Czy wolno jeszcze nawracać żydów?
(Fot. Fot. Lukasz Krajewski / ArtService / FORUM )
Nakaz misyjny Jezusa Chrystusa obowiązuje stale i wszystkich
Jego wyznawców. Nikt zatem z niego zwolnić nas nie może. Co więcej,
byłoby nieszczęściem, gdyby nawiązywanie dialogu religijnego miało
zastępować dynamizm misyjny Kościoła albo go osłabiać – mówi w rozmowie z
PCh24.pl ks. prof. Waldemar Chrostowski.
Księże Profesorze, czy wolno nam jeszcze nawracać
żydów? Czy opublikowany kilka miesięcy temu w Watykanie dokument z
okazji 50. rocznicy powstania deklaracji Nostra aetate, rzeczywiście
„kończy” misję Kościoła wobec nich?
W watykańskim dokumencie mówi się o
nieplanowaniu zinstytucjonalizowanej formy nawracania wyznawców
judaizmu. Jakkolwiek takie przedsięwzięcia były podejmowane w bliższej i
dalszej przeszłości, jednak ich rezultaty były mizerne, a czasami wręcz
odwrotne do zamierzonych. To jednak wcale nie oznacza końca misji
Kościoła wobec żydów, lecz kładzie nacisk na dawanie naszego osobistego
świadectwa o Jezusie Chrystusie. To świadectwo, odzwierciedlone w
przekonaniach, którym dajemy publicznie wyraz, oraz w życiu i
postępowaniu wyznawców Chrystusa, może skutecznie skłonić żydów do
pytania, kim jest Jezus i jaka jest Jego rola w planie zbawienia
zapoczątkowanym wraz z wybraniem Abrahama i jego potomstwa.
W Kościele na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci
dostrzegamy ogromną zmianę semantyczną w stosunku do wyznawców judaizmu,
ale i w ogóle do narodu żydowskiego. Z czego ta zmiana wynika? Czy
rzeczywiście jest potrzebna?
Zmiana w patrzeniu i nastawieniu Kościoła wobec wyznawców
judaizmu wynika przede wszystkim z trzech okoliczności. Pierwsza to
zagłada milionów Żydów, dokonana przez niemieckich narodowych
socjalistów w Europie karmionej od prawie dwóch tysięcy lat Ewangelią i
ideałami chrześcijaństwa. Niezależnie od źródeł i natury narodowego
socjalizmu, jest to w jakimś stopniu również porażka chrześcijaństwa, bo
większość oprawców ma przecież chrześcijańskie korzenie. Wprawdzie się
od nich odcięło i je zwalczało, ale nie zwalnia to od pytania: dlaczego?
Po drugie, powstanie i okrzepnięcie państwa Izraela. Skoro brak
żydowskiej państwowości był przez kilkanaście wieków postrzegany przez
chrześcijan jako kara za odmowę uznania Jezusa Chrystusa, to jak należy
postrzegać i interpretować radykalnie nową sytuację, która zaistniała w
maju 1948 roku i trwa?
Po trzecie i najważniejsze, nasze relacje z religią żydowską są
inne niż z jakąkolwiek inną religią, bo w pewien sposób są one
wewnętrzne. Ważne wyzwanie teologiczne, któremu trzeba sprostać, polega
na wyjaśnieniu, na czym ta specyficzna więź polega i co z niej wynika.
Jednym z podstawowych nieporozumień dzisiejszego
stosunku świata zewnętrznego do katolicyzmu, wydaje się być właśnie
stosunek do nawracania. Konieczność ta wynika przecież bezpośrednio z
wezwania Pana Jezusa. Co więcej, katolicy traktują nawracanie jako akt
miłości – dajemy szansę na poznanie Chrystusa. Czy dialog
międzyreligijny przybliża nas do wypełnienia misji Kościoła, do „uczenia
wszystkich narodów”? Czy znane są jakieś naoczne efekty ogłoszenia pięć
dekad temu Nostra aetate, np. czy wiadomo, by ktoś się dzięki tej deklaracji nawrócił?
Nakaz misyjny Jezusa Chrystusa obowiązuje stale i wszystkich Jego
wyznawców. Nikt zatem z niego zwolnić nas nie może. Co więcej, byłoby
nieszczęściem, gdyby nawiązywanie dialogu religijnego miało zastępować
dynamizm misyjny Kościoła albo go osłabiać. Faktem jest, że takie
zjawiska mają miejsce. Nie znam nikogo, kto dzięki Nostra aetate
przeszedł z judaizmu na chrześcijaństwo, natomiast znam kilka osób,
które, zaczynając w Kościele od dialogowania, przeszły na judaizm.
Mechanizmy tej przemiany są złożone, a problemem nie jest dialog
jako taki, lecz wypaczone i chore formy jego pojmowania i realizacji.
