechach i nie chce, aby Bóg, w swoim Nieskończonym Miłosierdziu, dokonał cudu ich przebaczenia, to wtedy takie życie prowadzi do największego nieszczęścia, jakim jest wieczne piekło egoizmu. Przez świadomie i dobrowolnie wybierane zło człowiek może całkowicie zniszczyć w sobie zdolność do miłości, zerwać więzy miłości łączące go z Bogiem i innymi ludźmi - a więc wybrać piekło - ale nie może siebie unicestwić, bo osobowe ja, utrzymywane przez Boga w istnieniu, jest niezniszczalne. Człowiek może zabić swe ciało, ale nie ma mocy, aby unicestwić swoją duszę

ks. M. Piotrowski TChr

nr 2-2009 

O Czyścu

O Czyścu



O Czyścu

Dusza otrzymuje w akcie stworzenia wszystkie zbawienne środki konieczne, aby dojść do odpowiedniej sobie doskonałości Jest zatem w jej mocy żyć według Woli Bożej, a wstrzymać się od popełnienia grzechu.

Niestety, grzech pierworodny plami czystość duszy, wskutek czego jest ona pozbawiona darów i łaski, pozostaje martwa, nie mogąc się odrodzić inaczej, jak tylko za pomocą Boga. Przez Sakrament Chrztu Świętego powołana zostaje do życia doskonałego; wszelako złe skłonności pozostają, i jeśli im się nie stawi oporu, wiodą do grzechu śmiertelnego - ten jej na nowo odbiera życie nadprzyrodzone.

I znowu ją Bóg przez inną szczególną łaskę wskrzesza z martwoty - przez Sakrament Pokuty. Lecz bywa, że dusza podnosi się z grobu upadku tak dalece osłabiona grzechem, z uwagą zwróconą ku sobie i swojej doczesności, że wszystkie wyżej opisane szczególne środki zbawienia są niezbędne, by duszę przywieść do pierwotnego stanu, w jakim ją Bóg stworzył. Bez tego szczególnego działania dusza na zawsze pozostałaby w niemocy wznieść się na wyżynę.

Kiedy jednak dusza weszła już na drogę powrotu do swego początku i celu, rozpala się w niej gorące pragnienie przekształcenia się w Boga - i to staje się jej czyśćcem. Nie jakoby naprawdę uważała sobie to za czyśćciec, lecz gorące i chwilowe pragnienie złączenia się z Bogiem zadaje jej męki.

Bóg przez końcowy akt Miłości dokonuje dzieła bez współudziału człowieka. Na duszy bowiem ciąży tyle niedoskonałości zakrytych przed jej wzrokiem, że gdyby je odsłonić, popadłaby w rozpacz. Więc ostateczne działanie Boże wyniszcza te braki, a gdy zginą zupełnie, Bóg ukazuje je duszy, aby poznała w sobie działanie Boże, dokonane przez ogień Miłości pochłaniający wszelką niedoskonałość.

Św. Katarzyna z Genui, Rozprawa o Czyśćcu, ARKA, Wrocław 1999, s. 52.

