wtorek, 13 sierpnia 2013

14 sierpnia -Wspomnienie św.Maksymiliana Marii Kolbe

14 sierpnia
Święty Maksymilian Maria Kolbe, prezbiter i męczennik








Zobacz także:











Święty Maksymilian Maria Kolbe
Rajmund Kolbe urodził się w Zduńskiej Woli koło Łodzi 8 stycznia 1894 r. Był drugim z kolei dzieckiem, jego rodzice trudnili się chałupniczym tkactwem. Rodzina posiadała tylko jedną, dużą izbę: w kącie stał piec kuchenny, z drugiej strony cztery warsztaty tkackie, a za przepierzeniem była sypialnia. We wnęce znajdowała się na stoliku figurka Matki Bożej, przy której rodzina rozpoczynała i kończyła modlitwą każdy dzień. Rodzice, chociaż ubodzy, byli jednak przesiąknięci duchem katolickim i polskim. Należeli do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. Ojciec Rajmunda bardzo czynnie udzielał się w parafii. Należał do konspiracji i swoim synom często czytał patriotyczne książki. Pierwsze nauki Rajmund pobierał w domu. Nie było bowiem wtedy szkół polskich, a rodzice nie chcieli posyłać dzieci do szkół rosyjskich. Rajmund sam więc uczył się czytania, pisania i rachunków. Wkrótce zaczął pomagać rodzicom w sklepie. Zdradzał bowiem zdolności matematyczne. Od najwcześniejszych lat Rajmund wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Matki Bożej. Jako mały chłopiec kupił sobie figurkę Niepokalanej. Nie był jednak chłopcem idealnym. Pewnego dnia na widok swawoli syna matka odezwała się do niego z wyrzutem: "Mundziu, co z ciebie będzie?" Chłopak zawstydził się i spoważniał; odtąd zaczął oddawać się modlitwie przy domowym ołtarzyku. Miał ok. 12 lat, kiedy prosił Matkę Bożą, aby Ona sama odpowiedziała mu, kim będzie. Jak opowiadał później mamie, pokazała mu się wtedy Maryja trzymająca dwie korony: jedną białą i drugą czerwoną, i zapytała, czy chce je otrzymać. "Biała miała oznaczać, że wytrwam w czystości, czerwona - że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę. Wówczas Matka Boża mile na mnie spojrzała i zniknęła". Działo się to w kościele parafialnym w Pabianicach. W roku 1907 w parafii pabianickiej po raz pierwszy od dziesiątków lat odbywały się misje. Prowadził je franciszkanin, o. Peregryn Haczela ze Lwowa. Na jednej z nauk misjonarz zachęcił chłopców, by wstąpili do zakonu św. Franciszka. Nauki zakonnicy udzielali za darmo w gimnazjum we Lwowie. Pod wpływem przeprowadzonej misji Rajmund ze swoim starszym bratem, Franciszkiem, postanowił wstąpić do franciszkanów konwentualnych. Za pozwoleniem rodziców obaj udali się do małego seminarium we Lwowie. W rok potem (1908) poszedł w ich ślady także najmłodszy brat, Józef. W gimnazjum Rajmund wybijał się w matematyce i fizyce.
Święty Maksymilian Maria Kolbe i jego współbracia Będąc w gimnazjum, Rajmund postanowił zbrojnie walczyć dla Maryi. Wkrótce jednak doszedł do przekonania, że takiej walki nie da się połączyć ze stanem duchownym, który chciał obrać. Postanowił więc zrezygnować z powołania duchownego i kapłańskiego. W tej krytycznej chwili zjawiła się we Lwowie jego matka i wyznała obu synom, że postanowiła z ojcem poświęcić się na służbę Bożą. Matka miała wstąpić do benedyktynek we Lwowie, a ojciec - do franciszkanów w Krakowie. Rajmund ujrzał w tym wyraźną wolę Bożą i uznał, że jego przeznaczeniem jest pozostanie w zakonie. Poprosił więc o przyjęcie do nowicjatu, który rozpoczął 4 września 1910 r. Przy obłóczynach otrzymał zakonne imię Maksymilian. W tym czasie Maksymilian przeżywał okres skrupułów. Dzięki roztropności spowiednika i przełożonych rychło się z nich wyleczył. W rok potem złożył czasowe śluby (5 września 1911 r.). Po nowicjacie ukończył ostatnią, ósmą klasę gimnazjalną i zdał maturę. Jesienią 1912 r. udał się na dalsze studia do Krakowa. Przełożeni, widząc jego wyjątkowe zdolności, wysłali go jednak na studia do Rzymu, gdzie zamieszkał w Międzynarodowym Kolegium Serafickim. Równocześnie uczęszczał na wykłady na Gregorianum. Tam studiował filozofię (1912-1915), a potem, już w samym Kolegium Serafickim, teologię (1915-1919). Studia wyższe ukończył z dwoma dyplomami doktoratu: z filozofii i teologii. W wolnych chwilach oddawał się ulubionym studiom fizycznym. Napisał wtedy artykuł pt. Etereoplan o pojeździe międzyplanetarnym, który zaprojektował w oparciu o newtonowskie prawo akcji i reakcji. 1 listopada 1914 r. złożył profesję uroczystą, czyli śluby wieczyste, przybierając sobie imię Maria. Ulubioną lekturą Kolbego były wówczas Dzieje duszy, napisane przez św. Teresę od Dzieciątka Jezus. Rozczytywał się w nich i pogłębiał swoje życie wewnętrzne. Duże wrażenie uczyniła także na nim lektura dzieła św. Gemmy Galgani Głębia duszy. Nie rozstawał się również z tekstem św. Alfonsa Marii Liguori Uwielbienia Maryi i św. Ludwika Marii Grignion de Monfort O ofiarowaniu się Jezusowi przez Maryję. Kiedy wybuchła I wojna światowa, klerycy spod zaboru austriackiego otrzymali rozkaz natychmiastowego opuszczenia Rzymu i powrotu do rodzinnego kraju. Kolbe wyjechał do San Marino, gdzie starał się o przedłużenie paszportu na odbywanie dalszych studiów w Rzymie. Wkrótce otrzymał wiadomość, że jego brat, Franciszek, opuścił zakon i wstąpił do polskich legionów. Po wojnie Franciszek założył rodzinę i pracował jako nauczyciel, organista, a w końcu jako urzędnik państwowy. Zginął w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, zapewne w roku 1943. Także ojciec Maksymiliana wstąpił do legionów i zginął w potyczce między Olkuszem a Miechowem (1914). W duszy Maksymiliana powstała walka, czy i on nie powinien iść w ich ślady. Doszedł jdnak do przekonania, że więcej dla ojczyzny uczyni jako kapłan. 29 listopada 1914 r. otrzymał święcenia niższe, a 28 października 1915 r. na Uniwersytecie Gregoriańskim obronił pracę doktorską z wynikiem summa cum laude (z wyróżnieniem).
Święty Maksymilian Maria Kolbe i Rycerz Niepokalanej Pod wpływem szeroko zakrojonej akcji antykatolickiej, której był świadkiem w Rzymie, po naradzie ze współbraćmi i za zgodą swego spowiednika, Maksymilian Maria założył Rycerstwo Niepokalanej (Militia Immaculatae). Celem tego stowarzyszenia była walka o nawrócenie schizmatyków, heretyków i masonów. Dla realizacji tego celu członkowie Rycerstwa mieli się oddawać na całkowitą i wyłączną służbę Maryi Niepokalanej i codziennie powierzać Jej los grzeszników. Temu programowi Maksymilian poświęcił się odtąd z całym zapałem i pozostał mu wiernym aż do śmierci. Wkrótce po założeniu Rycerstwa napisał list do przełożonego generalnego franciszkanów, o. Dominika Tavaniego, z prośbą o błogosławieństwo. 8 października 1917 r. otrzymał święcenia diakonatu, a 28 kwietnia 1918 r. w kościele św. Andrzeja della Valle święcenia kapłańskie z rąk kard. Bazylego Pompilego. Mszę prymicyjną odprawiał w kościele i przy ołtarzu, gdzie w 1842 r. Niepokalana objawiła się Alfonsowi Ratisbonnowi. 22 lipca 1919 r. o. Maksymilian Kolbe ukończył wydział teologiczny - również ze stopniem naukowym doktora. W roku 1919, po siedmiu latach pobytu w Rzymie, o. Maksymilian wrócił do Polski. Postanawił dołożyć wszystkich sił, aby stała się ona królestwem Maryi. Przełożeni przeznaczyli go na nauczyciela historii Kościoła w seminarium zakonnym w Krakowie. Zaczął werbować kleryków do Milicji Niepokalanej. Do najgorliwszych apostołów należał o. Katarzyniec, zmarły w opinii świętości. Jego proces beatyfikacyjny jest w toku. Maksymilian miał wówczas 26 lat. Do Milicji Niepokalanej zaczęli napływać nie tylko klerycy i franciszkanie, ale również ludzie świeccy. Maksymilian zbierał ich w jednej z sal przy kościele franciszkanów i wygłaszał do nich referaty o Niepokalanej, oddaniu się Jej, o życiu wewnętrznym. Niestety, rozwijająca się gruźlica zmusiła przełożonych, by wysłali go na trzy miesiące do Zakopanego. Tam odprawił rekolekcje. Kiedy nastąpiła wyraźna poprawa, wrócił do Krakowa. Kiedy jednak choroba powróciła, prowincjał wysłał go ponownie do Zakopanego, zabraniając mu wszelkiej pracy apostolskiej. Przebywał tam przez osiem miesięcy, po czym przełożeni za radą lekarzy przenieśli go do Nieszawy. Z końcem października 1921 r. powrócił do Krakowa. 