Wynikają one także i stąd, że mianem dialogu określa się przedsięwzięcia
z dziedziny politycznej poprawności przenoszone na grunt religijny i
teologiczny. Forsują one żydowski punkt widzenia, co stanowi karykaturę
dialogu religijnego i znacznie osłabia zainteresowanie nim wykazywane
przez wyznawców Chrystusa. Aktem miłości jest nie tyle nawracanie żydów,
ponieważ w gruncie rzeczy ono się instytucjonalnie nie odbywa, lecz
nawiązywanie z nimi przyjaznych kontaktów, przezwyciężających obustronną
wrogość i stereotypy, oraz dawanie przekonującego świadectwa wiary w
Boga i zawierzenia Bogu, w świecie, który nie zna Boga i coraz bardziej
żyje i zachowuje się tak, jakby Bóg nie istniał.
W Polsce stosunki katolicy-żydzi naznaczone są
szczególnym piętnem politycznej poprawności. Wynika to z oczywistych
względów historycznych, ale także z licznych nieporozumień
interpretacyjnych w sprawie słów Jana Pawła II o „starszych braciach w
wierze”.
Na ten temat wypowiadałem się niezliczoną ilość razy, natrafiając
na silne sprzeciwy nawet w Kościele. Szczególnie dotkliwa i
nieprzejednana była postawa arcybiskupa Józefa Życińskiego, który
prostowanie nieporozumień i właściwy przekład słów wypowiedzianych przez
Ojca Świętego 13 kwietnia 1986 roku w synagodze rzymskiej, opatrzył w
gazecie Michnika tytułem „daleko od Jana Pawła II”. Przypomnę krótko to,
co wiele razy powtarzałem. Jan Paweł II powiedział: „Jesteście naszymi
braćmi umiłowanymi i – można powiedzieć – w pewien sposób naszymi
starszymi braćmi”. Ale w oficjalnym przekładzie na polski pominięto
wyrażenie „w pewien sposób” i wyszło karkołomne przeinaczenie.
Ujęta poprawnie, sprawa wygląda tak: w pewien sposób wyznawcy
judaizmu rabinicznego, bo do nich zwraca się Jan Paweł II, są naszymi
starszymi braćmi, ale, w pewien sposób, nie są. Wyjaśnianie tej
biegunowości jest zadaniem teologów, a jej zaprzeczanie ociera się o
herezję, z którą zmagali się już Ojcowie Kościoła i pisarze
wczesnochrześcijańscy. Wskazywałem więc na potrzebę wewnątrz
katolickiego „dialogu o dialogu”, którego trzon stanowiłaby refleksja
nad (niezafałszowanymi!) słowami Ojca Świętego – na próżno! Mimo to
sądzę, że obecnie świadomość wiernych, a także teologów w tym
przedmiocie jest głębsza i pełniejsza, aczkolwiek wciąż wiele pozostaje
do zrobienia. Zwolennicy „Kościoła otwartego”, czego doświadczyłem,
posuwają się do zakulisowych intryg i kłamstw, by wyeliminować każdego,
kto nie przystaje do kanonów politycznej poprawności i zmonopolizować
kościelne kontakty z wyznawcami judaizmu.
Nawracanie jest podstawowym działaniem ludzi
Kościoła. Czy jednak obowiązek ten spoczywa wyłącznie na barkach
duchownych? Czy dziś, w obliczu migracji do Europy wyznawców islamu oraz
gwałtownej sekularyzacji Zachodu, również i świeccy nie powinni
przypomnieć sobie o konieczności dawania świadectwa wiary, a przez to –
nawracania na świętą wiarę Chrystusową?
Stawiając w ten sposób pytanie, Pan w gruncie rzeczy już na nie
odpowiedział. Obowiązek wypełniania misyjnego nakazu Jezusa Chrystusa
spoczywa na wszystkich Jego wyznawcach, bo wszyscy – duchowni i świeccy,
mężczyźni i kobiety – stanowimy Kościół. Sądzę, że bezprecedensowa w
swoich rozmiarach migracja wyznawców islamu to nie przypadek, ale
starannie i odgórnie zaplanowana akcja polityczna, która ma co najmniej
dwojaki cel: „oczyszczenie” Bliskiego Wschodu z ludzi młodych, w tym
także z chrześcijan, oraz gwałtowną zmianę mapy demograficznej
jednoczącej się Europy, która już nigdy nie będzie taka sama, jak dotąd.
Jedno i drugie to ogromne wyzwanie dla europejskich chrześcijan, czyli
głośne wołanie o opamiętanie i przeciwdziałanie istniejącej od pewnego
czasu zmasowanej i zaplanowanej destrukcji chrześcijańskich korzeni i
tożsamości Europy.