DATA: 2019-11-02 07:34
AUTOR: ŚW. KATARZYNA Z GENUI
 


Read more: http://www.pch24.pl/o-czyscu,39095,i.html#ixzz64PIuGuNO

Św. o. Pio a dusze czyśćcowe

Św. o. Pio a dusze czyśćcowe

Ojciec Pio był wielce oddany duszom czyśćcowym. W liście z 29 listopada 1910 roku, to jest kilka miesięcy przed swoimi święceniami kapłańskimi, zaadresowanym do jego współbrata kapucyna, ojca Benedetta, jego przewodnika duchowego, napisał:
Od dłuższego czasu odczuwam w sobie potrzebę, aby oddać się Panu jako ofiara za nieszczęsnych grzeszników i za dusze czyśćcowe. Pragnienie to coraz bardziej rośnie w moim sercu, tak bardzo, że teraz stało się ono — powiedziałbym — gwałtowną pasją. Jest prawdą, że uczyniłem tę ofertę Panu wielokrotnie, błagając Go, aby zechciał zesłać na mnie kary, które przygotował dla grzeszników i dla dusz mających się oczyścić, aby nawet je pomnożył stukrotnie, byle tylko nawrócił i zbawił grzeszników, a także przyjął szybko do Raju dusze z czyśćca. Teraz jednak chciałbym ponowić moją ofiarę z Twoim pozwoleniem. Wydaje mi się, że Pan Jezus właśnie tego chce (List I, 206).
Ojciec Pio już od wczesnego dzieciństwa wszedł w szczególny kontakt ze światem Bożym, obok wizji i ekstaz został obdarowany łaskami mistycznymi: bilokacją, cudownym zapachem, czytaniem w ludzkich sercach, darem języków, transwerberacją czy stygmatami, a także walczył z szatanem i kontaktował się z Aniołem Stróżem oraz duszami czyśćcowymi.
Dusze czyśćcowe w sposób sobie wiadomy przychodziły do Ojca Pio, najczęściej wtedy gdy przebywał on samotnie zatopiony w modlitwie lub gdy klęczał w chórze zakonnym. Cel tych wizyt był prawie zawsze ten sam: dusze czyśćcowe szukały pomocy i ratunku w modlitwach, cierpieniach i Mszach ofiarowanych za nie przez umiłowanego ich orędownika u Boga – Ojca Pio.
Oto kilka relacji z takich spotkań:
Byłem sam w sali kominkowej i grzałem się przy ogniu, bo na dworze panował okropny ziąb. Było już późno, wszyscy bracia rozeszli się do swych cel. Nagle dostrzegłem tuż obok mnie czterech nie znanych mi zakonników. Usiedli przy kominku, z naciągniętymi na twarze kapturami. Pozdrowiłem ich słowami: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, ale żaden mi nie odpowiedział. Zdziwiony przyjrzałem się im uważnie, by poznać co to za jedni, ale żadnego z nich nie rozpoznałem. Postałem obok nich parę minut i dobrze się im przypatrując odniosłem wrażenie, jakby cierpieli…
Odwiedziny czterech nieznajomych i zakapturzonych braci wywołały poruszenie w klasztorze. Ojciec Pio poszedł bowiem powiadomić ojca gwardiana o niezapowiedzianej wizycie. Gdy obaj powrócili do sali z kominkiem nikogo już nie zastali. Zrozumiałem wtedy -relacjonuje Ojciec Pio – iż najprawdopodobniej byli to dawno zmarli bracia proszący o pomoc. Całą tę noc spędziłem modląc się za nich.
A oto inny opis historii, która przydarzyła się naprawdę Ojcu Pio.
Modliłem się z przymkniętymi oczami, kiedy nagle drzwi otwarły się i do sali wszedł jakiś starzec, opatulony w płaszcz, jaki nosili zazwyczaj wieśniacy z San Giovanni Rotondo. Przysiadł się koło mnie. Spojrzałem nań nie zadawszy sobie pytania, w jaki sposób wszedł do klasztoru o tak późnej porze.
Potem odezwałem się do niego i zapytałem: „Kim jesteś? Czego chcesz?”. Starzec odrzekł: „Ojcze Pio, jestem Pietro Di Mauro z ojca Nicoli, zwany Precoco”. Po czym dodał: „Zmarłem w tym klasztorze 18 września 1908 roku w celi nr 4, kiedy był tu jeszcze przytułek dla żebraków. Któregoś wieczoru, kiedy leżałem w łóżku, zasnąłem z zapalonym cygarem i spaliłem się. Przychodzę z czyśćca. Mogą mnie wybawić modlitwy. Bóg pozwolił mi tu przyjść, aby prosić ojca o ratunek… Zakonnik zapewnił Pietro, iż spełni jego prośbę: „Bądź spokojny, jutro odprawię za ciebie Mszę świętą.”
Ojciec Pio wraz z ojcem gwardianem udali się następnego dnia do archiwum klasztornego, by sprawdzić usłyszane od zjawy informacje. Księgi potwierdziły, iż rzeczywiście taki fakt miał tu miejsce.