2 stycznia 1922 r. otrzymał z Rzymu upragnione zatwierdzenie Milicji Niepokalanej. W tym samym miesiącu zaczął wydawać w Krakowie miesięcznik pod znamiennym tytułem Rycerz Niepokalanej, który z czasem zdobędzie sobie niezmiernie wielką popularność w Polsce i za granicą. Święty Maksymilian Maria Kolbe Przełożeni, zaniepokojeni w ich mniemaniu zbyt szeroko zakrojoną akcją o. Kolbego, przenieśli go do Grodna. Jednak i tu rozpoczętego dzieła szerzenia Milicji Niepokalanej i rozpowszechniania Rycerza Niepokalanej franciszkanin nie zaniechał. Zdobył małą maszynę drukarską i wśród współbraci znalazł ochotnych pomocników. Zaczął także werbować powołania do pracy wydawniczej. Dzięki temu Rycerz stale zwiększał swój nakład. W ciągu pięciu lat (1922-1927) z 5.000 wzrósł on do 70.000 egzemplarzy! Na pięciolecie pisma o. Kolbe otrzymał wiele listów gratulacyjnych od biskupów oraz błogosławieństwo papieża Piusa XI z licznymi odpustami i łaskami, o które dla swojego związku prosił. Gdy w klasztorze grodzieńskim pole do pracy okazało się zbyt ciasne, o. Maksymilian Maria za pozwoleniem przełożonych zaczął oglądać się za nową placówką. Książę Jan Drucki-Lubecki ofiarował mu w okolicach Warszawy pięć morgów pola ze swego majątku Teresin. Ojciec Kolbe zjawił się w późniejszym Niepokalanowie 6 sierpnia 1927 r. i postawił tam figurę Niepokalanej. Z pomocą oddanych sobie współbraci i okolicznej ludności zabrał się też do budowy kaplicy. Postawiono także drewniane baraki, do których wniesiono maszyny. Przenosiny miały miejsce 21 listopada 1927 r. - w święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. Kiedy dzieło w Niepokalanowie doszło do pełni rozwoju, za zezwoleniem generała zakonu o. Kolbe w towarzystwie czterech braci zakonnych udał się do Japonii, aby tam szerzyć wielkie dzieło (26 lutego 1930 r.). W drodze zatrzymał się w Szanghaju. Znany chiński katolik Lo-Pa-Hong z miejsca zaofiarował mu dom, maszyny drukarskie i motor oraz zapewnił utrzymanie zakonnikom. Niestety tamtejszy biskup wyraził stanowczy sprzeciw. O. Kolbe udał się więc do Japonii. W niezmiernie ciężkich warunkach, bez żadnej pomocy miejscowego biskupa w Nagasaki, o. Kolbe rozpoczął pracę wydawniczą. W trzy miesiące później miał już własną drukarnię i dom. Pierwszy numer Rycerza japońskiego (Seibo no Kishi) ukazał się w nakładzie 18.000 egzemplarzy. Drugi numer, listopadowy, miał już nakład 20.000, a grudniowy - 25.000. W 1931 r. Maksymilian nałożył habit franciszkański pierwszemu Japończykowi. Dał mu na imię Maria. W tym samym roku nabył pod klasztor dziki stok góry, gdzie wystawił pierwszy własny budynek. Tak powstał japoński Niepokalanów (Mugenzai no Sono - Ogród Niepokalanej). W roku 1934 poświęcono tam także nowy kościół. W roku 1936 japoński Niepokalanów był już na tyle okrzepły, że o. Kolbe mógł go opuścić. Na kapitule prowincjalnej został bowiem wybrany przełożonym Niepokalanowa w Polsce. Po sześciu latach nieobecności wrócił do kraju. Sława Niepokalanowa rosła. Co roku zgłaszało się ok. 1800 kandydatów. O. Kolbe osobiście przyjmował zgłaszających się. Stosował surową selekcję. Przyjmował około 100. Głównym warunkiem przyjęcia było pragnienie świętości. W roku 1939 Niepokalanów liczył już 13 ojców, 18 kleryków-nowicjuszów, 527 braci profesów, 82 kandydatów na braci i 122 chłopców w małym seminarium. Rycerz Niepokalanej osiągnął nakład 750 tys. egzemplarzy. Rycerzyk Niepokalanej i Mały Rycerzyk Niepokalanej miały łączny nakład 221 tys. egzemplarzy, Mały Dziennik - nakład codzienny 137 tys., a niedzielny - 225 tys. egzemplarzy. Ponadto drukowano Informator Rycerstwa Niepokalanej, Biuletyn Misyjny i Echo Niepokalanowa. Kalendarz Niepokalanej liczył w 1937 r. 440 tys. egzemplarzy nakładu. Od roku 1938 Niepokalanów miał własną radiostację, której sygnałem była melodia Po górach, dolinach.
Święty Maksymilian Maria Kolbe 1 września 1939 r. wybuchła druga wojna światowa. Już 12 września Niepokalanów dostał się pod okupację niemiecką. 19 września gestapo aresztowało mieszkańców Niepokalanowa, którzy nie zdołali na czas uciec lub uciekać nie chcieli. W obozie tymczasowym w Lamsdorf (Łambinowice), a potem w Amteitz (Gębice) franciszkanie pozostawali od 24 września do 8 listopada. Było tam 14 tys. więźniów. Głód i robactwo dawało się bardzo we znaki. Esesmani bili więźniów i poniewierali ich. 9 listopada przewieziono franciszkanów do Ostrzeszowa. W samą zaś uroczystość Niepokalanej (8 grudnia) nastąpiło zwolnienie wszystkich z obozu. O. Kolbe natychmiast wrócił do Niepokalanowa i na nowo zorganizował wszystko od początku w warunkach o wiele trudniejszych. Trzeba było przygotować ok. 3 tys. miejsc dla wysiedlonych Polaków z województwa poznańskiego, wśród których było ok. 2 tys. Żydów. Ojciec Maksymilian znowu zdołał skupić dokoła siebie wielu współbraci. Nie mogąc wydawać żadnych pism, zorganizował nieustanną adorację Najświętszego Sakramentu i otworzył warsztaty dla ludności: kuźnię, blacharnię, dział naprawy rowerów i zegarów, dział fotografii, zakład krawiecki i szewski, dział sanitarny itp. 17 lutego 1941 r. w Niepokalanowie ponownie zjawiło się gestapo i zabrało o. Kolbego i 4 innych ojców. Wywieziono ich do Warszawy. O. Kolbego umieszczono na Pawiaku. Strażnik na widok zakonnika w habicie z koronką u pasa zapytał, czy wierzy w Chrystusa. Kiedy otrzymał odpowiedź "wierzę", wymierzył mu silny policzek. To powtórzyło się wiele razy, ale o. Kolbe nie ustąpił. Wkrótce jednak zabrano mu habit i nakazano wdziać strój więźnia. 28 maja 1941 r. został wywieziony do Oświęcimia wraz z 303 więźniami. Tu otrzymał na pasiaku numer 16670. Przydzielono go do oddziału "Krwawego Krotta", znanego kryminalisty. Pewnego dnia Krott tak skatował o. Kolbego, że był cały pokrwawiony. Kazał jeszcze wymierzyć mu 50 razów. Przekonany, że nie żyje, kazał przykryć go gałęziami. Koledzy jednak wyciągnęli go i umieścili w rewirze. Cierpiał strasznie, ale wszystko znosił heroicznie, dzieląc się nawet swoją głodową porcją z innymi. Współwięźniów pocieszał i zachęcał do oddania się w opiekę Niepokalanej. Pod koniec lipca 1941 roku z bloku, w którym był o. Kolbe, uciekł jeden z więźniów. Rozwścieczony Rapportführer Karol Frotzsch zwołał na plac apelowy wszystkich więźniów z bloku i wybrał dziesięciu, skazując ich na śmierć głodową. Wśród nich znalazł się także Franciszek Gajowniczek, który osierociłby żonę i dzieci. Wtedy z szeregu wystąpił o. Kolbe i poprosił, aby to jego skazano na śmierć w miejsce Gajowniczka. Na pytanie kim jest, odpowiedział, że jest kapłanem katolickim. Poszedł więc z 9 towarzyszami do bloku 13, zwanego blokiem śmierci. Przyzwyczajony do głodu, przez dwa tygodnie pozostał żywy bez kruszyny chleba i kropli wody. Wreszcie hitlerowcy dobili go zastrzykiem fenolu. Stało się to dnia 14 sierpnia 1941 roku. Była to wigilia uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Ciało o. Maksymiliana zostało spalone w krematorium. Dzięki ofierze o. Maksymiliana Franciszek Gajowniczek zmarł dopiero w 1995 r. w wieku 94 lat. 17 października 1971 r. Paweł VI dokonał osobiście w sposób uroczysty beatyfikacji o. Maksymiliana w obecności wielu dziesiątków tysięcy wiernych z całego świata i ponad 3 tys. pielgrzymów z Polski. Kanonizacji dokonał 10 października 1982 r. Jan Paweł II. Podczas swej II pielgrzymki do Ojczyzny nawiedził Niepokalanów 18 czerwca 1983 r., gdzie odbyły się historyczne uroczystości pokanonizacyjne.
Święty Maksymilian Maria Kolbe
Święty Maksymilian Maria Kolbe jest patronem archidiecezji gdańskiej i diecezji koszalińskiej oraz - jak powiedział Jan Paweł II - "naszych trudnych czasów".
W ikonografii św. Maksymilian przedstawiany jest w habicie franciszkańskim lub w więziennym pasiaku, czasem z numerem obozowym 16670 na piersi. Towarzyszy mu Maryja Niepokalana. Jego atrybutem jest korona z drutu kolczastego lub dwie korony - czerwona i biała.