Lecz abyśmy mogli pozyskać innych dla wiary w Chrystusa, najpierw
sami musimy prawdziwie się nawrócić i dawać jej wiarygodne świadectwo.
Bez tego za kilkadziesiąt lat Europa może przypominać Azję Mniejszą i
Afrykę północną, gdzie kiedyś kwitło chrześcijaństwo, a obecnie stąpamy
po gruzach kościołów i chrześcijańskich miast.
Rozmawiał Krystian Kratiuk
Ksiądz profesor Waldemar Chrostowski
– teolog, biblista, konsultor Rady Episkopatu Polski ds. Dialogu
Religijnego, profesor zwyczajny Uniwersytetu Kardynała Stefana
Wyszyńskiego w Warszawie, przewodniczący Stowarzyszenia Biblistów
Polskich, zaangażowany w dialog katolicko-żydowski. Były
współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Członek Komitetu
Nauk Teologicznych Polskiej Akademii Nauk. Autor ponad 2000 publikacji
naukowych i popularnonaukowych.
TEKST OPUBLIKOWANY W 2016 ROKU
Z cz. 1 „Świadków Bożego Miłosierdzia” Anny, z rozdz. III zat. *Miłość łączy ludzi z obu światów* (http://www.objawienia.pl/anna/anna/sbm-3b.html): O zabijaniu dzieci nie narodzonych 27 X 1974 r. Mówi ojciec Ludwik.
– Zabijanie dzieci nie urodzonych, ale poczętych jest zbrodnią wyjątkowo ohydną w oczach Boga, lecz ma na usprawiedliwienie (w Jego oczach) głęboką ciemnotę ludzką, nie rozumiejącą, że zabija coś, czego nie widzi, co wydaje się własnością organizmu dzieciobójczyni, a nie odrębną istotą ludzką złożoną jej w opiekę przez Boga. Ludzie nie rozumieją wspaniałomyślności Bożej i Jego aktu zaufania do człowieka, któremu powierza opiekę nad następnym pokoleniem ludzkim. Winne temu jest jednostronnie biologiczne i materialistyczne rozumienie świata, a w tym życia na ziemi (w nim i człowieka). Nie rozumie się, że człowiek jest przypadkiem wyjątkowym, następuje tu bowiem połączenie dwóch światów, że ludzie są bytami duchowymi, istotami żyjącymi w świecie ducha: kiełkującymi na ziemi, czerpiącymi soki żywotne i oddającymi je po śmierci – materii, czyli rozwijającymi się na podłożu materialnym, ale nie będącymi sami w sobie materią. (Podobnie nie można utożsamiać bakterii z pożywką, na której rosną i rozmnażają się; pomimo że w tym są uzależnione od niej, nikt nie nazwie ich jednym z nią).
Człowiek jest ziarnem ducha sianym ręką Boga w materii i musi „wzejść” w materii ożywionej duchem – w ciele matki. Jako byt duchowy złączony jest z Ojcem (Stwórcą), a z matką – z którą jest złączony cieleśnie – również powinien być złączony duchowo! Łącznością duchową jest miłość i tylko miłość. Kiedy miejsce łączności duchowej – miłości – zajmuje i przecina ją nienawiść, następuje akt zaprzeczenia woli Boga przez wolę człowieka – nowy akt sprzeciwu przez nową Ewę. Jest to bunt przeciw miłości Boga do człowieka, bunt, który każdorazowo zakłóca porządek świata duchowego nie mniej niż zabójstwo Abla przez Kaina (porównanie z pierwszą zbrodnią zanotowaną w Piśmie świętym ma akcentować jej potworność, której nie umniejsza powszechność zbrodni dzieciobójstwa).
O ile Bóg może wybaczyć winę nieświadomości i głupocie ludzkiej, a także skutkom presji wywieranej na człowieka słabego przez opinię publiczną, ohydną w swej wścibskości i zainteresowaniach intymnym życiem innych ludzi, o tyle nic nie może wytłumaczyć ludzi inteligentnych, np. lekarzy, którzy się na takie ustawy zgadzają, a tym bardziej tych, którzy je uchwalili, zwłaszcza że są to mężczyźni – bardziej winni (i bardziej bezlitośni dla winy kobiet) przez niefrasobliwy udział w poczęciu dziecka i bardziej skłonni do zbrodni niż do odpowiedzialności za powołane do życia istnienie.
W świecie chrześcijańskim rozwijać się powinna odpowiedzialność społeczna – tj. prawa powinny uczyć odpowiedzialności za własne postępowanie, a nie ułatwiać poczynania niegodne człowieka. Są to sprawy ważne, zwłaszcza u nas, gdzie wciąż za winy jednych ciężko muszą płacić inni, aby wyrównać zło dziejące się w Polsce przed oczyma Pana i zachować Jego miłość do naszego narodu jako całości. (w książce: s. 301/302)