A to wydarzyło się w 1921 lub 1922 roku, gdy Ojciec Pio modlił się wieczorem w chórze zakonnym. Nagle usłyszał jakieś zgrzyty, skrzypnięcia, dochodzące z kościoła od strony bocznych ołtarzy, a zaraz potem odgłos spadających z głównego ołtarza świec i świeczników. Pomyślał, że jest to jeden z kleryków, który niezręcznie spełnia swe obowiązki, ale potem wychylił się z balkonu chóru i zobaczył młodego brata stojącego bez ruchu przy głównym ołtarzu.
Zapytał: „Co robisz?” Nie otrzymał jednak odpowiedzi. Karcąco mówił dalej: „Ładnie wypełniasz posługę, zamiast robić porządek, tłuczesz świece i świeczniki!” Brat jednak milczał i stał w bezruchu. Ojciec Pio głośnym i rozkazującym tonem zawołał kolejny raz na nieznajomego:”Ej! Co ty tam robisz?” Wtedy to usłyszał następującą odpowiedź: „Odbywam tutaj swój czyściec. Byłem studentem w klasztorze i tutaj muszę teraz odpokutować za brak pilności w wykonywaniu moich kościelnych obowiązków”.
Ojciec Pio odpowiedział: „No więc posłuchaj! Jutro odprawię za ciebie Mszę świętą, lecz nie wolno ci tu więcej przychodzić.”
Później, kiedy zakonnik opowiadał o tym zdarzeniu, zwykle stwierdzał:
”Za brak pilności w wykonywaniu swoich obowiązków ten brat był nadal w czyśćcu, sześćdziesiąt lat po swojej śmierci! Wyobraź więc sobie, o ile dłużej i jak cięższy będzie czyściec dla tych, którzy popełniają poważniejsze grzechy.”
I jeszcze jedna relacja opowiedziana przez ojca Aurelio:
Pewnego wieczoru przebywał on z Ojcem Pio w jego pokoju wraz z doktorem Sanquinettim i Lupim, budowniczym szpitala. Rozmawiali o tym i owym, aż nagle O.Pio przerwał rozmowę, mówiąc: „Pomódlmy się za króla Anglii”.
I jak to było w jego zwyczaju oparł głowę na rękach i zaczął się modlić.
Spojrzeliśmy na siebie zdumieni – mówi o.Aurelio – i myślnie połączyliśmy się w modlitwie z O.Pio.
Następnego ranka z pierwszego komunikatu w wiadomościach dowiedzieliśmy się, że zmarł Jerzy VI, król Anglii. (1952 r.)
To, że dusze zmarłych były stałymi gośćmi Ojca Pio, oznacza jednocześnie, że miał on wgląd w ich sytuację. Potwierdzeniem tego są relacje wielu ludzi, którzy pytając go o swoich zmarłych krewnych i przyjaciół, otrzymywali często od O.Pio bezpośrednią odpowiedź.
Na pytanie np. Czy zbawiony jest mój brat, matka czy też inna konkretna osoba często odpowiadał: „Tak, ale potrzebuje modlitw”. Niekiedy na znów postawione po jakimś czasie pytanie o tę samą osobę, mówił: „Tak, on czy ona jest tam, w niebie, w Raju”
Kiedy indziej, gdy ktoś zapytał – czy powinien nadal modlić się za swoich zmarłych rodziców, Ojciec Pio odpowiedział: „Jeśli im już więcej nie są potrzebne modlitwy, to one są oddawane innym duszom”
Ojciec Pio mówił, że powinniśmy zawsze modlić się za zmarłych, nawet tych, którzy zmarli wiele lat temu (sam modlił się za swojego pradziadka), ponieważ dla Pana Boga nie ma ani przeszłości, ani przyszłości, lecz wszystko jest odwieczną teraźniejszością.
W sposób wręcz heroiczny przez całe swoje kapłańskie życie Ojciec Pio poprzez cierpienie i miłość pragnął wysługiwać niebo i skracać męki czyśćcowe duszom, których nigdy wcześniej nie znał lub które go o to prosiły w czasie niezwykłych i może spektakularnych odwiedzin. Był bowiem świadom ogromu cierpień i mąk jakie muszą znosić dusze czyśćcowe:
Stąd tak chętnie modlił się i składał za nie Najświętszą Ofiarę, powtarzając swoim braciom: „Więcej dusz zmarłych z czyśćca niż żyjących potrzebuje moich modlitw i wspina się na tę górę, by uczestniczyć w mojej Mszy świętej.”
Za ile dusz czyśćcowych modlił się Ojciec Pio w czasie swojego długiego życia? Ile dusz uwolnił z czyśćca przez modlitwy i cierpienia?
Na te pytania odpowiedź zna tylko Pan Bóg.
Każdy z nas musi umrzeć i każdy z nas przed Bogiem zda relację ze swego życia. A jeżeli nie zdążymy dobrze się przygotować na spotkanie z Panem? Ojciec Pio uczy nas, byśmy pamiętali o duszach w czyśćcu. Bo choć one nas nie odwiedzają, by prosić o pomoc, to jednak jej od nas potrzebują. Bądźmy ich wsparciem i pomóżmy im skrócić czas oczekiwania na niebo!Za: kliknij

Upłynęły dwa tysiące lat od kiedy Jestem obecny w Kościele w Sakramencie Mojej Milości a nadal pozostaje nieznany,zapomniany,opuszczony i traktowany jak rzecz,

  Nadstaw ucha twojego serca a będę do ciebie przemawiał... Upłynęły dwa tysiące lat od kiedy Jestem obecny w Kościele w Sakramencie Mojej M...