Więcej informacji:

Kliknij tutaj - książka w księgarni Gloria24.pl Kliknij tutaj - książka w księgarni tolle.pl Kliknij tutaj - płyta CD Audio / MP3, audiobook Kliknij tutaj - strona w Internecie















św. Maksymilian Maria Kolbe Pisma - część I Długo oczekiwane wydanie pism św. Maksymiliana Marii Kolbego. Część I zawiera listy Świętego z lat 1912-1941.
św. Maksymilian Maria Kolbe Pisma - część II Pierwsze krytyczne i kompletne wydanie wszystkich odnalezionych po dzień dzisiejszy pism autorstwa św. Maksymiliana. Druga część opracowania.


poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Różaniec św -Bronią nie do pokonania

RÓŻANIEC   ŚW. – BRONIĄ  NIE  DO POKONANIA  
 



Różaniec Św. 



"Zawitaj Królowo Różańca Świętego, jedyna nadziejo człowieka     grzesznego,  zawitaj bez zmazy Lilio, Matko Różańcowa Maryjo..."

 



                   



  


O błogosławiony Różańcu Maryi, słodki łańcuchu, który łączysz nas z Bogiem!

O więzi miłości, która nas jednoczysz z Aniołami! O wieżo ocalenia od napaści piekła; bezpieczny porcie w morskiej katastrofie!

Nigdy cię nie porzucimy! Będziesz nam pociechą w godzinie konania. Tobie ostatni pocałunek gasnącego życia. A ostatnim akcentem naszych warg będzie Twoje słodkie Imię, o Maryjo, o Królowo Różańca z Pompejów, o Matko nasza droga, o Ucieczko grzeszników, o Władczyni, Pocieszycielko strapionych!

Bądź wszędzie błogosławiona, dziś i zawsze, na ziemi i w Niebie!. 

- Słowa papieża Jana Pawła II z Listu apostolskiego "Rosarium Virginis Mariae"

PSAŁTERZ ANIELSKI




 

    Żaden tekst ani obraz nie wyraża lepiej prawdy o tym, jak ważny jest Różaniec w życiu wierzących. Dlatego też Niebiosa od wieków wzywają dusze do zrozumienia i wprowadzenia w życie tej tajemnicy zbawienia. Uważa się, że modlitwa różańcowa miała swój początek w 1214 roku, kiedy to Matka Boża ukazała się św. Dominikowi i dała mu Różaniec jako najlepsze lekarstwo na herezję albigensów oraz wszelki grzech.

Herezja ta w straszliwy sposób wstrząsnęła trzynastowiecznym Kościołem. Maryja miała ukazać się św. Dominikowi w lesie na obrzeżach Tuluzy, gdzie święty modlił się przez trzy dni i noce, aż wreszcie, w wyniku tak ciężkiej pokuty, którą sam sobie zadał, zapadł w sen. Wtedy to, Matka Boża ukazała mu się i powiedziała: „Drogi Dominiku, czy wiesz, jakiej broni Trójca Przenajświęt­sza chce użyć do poprawy świata?"

„O Pani," odpowiedział św. Dominik, „Ty wiesz o wiele lepiej ode mnie, ponieważ obok Twojego Syna, Jezusa Chrystusa zawsze byłaś głównym narzędziem naszego zbawienia". Na te słowa Maryja dała św. Dominikowi Różaniec, wyjaśniając, że jest to „kamień węgielny Nowego Testamentu".

Wielki święty od razu wrócił do Tuluzy, gdzie z zapałem zaczął głosić kazania o Różańcu, ukazując wartość tej nowej modlitwy. Umacnianemu i wspomaganemu przez anioły nauczaniu towarzyszył ryk niebiańskich grzmotów, gdyż podobno niebo zrobiło się ciemne, a ziemia trzęsła się, podczas gdy światło błyskawic przeszywało niebiosa.

Gdy strach ogarnął zebrany tłum, ukazała się postać Maryi, która wznosiła ręce do niebios i opuszczała je, jakby chciała sprowadzić karę Bożą na tych, którzy się nie nawrócą. Po tym wydarzeniu większość mieszkańców miasta nawróciła się, a modlitwa różańcowa zaczęła się rozpowszechniać.

Św. Dominik propagował Różaniec przez resztę swojego życia, ale dwa stulecia później modlitwa ta niemal zanikła. Jednakże w 1460 roku błogosławiony Alan de la Roche, po otrzymaniu ostrzeżenia od samego Pana, miał doprowadzić do jej odrodzenia.

Błogosławionemu Alanowi została dana wizja, dzięki której zrozu­miał on, w jaki sposób Jezus i Maryja wielokrotnie przychodzili do św. Dominika, oraz jak wielka jest moc Różańca i jak bardzo Niebiosa pragną, aby ta modlitwa została w pełni przyjęta przez wierzących za ich najskuteczniejsze oręże w walce z szatanem.

Jemu także ukazywali się Jezus i Maryja, a nawet św. Dominik. Błogosławiony Alan de la Roche odnowił i na nowo rozpowszechnił modlitwę różańcową w całej Europie.

W ten sposób Różaniec, obok Sakramentów Świętych, stał się przewodnikiem dla wierzących, aby ich dusze mogły przetrwać w świecie coraz silniej atakowanym przez szatana i jego zwolenników. Podczas objawień Maryja zaczęła mówić o tym, że walka duchowa przybiera na sile i że Różaniec jest w niej najskuteczniejszym orę­żem. Po tym, jak w 1460 roku bł. Alan de la Roche przywrócił do życia ten rodzaj modlitwy, Różaniec zaczęto nazywać Psałterzem Jezusa i Maryi. Zawiera on bowiem tyle Pozdrowień Anielskich, ile jest psalmów w Księdze Psalmów.

W książce Tajemnica Różańca św. Ludwik de Montfort wyjaśnia, dlaczego modlitwa różańcowa ma tak wielką moc:

„Ponieważ prości i niewykształceni ludzie nie są w stanie odmawiać Psalmów Dawidowych, otrzymali oni Różaniec, aby był dla nich modlitwą tak owocną, jak Psalmy Dawida dla innych.

Jednak Różaniec może być uważany za modlitwę nawet cenniej­szą od tych ostatnich z trzech powodów:

1. Po pierwsze, dlatego że Psałterz Anielski niesie wspanialszy owoc, którym jest Słowo Wcielone, podczas gdy Psałterz Dawida jedynie zapowiada Jego czyli Chrystusa nadejście.
2. Po drugie, tak jak coś prawdziwie istniejącego jest czymś więcej niż „figura" tego czegoś i jak ciało jest czymś więcej niż jego cień, tak samo Psałterz Maryi przewyższa Psałterz Dawida, który był jedynie jego zapowiedzią.



3. Po trzecie, ponieważ Psałterz Maryi (czyli Różaniec składający się z Ojcze Nasz i Zdrowaś Mario) jest bezpośrednio dziełem Trójcy Przenajświętszej i powstał z pominięciem czynnika ludzkiego. Psałterz Najświętszej Maryi Panny czy też inaczej Różaniec, dzieli się na trzy części, po pięć tajemnic każda, aby:

1. oddać cześć trzem Osobom Trójcy Przenajświętszej;

2. upamiętnić życie, śmierć i chwałę Jezusa Chrystusa;

3. naśladować Kościół Tryumfujący, aby pomóc członkom Kościoła Wojującego i ulżyć w bólu Kościołowi Cierpiącemu;

4. odzwierciedlić trzy grupy, na które dzielą się psalmy:

a) pierwsza - dotycząca oczyszczenia duszy i pokuty;

b) druga - mówiąca o poznaniu Boga;

c) trzecia - mówiąca o zjednoczeniu z Nim.

5. l wreszcie, aby zapewnić nam obfitość Łask za życia, pokój w chwili śmierci i chwałę w wieczności.

Słowo różaniec oznacza „korona z róż",dlatego też, ilekroć ktoś z całkowitym oddaniem odmawia Różaniec, na Głowach Jezusa i Maryi pojawia się korona ze stu pięćdziesięciu czerwonych i szesna­stu białych róż. Bł. Alan nauczał o tajemnicach Różańca i danych wraz z nim obietnicach. Zaczął on też tworzyć organizację na wzór armii. Jej członkowie mieli zobowiązywać się do odmawiania Różań­ca i szerzenia tej modlitwy na świecie.

Znamienny wydaje się fakt, że do dnia śmierci błogosławionego Alana de la Roche, 8 września 1475 roku (w Kościele obchodzone jest wtedy Święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny), do Bractwa Różańcowego wstąpiło ponad tysiąc osób.
-Fragmenty z książki „Ostatnia Krucjata”- Thomasa W. Petrisco,



czwartek, 8 sierpnia 2013

Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego

Za kogo ludzie uważają Syna Człowiego


Czytelnia








"„Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? „– A wy za kogo Mnie uważacie " (Mt 16,13-20) Przyzwyczailiśmy się do różnych form badania opinii publicznej. Sieci handlowe starają się poznać potencjalnych klientów, partie polityczne i ich liderzy ścigają się w rankingach popularności a socjolodzy i duszpasterze przeprowadzają ankiety by poznać stan religijności ludzi przyznających się do wiary. Ewangelia (Mt 16,13-20) przedstawia się także jako pewnego rodzaju ankieta. Jezus pyta uczniów: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego” a kiedy apostołowie odpowiedzieli – Jedni uważają Cię za Jana Chrzciciela inni za Eliasza a jeszcze inni za jednego z dawnych proroków” wówczas Jezus postawił apostołom pytanie „ A za kogo wy Mnie uważacie?”. Teraz już nie ma różnych odpowiedzi, w imieniu uczniów odpowiedź daje Piotr: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”, to była właściwa odpowiedz takiej odpowiedzi spodziewała się Jezus. Tłum miał fałszywe pojecie o Chrystusie dlatego, że był daleko od Niego. Spotykali Jezusa od czasu do czasu. Dzisiaj także słyszymy różne wypowiedzi o Chrystusie że był doskonałym człowiekiem, prorokiem a nawet urastał do roli idola. I chociaż są to wypowiedzi poniekąd słuszne, to jednak są to wypowiedzi cząstkowe, zbyt płytkie. Nie wyrażają pełnej prawdy o Jezusie jako Synu Bożym i pomijają tajemnicę Jego Bóstwa. Dziś zabierają na temat Chrystusa którzy nie mają z Nim nic albo prawie nic wspólnego a ich obecność w kościele jest okazjonalna (chrzest, ślub, pogrzeb). To ci którzy często latami stronią od sakramentów, bo i tak uważają siebie za lepszych.  Od ludzi praktykujących swoja wiarę. To SA wreszcie Ci którzy znudzili się Chrystusem i Jego Kościołem i szukają natchnienia w rodzących się sektach i ruchach New age. W Polsce podobnie jak w wielu krajach Europy prawie 90% deklaruje swoja wiarę, jednak ich życie często rozmija się z postawą wiary. Hindus Sadku Śandar po odbyciu podróży po krajach chrześcijańskiej europy z rozgoryczeniem napisał „Przekonałem się że żadnego kraju europejskiego nie można uważać w pełni za chrześcijański gdyż tam tylko nieliczni chrześcijanie żyją w zgodzie z wyznawaną wiarą”. Pisze dalej Sandko Śandar „Myślałem sobie, jak jestem nieszczęśliwym człowiekiem, że urodziłem się w kraju pogańskim, i jak szczęśliwi są Ci, którzy znają Chrystusa od dzieciństwa. Teraz jednak dziękuję Bogu że dał mi urodzić się poganinem, bo zacząłem szczerze szukać Boga i obecnie jestem człowiekiem wierzącym i praktykującym, zaś mieszkańcy europy dawno przestali szukać Boga, stąd tyle obojętności i niewiary w ich życiu”. Tę prawdę potwierdza zmarły w 1980 roku Jean Paul Sartre wyznawca egzystencjalizmu, który swoją drogę do niewiary opisał w autobiografii pt: „Słowa”. Pisze Sartre „Do niewiary nie przywiodły mnie sprzeczności prawd wiary ale moje własne życie. Byłem przecież człowiekiem wierzącym. Co dnia klękałem przy łóżku do pacierza, ale o Bogu myślałem coraz rzadziej. Odmówiłem Mu składania wizyt w niedziele i święta, zaniechałem życia sakramentalnego. A On coraz rzadziej spoglądał na mnie, aż w końcu odwrócił swój wzrok ode mnie”. W maju w 2003 roku ukazała się książka młodej kobiety, która przeszła z islamu na katolicyzm. Zgodziła się wystąpić w telewizji austryjackiej pod pseudonimem Sabatina i powiedziała, że najbliższa rodzina zagroziła jej śmiercią jeżeli w ciągu dwóch tygodni nie wróci do Islamu. Sabatina zmieniła kraj pobytu bojąc się swych najbliższych. Zawierzyła Chrystusowi i zakończyła swą wypowiedz słowami Jezusa „do każdego, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem który jest w niebie”. Znany pisarz i konwertyta angielski Arnold Bum powiedział: „do Kościoła przywiodły mnie – oprócz Łaski Bożej, odwaga i męstwo katolików w czasie wojny i na misjach. Żeby bronić życia trzeba męstwa, żeby być wierzącym trzeba odwagi. Podziwiam Kościół który to czyni w imię Chrystusa”. W każdym przeżywanym dniu Jezus pyta nas na nowo „za kogo wy mnie uważacie?”. Łatwo powtórzyć za Piotrem „Ty jesteś Mesjasz Syn Boga żywego”, ale Chrystus żąda od nas potwierdzania swej wiary czynami w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym. Czy jest tak?
ks. kan. dr Józef Przybyła




Za kogo Go uważasz ?

Za kogo Go uważasz?







     Potem Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: "Za kogo uważają Mnie ludzie?" Oni Mu odpowiedzieli: "Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków". On ich zapytał: "A wy za kogo Mnie uważacie?" Odpowiedział Mu Piotr: "Ty jesteś Mesjasz". Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili. I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: "Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie". Mk 8,27-33

To pytanie i odpowiedź na nie może być najważniejszym w naszym życiu i zadecydować o zbawieniu.

Obserwujemy  różnorodne  reakcje na krzyż Jezusowy  i wizerunki Ukrzyżowanego. Są tacy, dla których  Jezus jest Synem Bożym,  Odkupicielem, zatem dla nich wizerunek ukrzyżowanego Jezusa jest źródłem nadziei na zbawienie i siłą w czasie pokus i cierpienia. Jednak dla sporej części żyjących współcześnie ludzi krzyż kojarzy się z średniowiecznymi zabobonami, narzędziem uciskania ciemnego ludu poprzez  straszenie piekłem i wieczną karą za przewinienia, nawet małe i nic nie znaczące. Krzyż – jako przedmiot związany z magią, zabobonami i gusłami  ( na równi z jakąś przysłowiową  kurzą łapką, jajkiem, żabim okiem, skrzydłem nietoperza, świeczką z grobu i kwiatem paproci) i krzyż – straszak , czy krzyż – wyraz głupoty – bo wiary ciemnego motłochu w jakiś wymyślony przez człowieka  mit ( wśród mitów o greckich i rzymskich bogach i herosach lub rodzimych utopców, rusałek, wilkołaków, wampirów  i zmór) nadal pokutuje w świadomości wielu osób, nawet z tytułami naukowymi.
Jakie to ma „widzialne” konsekwencje? Ze smutkiem można stwierdzić, że nawet w domach katolików uważających się za praktykujących coraz trudniej zobaczyć go na honorowym miejscu w najważniejszym pokoju. Może jeszcze gdzieś na  drzwiami – malutki, by nie kłuł w oczy, upchany wśród różnych zawieszek, bibelotów  i fotek czy marnych reprodukcji, w sypialni lub kuchni, gdzie nie wszyscy goście zaglądają. Kiedy zatem nagle i zupełnie niespodziewanie ktoś natknie się na  krzyż lub obraz o treści religijnej umieszczony na honorowym miejscu w domu „ nawiedzonego dewota”, zwłaszcza wykształconego i w młodym lub średnim wieku, wywołuje zdumienie, niedowierzanie i  …niesmak, że ktoś „publicznie”  afiszuje się ze swoją wiarą.  Jeszcze tolerowany jest złoty  medalik o rzadziej spotykanym kształcie, więc najczęściej  brany raczej  za amulet czy znak zodiaku na złotym łańcuszku ( bo „zawsze to złoto” i jest się czym pochwalić), ale krzyżyk, zwłaszcza z pasyjką  budzi już alergię i wywołuje skrzywienie ust jako wyraz niesmaku lub dezaprobaty.
Co się z nami stało? Dokąd zmierzamy? Czy już naprawdę uwierzyliśmy mediom i „ autorytetom”, że wiara jest objawem zacofania, a szukanie pomocy u wróżek i jasnowidza, wiara w amulety  i znaki zodiaku, fascynacja wierzeniami Wschodu - nie, a wręcz odwrotnie, jest przejawem nowoczesnego spojrzenia na świat??? Czy rzeczywiście daliśmy sobie wmówić, że wiara to sprawa osobista i powinniśmy w życiu codziennym zostawić ją za progiem własnego – tego najmniej znanego obcym osobom  pokoiku, bo już nie - salonu i pokoju gościnnego? Czy szukamy drogi do kościoła i miejsc szczególnego kultu jedynie wówczas, gdy życie przez nagłą i nieuleczalną chorobę lub nieszczęście sprowadzi nas do poziomu gleby, traktując Boga jako skrzynkę skarg i  zażaleń,  który w drodze reklamacji uwzględni nasze żądania i pozytywnie rozpatrzy sprawę?
Gdzieś zatraciliśmy prawdziwy obraz Boga, dlatego wyrzuciliśmy Go z własnego życia lub ograniczyliśmy jego zakres działania do minimum, wyznaczając Jemu maleńką, konkretną „ działkę”, bo zapomnieliśmy o Jego wszechmocy, potędze, a uwierzyliśmy w Jego ograniczoność.
Bóg przecież nie jest jak  kupiec, u którego można  kupić towar za odpowiednią cenę.  Nie jest też jak pierwszy sekretarz partii, do którego ustawiały się kolejki, by coś załatwił, nieraz kosztem innych. Nie jest także  naiwnym staruszkiem, którego łatwo przechytrzyć, oszukać, zagadać, bo niedowidzi i niedosłyszy, ani jak współczesny sponsor  i filantrop, któremu jedynie zależy na poklasku, dobrym wizerunku, reklamie i przyćmieniu rywali.
Bóg jest BOGIEM - STWÓRCĄ i PANEM wszystkiego, ale też troskliwym TATUSIEM, który czuwa i obsypuje Swymi łaskami według naszych potrzeb i  w takiej obfitości, byśmy dotarli do celu, jaki nam wyznaczył – do Niego Samego, do nieba, dlatego posłał na ziemię Swego jedynego Syna, by nas wyrwał z niewoli grzechu i wskazał pewną drogę do zbawienia.
A Jezus?

Jezus zadał bardzo ważne pytanie, na które musi odpowiedzieć sobie i Jemu każdy z nas. Ta odpowiedź powinna zaważyć na naszym życiu i spowodować   konkretne działania. Zatem – za kogo Go uważasz? Za mitycznego herosa, wytwór ludzkiej fantazji  czy Syna Bożego, który naprawdę żył, nauczał i złożył za nas ofiarę z siebie samego na krzyżu? Za Światłość Wieczną, Źródło Życia Wiecznego  i za Drogę? Za Żywą Wodę i Chleb Życia? Jeśli tak, to dlaczego o tym nie mówisz innym? Dlaczego nie głosisz Jego Ewangelii nie tylko słowem, ale przede wszystkim swoim życiem?
JEŚLI TAK -  JEST SYNEM BOŻYM, ODKUPICIELEM, ŹRÓDŁEM I  CHLEBEM ŻYCIA, PRAWDĄ I MIŁOŚCIĄ, ALE TAKŻE  PRZYJACIELEM I  BRATEM, TO DLACZEGO  USUNĄŁEŚ JEGO KRZYŻ  ZE ŚCIANY SWEGO MIESZKANIA  I  Z WŁASNEGO ŻYCIA?

środa, 7 sierpnia 2013

Akty miłości ku czci Boga Ojca

Akty miłości do Boga Ojca








 




Kto Mi te akty ofiaruje, kto w dodatku czyni wszystko, by Mi je rozpowszechniać, będzie Mi w szczególny sposób dzieckiem, a Ja mu będę kochającym Ojcem. Jakże tęsknię za tym, żeby i o Mnie możliwie często i serdecznie myślano. Duch Święty jest mało czczony. Ale Mnie czci się jeszcze mniej. Nabożeństwo do Mnie wynagradzam w całkiem wybitny sposób. Ofiarujcież Mi często akty miłości, które tak radują Moje Serce.”

Akty miłości Boga Ojca

Szczególnie miłe Bogu odmawiane wcześnie rano lub o godzinie 15.00

Ojcze, kocham Cię serdecznie, ratuj dusze!

Ojcze, kocham Cię czule, ratuj dusze!

Ojcze, kocham Cię delikatnie, ratuj dusze!

Ojcze, kocham Cię jak Twoje dziecko, ratuj dusze!

Ojcze, kocham Cię żarliwie, ratuj dusze!

Ojcze, kocham Cię płomiennie, ratuj dusze!

Ojcze, kocham Cię niewypowiedzialnie, ratuj dusze!

Ojcze, kocham Cię bezgranicznie, ratuj dusze!

Ojcze, kocham Cię nade wszystko, ratuj dusze!

Ojcze, kocham Cię bez miary, ratuj dusze!

Ojcze, kocham Cię niewymownie, ratuj dusze!

Ojcze, kocham Cię ponad miarę, ratuj dusze!

Ojcze, kocham Cię bez końca, ratuj dusze!

Ojcze, wysławiam Cię, kocham Cię, dziękuję Ci, ratuj dusze!

Ojcze, chciałbym Cię kochać, jak Cię kochają wszyscy Aniołowie i

Święci, ratuj dusze!

Ojcze, chciałbym Cię kochać, jak kochał Cię na ziemi Św. Józef i jak Cię

teraz kocha w Niebie, ratuj dusze!

Ojcze, chciałbym Cię kochać, jak kochała Cię na ziemi Maryja i jak Cię

teraz kocha w Niebie, ratuj dusze!

Ojcze, chciałbym Cię kochać, jak Cię kocha Twój Syn i Duch Święty,

ratuj dusze!

Módlmy się:

Ojcze, przez Niepokalane Serce Maryi, dla ratowania tych wszystkich dusz, które są w niebezpieczeństwie wiecznego potępienia, ofiaruję Ci ostatnie krople Krwi, które Twój Boski Syn ostatkiem sił Swej Miłości wylał, i ofiaruję Ci Je nieskończoną ilość razy. Amen.

Niech nas błogosławi Bóg Ojciec i Syn, i Duch Święty. Amen.

Ze Swoim Ukochanym Dziecięciem niech nas błogosławi Dziewica Maryja. Amen


wtorek, 6 sierpnia 2013

Tabor - ''dobrze,że tu jesteśmy''

Tabor - "dobrze, że tu jesteśmy"



Scena przemienia Jezusa rozgrywa się w samym środku Jego działalności.  Uczniowie Jezusa zdążyli się już rozentuzjazmować Ewangelią. Widzieli   Jezusa cudownie uzdrawiającego, wskrzeszającego, wypędzającego złe  duchy, widzieli jak rozmnaża chleb. Ale jednocześnie usłyszeli z ust  Jezusa niepokojąca zapowiedź: „Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć,  będzie odrzucony prze starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie;  zostanie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie”. Więcej, usłyszeli  też słowa „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie,  niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce  zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu,  ten je zachowa”. Osiem dni później trzej z nich idą z Jezusem na górę  (wedle tradycji na Tabor) na modlitwę.



Dobrze, że tu jesteśmyMusiało być czymś ogromnie fascynującym dla apostołów owo przedziwne  zjawisko, skoro zapragnęli zatrzymać na dłużej moment uniesienia,  zapomnieć o całym świecie i kontynuować tę boską szczęśliwość:  „Nauczycielu dobrze, że tu jesteśmy. I chciałoby się kontynuować za  apostołem: nie wracajmy już tam na dół gdzie czeka nas znowu tyle  problemów i przykrości. Po co nam to wszystko, skoro możemy pozostać  tutaj szczęśliwi? Będziemy Ci wiernie służyć i nieustannie będziemy  oglądać Twoją chwałę. Ewangelista jednak konkluduje znacząco, pisząc o  apostole: „nie wiedział bowiem co mówi”. Nie wiedział jeszcze, że z góry przemienienia trzeba było zejść. Nie rozumiał, że trzeba było jeszcze  przejść drogą krzyżową na inną górę, na Kalwarię bo taka była misja  Jezusa Chrystusa. Jest w postawie apostołów jakaś głęboka tęsknota każdego człowieka za  innym, lepszym światem, takim przemienionym, wolnym od brudu tego  naszego świata. Tego zaś innego świata każdy poszukuje na swój sposób.  Jakże często ta tęsknota owocuje ucieczką człowieka w wyimaginowany  świat pełen złudzeń. Jest jakimś signum naszych czasów powodzenie i  rozwój wielu sekt roztaczających przed człowiekiem wizję świata  doskonałego, istnego raju na ziemi. Iluż to ludzi podąża za nimi naiwnie wierząc, że uda się im ominąć troski tego świata i już tu na ziemi  stworzyć sobie niebo. Są tacy, którzy namiętnie czytają horoskopy,  wróżby i przepowiednie. To też jest głód kontaktu z innym światem. Są w  końcu i tacy, którzy w najprostszy sposób chcą zapewnić sobie choćby  namiastkę nieba. Jeden znajdzie je w narkotykach, inny w alkoholu, ktoś  inny w niepohamowanym erotyzmie a jeszcze inny w szaleńczej pogoni za  pieniądzem. Tak jakby usilnie wierzył człowiek, że już tu na ziemi,  bardzo małym wysiłkiem może zrealizować swoje odwieczne tęsknoty.  „Dobrze nam tu być”, powie za apostołem człowiek ucieszony taką  namiastką innego świata. Ale i do niego odnoszą się otrzeźwiające słowa  ewangelisty: „Nie wie co mówi” i zazwyczaj bardzo szybko się o tym  przekonuje, kiedy samo życie sprowadzi go na ziemię. Chrystus nie pozwolił długo uczniom pozostawać w tym nieziemskim  uniesieniu. Z góry Tabor trzeba było zejść. Wydarzenie to ukazuje wielką  wartość ziemskiego trudu, mozołu, wysiłku i cierpienia. Chrześcijanin  jest bowiem człowiekiem, który co prawda uczestniczy w cudownym  przemienieniu Jezusa i jego oczy nieustannie mają być zwrócone tam na  górę gdzie już króluje Chrystus ale jednocześnie twardo stąpa po ziemi i nie po to, żeby z niej uciekać, ale by ją razem z Chrystusem  przemieniać swoją pracą i całym swoim życiem. Chrześcijanin nie może  sprowadzać całej swojej wiary do samych przeżyć i uniesień, ale to co  widział i co przeżył na górze przemienienia musi zanieść na dół, by tym  podzielić się z innymi. Cała ziemia ma być miejscem nieustannego  przemienienia. Chrześcijanin nie może zamknąć swojej wiary gdzieś w  ciemnym kącie swego życia ale musi ją zabrać do swego mieszkania, do  miejsca pracy i tam gdzie spędza wolny czas. Nie ma miejsca i  przestrzeni w jego życiu, które byłoby wolne od Boga. Jeżeli Bóg powierzył Ci zadanie to też obdarzył Cię łaską. Jeśli będziesz o  tym pamiętał to i świat powoli zacznie stawać się inny. Sami ludzie  patrząc na Ciebie powiedzą w końcu: spójrzcie, ten człowiek jest jakiś  inny, widać przemieniony i potem oni sami, nie wiedząc kiedy i jak,  przestaną myśleć o ucieczce z tego świata lecz zaczną mówić do siebie tu na ziemi: „dobrze, że tu jesteśmy”.

Góra Tabor uczy o wspaniałości Boga

Jezus prowadzi na szczyt góry Tabor w osobie swoich uczniów – każdego z nas. Prosi o wejście na szczyt razem z Nim. Uczniowie wiedzieli za kim idą i że coś musi się tam stać, objawić, przybliżyć. W te sierpniowe dni, kiedy na Jasna Górę podążają – jak promienie słońca z całej Polski niezliczone rzesze pielgrzymów – i nam Jezus wskazuje drogę na palestyńską górę Tabor. Góra Tabor- góra, co prawda stroma, ale piękna, pełna zieleni, bez skał, klamer i łańcuchów. Na szczycie góry zamiast krzyża stalowego – wspaniała bazylika Przemienienia. Wchodząc do jej wnętrza pielgrzyma urzeka wspaniałość odtworzenia sceny biblijnej . To prawdziwy przybytek – namiot Pana. Za świętym Piotrem w podobnym zachwycie możemy powtórzyć : Panie, dobrze, że tu jesteśmy. Obok piękna terenu i widoków na cztery strony świata – między innymi na miasteczko Naim, czy dziś duży Nazaret – przed oczyma i umysłem stanąć musi prawda  z dzisiejszej Ewangelii odczytanej przed chwilą. Objawienie Boga  ukazane w jasności i pięknie osoby Syna Bożego, głosu Ojca z nieba potwierdzającego posłanie na świat Chrystusa i nasze wobec Niego posłuszeństwo i wierność, oraz zstępujący Duch Święty – Tchnienie Ojca i Syna.
 

Przemieniony Chrystus

Wyjaśnia On uczniom nie tylko swoją chwałę, ale także wspaniałość nieba czekającego na nas. Świadkowie przemienienia upadli na twarz, oddali hołd w oniemieniu. Nie chcieli jednak schodzić z góry.  Panie, dobrze, że tu jesteśmy... dobrze nam tu... zbudujmy trzy namioty... Nauczyciel nie zgodził się na to. Kazał im wracać do ludzkiej rzeczywistości, do zejścia w dół.Na niebo trzeba sobie zapracować. Zanim nam będzie ono dane – trzeba jeszcze  pielgrzymować, przygotować się, dać świadectwo swojej wierności Bogu i Ewangelii, trzeba trwać  w zjednoczeniu z Mistrzem i Nauczycielem.W Sercu Chrystusa z pewnością było pytanie : zobaczyli, ujrzeli Boskie Piękno – ale czy wytrwają. Rąbek Nieba i chwały Bożej tak dla nich tajemniczy został jakby na chwilę odsłonięty. Teraz trzeba mieć odwagę, wytrwać przy Chrystusie, dać świadectwo miłości i wierności, posłuszeństwa i oddania bez reszty Bogu.



  • Życie nie zawsze rozpieszcza. Bywają w nim okresy bardzo trudne. Jak  sen Abrama pełen lęków i ciemności. Jak doświadczenie uczniów widzących  ukrzyżowanego Mistrza. Wtedy trzeba wracać do swoich Taborów. Do chwil, w których w namacalny sposób doświadczyło się bliskości czy przychylności Boga. Trzeba też spojrzeć wtedy na życie z perspektywy, którą proponuje  święty Paweł: „nasza ojczyzna jest w niebie”. My, pielgrzymujący na  ziemi wyczekujemy Zbawcy. W chorobie tego, który nasze nędzne, poniżone   ciała może przemienić na wzór swego ciała uwielbionego. W poczuciu  krzywdy tego, który może sobie podporządkować wszystko, nawet ludzi  najbardziej gardzących Jego władzą. Trzeba wierzyć, że Bóg o nas nie  zapomniał. Tylko po radosnym czasie Galilei prowadzi nas do naszej  Jerozolimy, na nasz krzyż, przez który przyjdzie nam przejść do  zmartwychwstania.

  •   Modlitwa przemienia. Sprawia, że twarz jaśnieje. Co widać na naszych  twarzach? Że żyjemy w bliskości Boga? Albo któryś z grzechów głównych?  To nie do końca tylko poezja. Na twarzy człowieka faktycznie dość często odbija się to, co siedzi w jego sercu.


/fb/ internet


Przemień nas Jezu !

ks. Krzysztof Michalczak

Przemień nas Jezu!

 
Przewodnik Katolicki

 





6 sierpnia w kalendarzu liturgicznym obchodzimy święto Przemienienia Pańskiego. Kiedyś bardzo ważne i gromadzące wielu wiernych na Mszy św. Dzisiaj chyba trochę zapomniane. Tymczasem jego przesłanie dla nas – konieczność przemieniania naszego życia na wzór Chrystusa – jest nie tylko bardzo aktualne, ale niezbędne, by zasłużyć na życie wieczne.

Święto Przemienienia Pańskiego pojawia się na Wschodzie w wieku V i jest obchodzone 6 sierpnia. Data ta nie jest przypadkowa. Nawiązuje ona do 6 stycznia, kiedy liturgia wspomina pierwsze przemienienie (teofania) Jezusa podczas chrztu w Jordanie. W VI w. święto to dorównywalo swoją rangą uroczystości Chrystusa Króla. Od wieku IX celebrowano je w Bizancjum. Na Zachodzie pierwsza wzmianka o sierpniowym święcie pochodzi z X i XI w., choć już od wieku VII Transfiguratio Domini miało zasięg święta lokalnego. Do jego rozkrzewienia przyczynili się m.in. benedyktyni z Cluny. Dopiero jednak w 1456 r. papież Kalikst III wprowadza święto do kalendarza Kościoła powszechnego jako znak wdzięczności za odniesienie zwycięstwa nad Turkami pod Belgradem. W Polsce święto celebrowano od 1457 r., ale na stałe upowszechniło się w XVII w. w związku z falą kontrreformacji. Obecnie wydarzenie przemienienia Chrystusa na górze Tabor jest rozważane również w modlitwie różańcowej w IV tajemnicy światła.

Czas i miejsce

Przemienienie Pańskie to niezwykłe wydarzenie w życiu Chrystusa. Miało ono miejsce na wysokiej górze. Ewangeliści nie podają jej nazwy. Według tradycji była nią góra Tabor. Liczy ona 588 m wysokości, a na jej szczyt prowadzi wąska, niebezpieczna i stroma dróżka otoczona piniami i innymi krzewami charakterystycznymi dla tego rejonu. Przemienienie dokonało się w obecności trzech uprzednio wybranych przez Jezusa apostołów: Piotra, Jakuba Starszego i Jana Ewangelisty. Zobaczyli oni tam swojego Pana w nieziemskiej chwale. Padli na twarz. W czasie tego niezwykłego aktu oblicze Chrystusa jaśniało jak słońce, a Jego szaty stały się lśniąco białe. Wtedy też ukazali się z nieba: Eliasz, będący przedstawicielem proroków, i Mojżesz – reprezentujący Prawo Starego Testamentu. Obydwaj otrzymali objawienie na Synaju (por. Wj 19, 33-34; 1 Krl 19, 9-13). Ich obecność przy Synu Bożym wskazuje, że te dwa filary Starego Przymierza wypełniają się w Nim. W czasie przemienienia rozmawiali oni z Jezusem, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie” (Mk 9, 7). Kiedy apostołowie doszli do siebie po tym wyjątkowym zdarzeniu, nikogo już nie widzieli, tylko samego Mistrza.
Świadectwo Ewangelistów

Pierwotną tradycję o Przemienieniu podaje Ewangelia św. Marka (9, 2-5.7-8). Opis cudu zamieszczają w swojej Ewangelii także pozostali synoptycy: Mateusz (17, 1-9) i Łukasz (9, 28-36). Każdy z ewangelistów opisuje Przemienienie pod innym kątem, przedstawiając inne aspekty tajemnicy Chrystusa. Mateusz ukazuje Jezusa w czasie przemienienia jako nowego Mojżesza. Marek opisuje to wydarzenie jako chwalebne objawienie się ukrytego Mesjasza. Łukasz akcentuje osobiste doświadczenie Jezusa, który zostaje przemieniony podczas żarliwej modlitwy. Centralne miejsce w opisie Przemienienia zajmuje przedstawienie osoby Jezusa i Jego nauki. Wszystko to dokonuje się za pomocą obrazów, wydarzeń i postaci ze Starego Testamentu. Opis ten składa się z dwóch części. Pierwsza ukazuje Jezusa jako Mesjasza, którego poprzednikami byli wspomniani wcześniej Eliasz i Mojżesz. Druga jest opisem objawienia się Boga (teofanii) w osobie Chrystusa.

Przemienienie – cel i symbolika

W cudzie Przemienienia Bóg potwierdził, że Jezus jest Jego Synem. Nie bez znaczenia jest również zapowiedź zmartwychwstania i chwalebnego przyjścia Chrystusa na końcu czasów.

Przemienienie ma również wymiar symboliczny i szczególne znaczenie dla chrześcijańskiego życia. Chrystus objawia, że Jego uczniowie mają iść za Nim drogą uniżenia, cierpienia i krzyża. Mimo że droga ta wydaje się przykra, to jednak jest to jedyny kierunek prowadzący do chwały wiecznej. Uczniowie niejednokrotnie widzieli swojego Pana opuszczonego i niezrozumianego. W wydarzeniu na górze Tabor widzą Go w chwale Bożej. Jest Zwycięzcą, triumfuje nad wlasną śmiercią, przewyższa potęgę zła, cierpienia i śmierci. Przemienienie otwiera uczniom oczy i przekonują się, że Jezus jest prawdziwie Synem Bożym, wypelniającym zapowiedzi starotestamentalne. Rozpoznając w przemienionym Panu potęgę Królestwa Bożego, uwierzyli, że może się ono stać również ich udziałem. Kościół uświadamia sobie, że zmierza do tej samej chwały, jaką otoczony jest Chrystus. Stara się uświadomić swoim wiernym, że zanim ktoś będzie miał udział w chwale przemienionego Pana, musi mieć najpierw udział w Jego krzyżu. Kościół przez to święto uczy także dostrzegać swoje dzieci sens wszystkiego, co przeżywa w swej wędrówce na tym świecie. „Jeśli kto chce pójśc za mną, niech zaprze się samego siebie, niech weźmie swój krzyż i niech mnie naśladuje” (Mt 16, 24). Wydarzenie to jest ustawicznym wezwaniem do nieustannego wewnętrznego przemieniania swojego życia i upodobnienia się do Jezusa, świecenia blaskiem Jego chwały przez świadectwo życia chrzescijanskiego. Początkiem przemiany jest „kąpiel” chrzcielna, w której staliśmy się dziećmi Bożymi. Po chrzcie przemienienie dokonuje się przez przyjmowanie Ciała Pańskiego. Pięknie wyznał św. Augustyn: „Zrozumiałem, że jestem daleko od Ciebie – w krainie, gdzie wszystko jest inaczej. I zdało mi się, że słyszę Twój głos z wyżyn: Jam pokarm dososłych, dorośnij, a będziesz mnie pożywał; i nie ty wchłoniesz mnie w siebie, jak się wchłania cielesny pokarm, lecz ty się we mnie przemienisz” (Wyznania, VII, 10). W ciągłym przemienianiu się, zmianie życia nie może zabraknąć gorliwej, systematycznej modlitwy, która wprowadza nas w świat Boga i uczy patrzeć na codzienność i krzyż przez pryzmat wieczności. Przemienienie Jezusa pokazuje nam, że dla właściwego zrozumienia pism i woli Bożej względem nas konieczna jest rozmowa z Bogiem, by odkryć kim jest dla nas Jezus i Jego ofiara.

ks. Krzysztof Michalczak




 

 




« powrótkatolik.pl

ADORACJA NAJŚWIĘTSZYCH RAN JEZUSA CHRYSTUSA – MODLITWA ZA KOŚCIÓŁ ŚWIĘTY

  Jezu mój ukrzyżowany, błagam Cię, byś mnie wysłuchał. Przychodzę do Ciebie z wielką wiarą, ufny w Twoją pomoc. Przed oczy Twoje składam ws...